Chcesz zmieniać świat? Zacznij od świata!

Usłyszałem to zdanie kilka dni temu – i olśniło mnie absolutnie. Miałem ten moment radości, spełnienia, ułożenia, kiedy wszystko się nagle składa w całość i ląduje na swoim miejscu (o tym efekcie, nawiasem mówiąc, przeczytacie w czerwcowym „Przekroju” – od razu polecam). Bo tak dokładnie jest: jeżeli chcemy zmieniać świat, to nie zaczynajmy od siebie, ale od świata.

Innymi słowy, jeżeli mamy szerokie cele i wysokie ambicje, jeżeli naprawdę zależy nam na tym, żeby świat stał się lepszym miejscem, to nie zaczynajmy od zmian maluczkich choć własnych. Nie zaczynajmy od ściubienia w życiu prywatnym, ale od razu idźmy, myślmy i działajmy szeroko, z rozmachem, od razu bierzmy się za to, co duże. Wstępujmy do organizacji, albo zakładajmy nowe, piszmy apele, dzwońmy do posłów i senatorów, lobbujmy najwyżej jak tylko damy radę. Innymi słowy, postępujmy dokładnie wbrew tej obiegowej pseudomądrości, która każe zaczynać od siebie i od rzeczy małych.

Jeżeli więc chcemy, przykładowo, świata, w którym wszyscy jeżdżą rowerem i komunikacją miejską (w najlepszym razie pociągiem), a samochody są luksusowym dobrem nielicznych, to… właśnie, co? Czy wynika z tego, że powinniśmy nie mieć prawa jazdy, a na cztery kółka nie przesiadać się nigdy? Taszczyć szafy na plecach, tłuc się z niemowlęciem autobusem, a do polskiego interioru, gdzie niczym innym niż samochodem już nie dojedziesz, cóż, tam nie jeździć w ogóle, albo polegać na autostopie? Oczywiście, nie.

Jeśli bowiem faktycznie myślimy o zmianie świata na szerokich płaszczyznach, to naprawdę – zaczynajmy od świata. Przysłowiowe „zaczynaj od siebie” jest tutaj ślepą uliczką, tym bardziej złudną, że pozornie racjonalną. Ślepą dlatego, że nasze małe i prywatne działania nie zmienią absolutnie niczego. Nie mają one żadnego znaczenia wobec wielkiej polityki i praktyk koncernów, czy wobec globalnych tendencji, które realnie wyznaczają zmiany świata. Na tym tle działalność nas, jednostek, daje najwyżej iluzję sprawczości. Jest ona tym bardziej niebezpieczna, że w praktyce oznacza tyle, że dobrowolnie się zajedziemy, czego ani nikt od nas nie oczekuje, ani nikomu pożytku nie przynosi.

Spójrzmy jeszcze raz na przykład transportowy. Przyjmijmy, że codziennie jeździmy do pracy rowerem, w porządku, ale przychodzi taki jeden dzień, kiedy stoi przed nami bardziej skomplikowana operacja, jako się rzekło, przewóz gabarytu lub dziecka, tudzież wyprawa w głąb Suwalszczyzny. Wybór, generalnie, jest taki. Albo, wbrew ideałom, wsiadamy do samochodu, albo pozwalamy tej rzeczy urosnąć stukrotnie jeśli chodzi o komplikację i koszt logistyczny. Tudzież (Suwalszczyzna) po prostu z niej rezygnujemy. Czy powinniśmy zrezygnować? Czy powinniśmy brać na siebie ten hiperprzerośnięty koszt? Oczywiście, nie. Rubryki zysków i świat wypadają tu czysto: my poniesiemy wielkie koszta i odcierpimy wyrzeczenia, a świat nawet tego nie zauważy.

Jeśli mimo to będziemy tak postępować, to cóż, łatwo się nam będzie zdegenerować do jednostronnego, żeby nie powiedzieć naiwnego pryncypializmu, w którym sami na siebie nakładamy dodatkową karę za to, że świat nie wygląda tak, jakbyśmy chcieli. Lęk o to, że inni wytkną nam niekonsekwencję, też nie jest przecież najlepszym motorem do działania. Nie dość, że jest on niezdrowy, reaktywny, i że reprodukuje niesamodzielność, to jeszcze zamyka nas wszystkich w myślowym przedszkolu. W wiecznej dziecinadzie szarpania się między abstrakcyjnymi skrajnościami, w tym niepojętym majaku, jakoby postęp społeczny polegał na tym, że trzeba się okopać przy ideale i wymusić na wszystkich bezproduktywną frustrację.

Zgubna kompulsja „zaczynania od siebie” bierze się w jakiejś mierze z potrzeby spójności, z potrzeby uzgodnienia marzeń o lepszym świecie, z prywatnym życiem tu i teraz. „Doskonalenie świata przez kogoś, kto nie dba o wartość swą własną, sprawia wrażenie absurdu”, jak to ujmował już Elzenberg (kto nie czytał, polecam)… ale już w następnym zdaniu dodawał przecież, że „trudno jednak jakoś wydobyć, na czym by ten absurd polegał”. I to jest w punkt uwaga. Potrzeba uzgadniania, potrzeba spójności jest odruchowa, intuicyjna, wydaje się nam czymś naturalnym. Problem w tym, że ów odruch, że „wszystko powinno być jako tako spójne”, z którym przychodzimy na świat (a przynajmniej niektórzy z nas przychodzą), zupełnie nie bierze pod uwagę jak bardzo rozbieżne są skale tego świata dzisiejszego. Jest wiek XXI, a nie plejstocen. Dawno się już zdezaktualizował ten mały i przyjemny świat, w którym mieszkaliśmy w swoim stadku na sawannie, i w którym postępowanie każdego z osobna stanowiło wyraźny procentaż grupy. Doświadczenie życia dzisiejszego to raczej doświadczenie płaszczyzn zupełnie rozsprzęglonych, na których bezpośrednie oddziaływanie na świat jako całość jest zupełnie nierealne. Jest on po prostu zbyt skomplikowany, zbyt pluralny i zbyt fachowy, by nasze jednostkowe działanie mogło go realnie zmienić.

Czy to jest beznadzieja? Nie. Ale jest to strategia: nie ma potrzeby zarzynać się w życiu prywatnym tylko po to, żeby wrzucić kamyczek do morza. Bowiem jeśli „zaczynamy od siebie”, to zbyt często kończymy w samoupupieniu. Osuwamy się we frustrującą szarpaninę, która nic nie da, która nikogo nie zbawi i nikogo nie obchodzi. Powoli ewoluujemy w „niegroźnych wariatów”, zafiksowanych na bezskutecznych idiosynkrazjach, z których nic nie wynika. Zamiast walczyć ze zmianą klimatu, walczymy z wiatrakami. Skupiamy się coraz bardziej na sobie, zamiast na świecie, zużywamy się na froncie wewnętrznym, wyczerpujemy się w codziennych, nieproduktywnych zmaganiach. A naprawdę, świat nie stanie się lepszy od tego, że nam będzie gorzej. Pożary tego świata nie staną się mniej żarłoczne czy groźne, jeśli popełnimy efektowne samospalenie.

*

21 komentarzy

  1. Przeintelektualizowane bzdury. Zaczynanie od siebie nie oznacza ani męczeństwa ani zatrzymania się na sobie. To oznacza: chcesz, żeby więcej ludzi jeździło rowerami, to wsiądź na ten rower i jak się przekonasz, że się da, że to możliwe, ma takie i takie zalety, ale też takie i takie wady, jak już będziesz miał coś do powiedzenia w tej sprawie, to dopiero idź przekonywać ludzi, idź zmieniać świat. Jak będziesz wierzyć w co mówisz, to inni też uwierzą. Dlaczego nikt nie wierzy politykom? Oni chętnie zmienią świat, byle żeby oni nie musieli się tym zmianom poddać.
    Nie każdy ma predyspozycje do wpływania za pomocą mediów, prawodawstwa. Ale każdy może wpłynąć na siebie i najbliższe otoczenie, skąd kolejne osoby mogą wpływać na swoich znajomych, a krąg będzie się rozserzał.

    1. Mon – dzięki za ten komentarz! Nie masz racji, ale cieszę się, że czytelnictwo „Myślnika” jest jeszcze lepsze niż sądziłem. W sensie: przeczytałałaś i skomentowałaś tekst zanim jeszcze „oficjalnie” puściłem go w świat na fejsbuku. Dzięki, to ważna dana! Miłego dnia!

    2. @Mon

      to nie sa bzdury. Mozesz jezdzic wszedzie rowerem, ale ludzi nie przekonasz, dopoki nie beda mogli oni sami jezdzic bezpiecznie tym rowerem. A nie beda mogli, dopoki nie bedzie sciezek rowerowych. A zeby przyczynic sie do zmiany polityki ruchu w miescie i budowaniach tych sciezek, to twoje przesiądniecie sie na rower nic a nic tu nie pomoze.
      To, co pomoze, to organizowanie sie obywateli i wywieranie nacisków na wladze miasta, zeby odpowiednie dzialania podjęly.

      1. @Mon
        Co wiecej – wywieranie naciskow na wladze miasta dziala. Jeszcze w latach 60-tych zeszlego wieku Amsterdam byl miastem zapchanym samochodami, gdzie piesi byli intruzami. Zupelnie jak dzis w Warszawie! Ale mieszkancy zaczeli sie buntowac. Dzis mozesz obserwowac efekty ich nacisku na wladze miasta.

  2. Rzeczywiście, jest taka tendencja, żeby skupiać się na sobie i jeszcze nadawać temu chwalebny oddźwięk. Dbając o własny rozwój (tylko i wyłącznie) często zapominamy o świecie. Bardzo ciekawy tekst, rozbija zastane przekonania, które niczemu nie służą.

    1. A moim zdaniem właśnie rację ma Elzenberg – że niby to jest absurdalne że najpierw musisz jeździć samemu, żeby innych przekonywać… ale właśnie jak się zastanowić, to nie do końca wiadomo na czym ten absurd miałby polegać.

      1. @Piotr Stankiewicz

        Mysle ze ladnie mozna pokazac ten absurd poslugujac sie takim porownaniem:
        Czy lekarz do tego, zeb skutecznie leczyc pacjentow, sam najpierw musi zapasc na te wszystkie choroby, co oni, i dopiero po wykurowaniu sie zabrac sie za ich leczenie? Bez tego nie bedzie w stanie ich wyleczyc?

        A adwokat – czy zeby sie podjąc obrony osoby oskarzonej o morderstwo sam najpierw musi kogos zamordowac i pojsc siedziec do pierdla?

  3. podoba mi sie przyklad Suwalszczyzny ale ze jestem praktyczna i mam wyobraznie zaczelam natychmiast szukac mozliwosci zmienienia swiata i wyszlo mi ze co moge – moge oto rozlozyc mape i uzywajac palca przesunac Suwalszczyzne pod moj prog. Moge pod oslona nocy uszkodzic opony w samochodach w bliskiej okolicy aby przynajmniej kilkadziesiat osob przesialo sie na rower wyniesiony z piwnicy. Zas idac szeroko – nie podoba nam sie sytuacja kraju w ktorym zyjemy, obluda politykow, wynioslosc urzednikow, religia narzucajaca nam styl zycia, nie wiem co tam jeszcze ale pewnie kazdy z latwoscia znajdzie cos co mu sie nie podoba – zaczaic sie z dzialkiem przeciwlotniczym na Wiejskiej. Oto rozwiazanie i proba zmiany swiata. No bo jak inaczej…..

    1. A na przykład tak: Zwrócić uwagę samorządowców na infrastrukturę rowerowa,np. uczestnicząc w rowerowej masie krytycznej, pisząc do radnego, podpisując petycje. Glosować albo i samemu przedstawiać projekty do budżetu obywatelskiego. Napisać petycję,zapisać sie do stowarzyszenia,pisać do lokalnych mediów… Jest trochę rozwiązań które nie zakładają niszczenia mienia☺

  4. Lubię frytki. Samolubnym by było skupienie się na zwiększeniu spożycia przeze mnie frytek. Jeśli chcę lepszego świata powinienem lobbować wśród, no dajmy na początek, lokalnej społeczności o ograniczenie jedzenia gotowanych ziemniaków. Wszak to co dobre według mnie jest też dobre obiektywnie dla każdego innego. Jeśli znajdzie się parę osób, które mnie poprą upewnimy się nawzajem, że mamy monopol na rację. Zajmiemy się tworzeniem stowarzyszenie i organizacją manifestacji ProFries .
    To, że mamy na świecie 7 miliardów ludzi i niemal każdy będzie miał odrobinę inną wizję tego jak ten świat ma wyglądać nie ma znaczenia. Moja racja jest najmojsza. Mało tego, jeśli po prostu sam będę robił to, co uważam za słuszne zamienię się z czasem w zgorzkniałego przegranego. Moim obowiązkiem jest napastować innych ludzi by przyjeli moje zasady.
    PS przypomniał mi się przykład pewnego Pana, który postanowił nie zaczynać od siebie tylko „iść, myśleć i działać szeroko”. Sam będąc na utrzymaniu kolegi fantazjował jak powinien wyglądać stosunek robotników do pracodawców. Kto wie o kogo chodzi ręka do góry.

  5. Ktoś mi może powiedzieć co było pierwsze – najpierw wmówiono ludziom, że ich życie zależy tylko i wyłącznie od nich samych, czy najpierw zglobalizowano cały świat i ubezwłasnowolniono tych, którzy nie mieli szczęścia urodzić się w bogatej rodzinie? Dobrze było tylko przez krótką chwilę jak bogaty zachód po wojnie bał się komunizmu i zastosowano prawdziwą demokrację w praktyce… Aaaahahahahha hahahaha!

  6. Nikt nie powinien oczekiwać, żeby zanim człowiek zajmie się globalnym lobbowaniem za rowerami, sam korzystał wyłącznie z tego środka transportu, oczywiście. Ale dziwi mnie trudność w „wydobywaniu na czym by ten absurd polegał”. Przecież to oczywiste – wiarygodność.
    Nie musisz (przykładowy człowieku) jeździć wyłącznie na rowerze, żeby dopiero potem działać na rzecz jeżdżenia na rowerze. Ale jeśli w ogóle nie masz roweru, nie znasz ścieżek rowerowych, sytuacji rowerzysty na drodze, to dlaczego ktokolwiek miałby brać cię na poważnie… Nie musisz ograniczyć do zera jedzenia mięsa, żeby walczyć o prawa zwierząt, ale jeśli trzymasz na podwórku psa na łańcuchu, a twoja żona chodzi w futrze, to jak ktokolwiek miałby brać cię na poważnie. Nie musisz mieć kryształowoczystych myśli, kiedy grzmisz z ambony na wiernych, ale jeśli na zakrystii molestujesz ministrantów… Nie musisz być kobietą aby lobbować za konwencją przeciw przemocy wobec kobiet, ale jeśli potem wracasz do domu i bijesz żonę… i tak dalej i tak dalej.

    Oczywiście, nie warto dać się zwariować. Walka o czystość planety nie oznacza, że muszę koniecznie biegać w spódniczce z trawy i jeść korzonki, bo to faktycznie nie da efektu. Mogę sobie być normalnym człowiekiem w jeansach i koszuli i jeść hamburgery, ale jeśli będę serwetki po hamburgerach rzucał na ziemię, śmieci wywoził do lasu, a potem stawał na mównicy i piał o ograniczaniu emisji CO2, to nikt nie weźmie mnie na poważnie. I słusznie.

    Pisze Pan, że to lęk przed wytknięciem niekonsekwencji zamyka nas w szarpaninie między abstrakcyjnymi skrajnościami. Tyle że ta postawa, o której Pan pisze, to – no właśnie – abstrakcyjna skrajność, postawa wymyślona pod tezę. Bo założenie, że „chcesz zmieniać świat, zacznij od siebie” oznacza coś w stylu „chcesz lobbować na rzecz rowerów, musisz jeździć wyłącznie rowerem” to dopiero groteskowy absurd. Przecież nikt tak nie mówi, nikt tego nie forsuje, nikt tego nie oczekuje. Człowiek może sobie, swoją drogą, wymyślić, że nie będzie jadł mięsa, że będzie jeździł wyłącznie rowerem, że będzie robił coś, a czegoś robił nie będzie – i jego sprawa, nie ma to nic wspólnego ze zmienianiem świata… choć jemu może się tak wydawać, oczywiście. Natomiast jeśli mówimy o faktycznej chęci zmieniania świata, to zaczynanie od siebie oznacza a) wiarygodności niedziałanie wbrew własnym słowom, b) jakąkolwiek znajomość tematu, nieoderwanie od rzeczywistości.

    A, przy całym przeintelektualizowaniu powyższego tekstu warto by było mieć świadomość, że słowo „tudzież” oznacza „i” a nie „lub”.

  7. Proszę zostawcie mój świat w spokoju! Dżihadyści też chcą świat zmienić też ich zdaniem na lepszy. Każda ale to każda rewolucja jest zbrodnicza. Zaraz po Świętach Wielkanocnych lecę z Modlina do Grecji i Albanii wracam w czerwcu nie jadę tam zmieniać ich świata bo po prostu … jest to ich świat. Odrobina szacunku dla inności. Nie jadę tam rowerem a na lotnisko muszę samochodem bo uduchowieni „zieloni” nie pozwalają zmodernizować paru kilometrów istniejącej bocznicy kolejowej.I elektryczna kolejka długo jeszcze nie pojedzie. Ulubieniec obecnej lewicy Barack O. laureat Pokojowej Nagrody Nobla najpierw pomógł innemu lewakowi z Francji rozbić arabski świat w Północnej Afryce a potem sam zabrał się za naprawianie świata Syryjczykom. Wyszło jak zwykle!
    Proszę zostawcie mój świat w spokoju.

  8. E tam, jeśli świat jest na zewnatrz mnie, to nie ma bata – tak czy siak musze zacząć od siebie, bo wszystko we mnie się zaczyna i na mnie kończy. Powodzenia tym, którzy myślą inaczej 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.