Cztery plusy polskości

Co jest pozytywnego w Polsce? I w nas, Polkach i Polakach? Tak serio i na poważnie? Cztery rzeczy: zacofanie jako potencjał, autorasizm jako potencjał, wspólnota w obejściu i historia jako nadświadomość. Brzmi zagadkowo — rozwinę.

Ale zanim rozwinę i zanim zaczniemy tę jazdę bez trzymanki po polskich bezdrożach, chciałbym zacząć od dwóch uściśleń. Od dwóch uchwytów bezpieczeństwa, dzięki którym nie wypadniemy z szyn ścisłości, nawet jak już nas solidnie rozbuja.

Przede wszystkim: wbrew tytułowi, ten tekst nie chwali Polski. Nie piszę tu o tym, jaka Polska jest wspaniała i jak bardzo wstała z kolan. Zupełnie nie o to chodzi. Sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana.

Ten tekst bierze się z pewnej dynamiki myśli, którą można streścić tak. Otóż można Polskę głupawo chwalić, można Polskę głupawo krytykować. Wiadomo, na czym polega pierwsze: na opowiadaniu o Sarmatach, pierogach i Wałęsie (turbosłowian nie wspomnę). Wiadomo, na czym polega drugie: na powtarzaniu, że Polska to nie jest „normalny kraj”, a Polki i Polacy są głupi, bo klaszczą w samolotach i stawiają parawany na plaży (majaków o tym, że 500+ sprawiło, że rodacy defekują na wydmach, nie wspomnę).

Oba podejścia są naiwne i jałowe intelektualnie. Niczego nie wnoszą, niczego nie popychają do przodu. Bo oczywiście całe wyzwanie w tym, żeby krytykować lub chwalić mądrze. I jest cały szereg książek, które mądrze krytykują. Szczególnie w ostatnich latach ta półka rośnie niemal z miesiąca na miesiąc i mam nadzieję, że i moje dwie książki — „21 polskich grzechów głównych” i „My fajnopolacy” — się na niej mieszczą (wybaczcie autoodniesienie — ono będzie mi jeszcze potrzebne). Jednak największe wyzwanie to Polskę niegłupio pochwalić.

Pochwalić niegłupio, to znaczy bez koszmarnych banałów, że „Polacy są gościnni”, albo, że „są dobroczynni, bo jest WOŚP”. A tak te rozmowy najczęściej wyglądają. Postawić pytanie „co jest w Polsce wartościowego?” to otworzyć przerdzewiałą puszkę z banałami i smrodkiem nacjonalizmu. Ta smętna zawartość nie zmienia jednak faktu, że jest to pytanie interesujące. Czy w naszym myśleniu, w stanie naszego państwa i społeczeństwa, w naszej kulturze, jest coś takiego, co można uznać za wartościowe, inspirujące i pozytywne naprawdę? Jakaś wartość naprawdę dodatnia, a zarazem serio, nie żadna przypadkowa krótkotrwałość, czy chwilowa okoliczność? To jest prawdziwe wyzwanie! I jeśli chcą Państwo czytać ten tekst na dwa rzuty — teraz jest właściwy moment, żeby zrobić pauzę i samemu się zastanowić. Ciekawe, czy pomyślimy o tym samym. Pewnie nie. Ale ruch myśli niczego tak nie lubi, jak takich właśnie konfrontacji.

Streszczając zatem: nie, nie jestem polskochwalcą. Jest raczej odwrotnie i świadczą o tym moje dwie ostatnie polskie książki. Ale też z nich się poniekąd bierze ten tekst — w wywiadach, na spotkaniach i w rozmowach zaczęły się naturalnie pojawiać pytania czy i co dobrego widzę w Polsce. Czy może chciałbym napisać książkę o tym, co jest w Polsce pozytywnego? Książki nie ma i raczej nie będzie — niespecjalnie wierzę, że dałoby się ją serio napisać. Ale jest ten tekst: on jest próbą odpowiedzi na to pytanie.

Starczy gadania i wstępów. Przejedźmy do rzeczy. Jakie są cztery kardynalne plusy polskości?

Zacofanie jako potencjał

Zacofanie jako potencjał — ta formułka mówi chyba za siebie. A rozwinąć ją można tak. Społeczna, ekonomiczna, infrastrukturalna, intelektualna i polityczna sytuacja Polski, słowem jej pozycja ogólnocywilizacyjna jest od dawna (historycy niech debatują od jak dawna konkretnie, my możemy tu przyjąć za Sową, że od czasów jagiellońskich) sytuacją spóźnienia, zacofania, „bycia z tyłu”. To spóźnienie trzeba oczywiście nadrabiać, trzeba „gonić Zachód”, czy, jak mówiliśmy ledwie kilkanaście lat temu, „wracać do Europy”. Każdy i każda z nas jest doskonale osłuchana z tą retoryką. To „opóźnienie” i sprawa „gonienia Zachodu” to najbardziej polskie z polskich rzeczy.

To spóźnienie w rozwoju jest oczywiście przykre, ale… stanowi też (a przynajmniej stanowić może) nasz wielki atut. Pozwala nam bowiem unowocześniać Polskę od razu według najnowszych standardów. Możemy pomijać stadia pośrednie czy rozwiązania nieudane. Możemy omijać to, w czym Zachód tkwi, bo ciągle się nie zorientował, że to czy owo nie działa najlepiej, albo to, w co wszedł zbyt głęboko i nie opłaca mu się wyjść, mimo że należałoby. My, będąc z tyłu, mamy unikalną możliwość uczenia się na błędach… nie własnych. To jest wreszcie szansa, by być mądrym przed szkodą.

Tyle ogólników — jakie przykłady? Zacznijmy od nudów z podręcznika: wszystkim nam wtłaczano do głów, że Konstytucja 3 Maja była pierwszą nowoczesną, spisaną konstytucją w Europie i drugą na świecie. Przypadek? Nie. W ten sposób dogorywające państwo sarmackie próbowało obrócić swoje zacofanie w korzyść. Podobnie z II Rzeczpospolitą. Dzisiaj łatwo — i słusznie — jest ją krytykować za całą masę grzechów i problemów. Powstając jednak w 1918 roku od zera mogła ona zostać — przynajmniej formalnie — stworzona według najbardziej aktualnych idei. Przykład: prawa wyborcze kobiet, które w Polsce stały się rzeczywistością „od razu”, w roku 1918, czyli niejako o całą wojnę światową wcześniej niż we Francji (1944) czy Włoszech (1945), nie mówiąc już o Szwajcarii, w której stało się to dopiero w roku 1971 na poziomie federalnym, a ostatni kanton — Appenzell Innerrhoden — przyznał prawa wyborcze kobietom dopiero w roku 1990.

Wróćmy jednak do naszej Polski, do III RP. W chwili obecnej mamy w Polsce 31 stacji metra na dwóch liniach w Warszawie. I oczywiście, lubimy się śmiać, że tych linii jest dwie, a nie dwa tuziny jak w Nowym Jorku, że ich mapa wygląda jak chrześcijański krzyż, a Chińczycy budują sto stacji w tym czasie, co Polacy jedną. Ba, sam pamiętam, jak do mojego liceum, które było tuż przy metrze (do dziś męczy mnie ból, gdy mijam Politechnikę) przyjechała wymiana z Niemiec i zastanawialiśmy się, czy nie wypada przepuszczać co drugiego pociągu i mówić gościom, że to inna linia. To jest jasne: jesteśmy autorasistami, więc zawsze będziemy się z tego śmiać. Łatwo jednak zapomnieć, że warszawskie metro jest jednym z nowocześniejszych i czystszych w Europie. Zacofanie jest potencjałem: metro zbudowaliśmy późno, ale według najnowszych standardów funkcjonalności i estetyki.

Jeszcze jeden przykład na szynach. Są zasadniczo dwa modele rozlokowania dworców kolejowych w miastach. Mogą być albo dworce czołowe, z których każdy obsługuje ruch w jakimś kierunku (najlepszy przykład to Paryż i jego Gare du Nord, czy Gare de l’Est), albo stacja przelotowa w centrum, obsługująca ruch we wszystkich kierunkach. Jak pisze Karol Trammer „europejskim trendem [jest] ograniczanie roli dworców czołowych”. To jest logiczne, że taki jest trend: dla pasażerów to jest bliżej i wygodniej. Jest to szczególnie istotne w czasach kryzysu klimatycznego i flygskam: w końcu tym łatwiej będzie pociągom konkurować z lotnictwem, im łatwiej będzie do nich wsiąść. Ale trudno tutaj nie zauważyć, że w Warszawie ruch tak się odbywa od dziesięcioleci. Wszystkie pociągi dalekobieżne przejeżdżają linią średnicową i odjeżdżają z najściślejszego centrum miasta. Trammer podaje, że w Lipsku udało się to osiągnąć dopiero w 2013 r., a w Antwerpii w 2017 r. Od siebie dodam, że Paryż nie osiągnął tego nigdy.

Podobnie w rzeczach drobniejszych, codziennych. Jednym z głębszych wstrząsów dla każdego, kto spędza dłuższy czas w USA są papierowe czeki, które — w XXI wieku — nadal są tam w powszechnym użyciu. W Polsce to straszliwie archaiczne rozwiązanie nigdy się nie przyjęło, bo nie miało kiedy się przyjąć. Z bankowości w okienku przeszliśmy wprost do tej w Windowsach i dalej, w aplikacji. A ta bankowość elektroniczna często działa w Polsce dużo lepiej niż w Europie Zachodniej.

Nie jest też przypadkiem, że polskie społeczeństwo bardzo dobrze radzi sobie z internetem. Dziadek, który sprawnie ogarnia Skype’a, bo dzięki niemu rozmawia z wnuczką pod Glasgow jest oczywiście anegdotą (choć ważną!). Ale są i twardsze dane. Są na Wikipedii, a właściwie nie na niej, tylko o niej. Język polski jest dopiero 33. najczęściej używanym językiem świata, ale polska wersja językowa Wikipedii jest… dziesiątą największą pod względem liczby artykułów (a przynajmniej była — stan na 19 IX 2019). To jest wyraźna i nieprzypadkowa nadreprezentacja. I spójrzmy na szczegóły. Polska Wikipedia odsadza tak potężnych konkurentów jak choćby Wikipedia portugalska. To jest język, którym mówi Brazylia… ale Wikipedia portugalska to tylko 74% tych artykułów, które ma polska. Podobnie z arabskim (70%), japońskim (86%), czy nawet chińskim (79%). Polskiej Wikipedii niewiele brakuje do tych napisanych w językach tak dużych jak rosyjski (115% tego, co po polsku) czy hiszpański (114%). A jeśli to Was jeszcze nie przekonuje, to wiedzcie, że w maju 2006 roku polska Wikipedia była… czwarta na świecie, ustępując jedynie angielskiej, niemieckiej i francuskiej. Wiadomo dlaczego. Dlatego, że zacofanie jest potencjałem, który czyni nas bardzo otwartymi na nowe technologie.

Zerknijmy teraz do rubryki przyrodniczej. Jeśli wciąż mamy jeszcze w Polsce nieuregulowane, względnie dzikie odcinki rzek, to właśnie przez zacofanie: nie zdążyliśmy, nie mieliśmy środków, żeby je wszystkie wybetonować. I oto nagle, nim zdążyliśmy to zrobić, okazało się, że najnowszy kierunek myślenia jest taki, żeby tego właśnie nie robić. Bo rzeki w stanie dzikim mają i zapewniają okolicznym terenom znacznie wyższą bioróżnorodność, bo mają lepszą retencję i są „buforem” przeciwpowodziowym, nie mówiąc już o tym, że mogą się same sprawniej oczyszczać. O tym jak istotny jest ten ostatni punkt, przekonaliśmy się w zeszłym roku w Warszawie. I w dół Wisły od niej.

Myśląc o przyrodzie, popuśćmy też nieco wodze i spójrzmy na potencjał, który dopiero jest do wykorzystania. Czysto spekulatywnie: czy sam fakt, że Polska jest słabiej zaludniona i zurbanizowana niż kraje zachodniej Europy, nie jest atutem w obecnej sytuacji cywilizacyjnej? 60 % polskiej ludności mieszka w miastach, podczas gdy w krajach Europy Północnej i Zachodniej współczynnik ten rzadko spada poniżej 80 %, a często wystrzela do wysokich dziewięćdziesiątek. To gołe cyfry. Mówiąc słowami: mamy mniej mega-miast, mamy więcej miejsca i szerszą przestrzeń. W Polsce natura ma więcej rezerwy i strategicznej głębi. W świetle wyzwań środowiskowych, przed którymi stoimy dzisiaj — to może być nasza wielka szansa.

Autorasizm jako potencjał

Potencjału można się doszukać nie tylko w naszym zacofaniu, ale i w autorasizmie. Co to jest autorasizm? Wybaczcie autocytat: „Autorasizm […] to [przekonanie żywione przez nas samych], że obywatele Polski są ludźmi gorszymi, mniej wartościowymi i na mniej zasługującymi niż obywatele państw zachodnich. Autorasizm to nasza skłonność do samoponiżenia, do nielubienia siebie samych, do niechęci do tego, kim jesteśmy i co robimy. […] Obyczaje plemion z dżungli na Nowej Gwinei albo mieszkańców amerykańskiego Południa dziwią̨ nas mniej niż nasze własne. […] Wydaje się̨ nam, że ktoś od nas stale oczekuje, że przestaniemy być sobą̨”.

Nie będę podawał przykładów, bo wylewają się z Facebooka i niektórych mediów w ilościach przemysłowych. Nie będę też dłużej tłumaczył samego autorasizmu. Przekornie powiem tak. Uważam, że każdy kto zna język polski na tyle, żeby przeczytać jego definicję — doskonale wie, o co chodzi.

Oczywiście autorasizm jest ogromnie szkodliwy, bo polega na chorobliwie zaniżonej ocenie własnej wartości. To jest jasne. Gdzie zatem potencjał? Otóż autorasizm jest dla ducha tym, czym zacofanie jest dla infrastruktury. Jest odskocznią, by niejedno zaskakująco sprawnie nadrobić. Jesteśmy autorasistami — samokrytyka to dla nas nie pierwszyzna. Jesteśmy świadomi własnych słabości, ułomności i niedociągnięć. Świetnie je znamy, ciągle o nich myślimy. Do przesady znamy i lubimy śmiech z samych siebie, śmiech, który szybko przechodzi w samobiczowanie i samoponiżenie („Polaki-cebulaki chodzą w skarpetach do klapków Kubota”, „chciałbym, żeby Polski nie było”, itp.). Już w punkcie wyjścia doskonale wiemy, że nie jesteśmy idealni i wszechwiedzący. Wiemy, że jesteśmy wiecznymi uczniami, wiemy, że wiele jeszcze nie wiemy, że dużo powinniśmy się nauczyć i poprawić. Tak w Polsce, jak i w nas samych, jako ludziach. Autorasizm sprawia, że trudno jest nam serio uważać, że pozjadaliśmy wszystkie rozumy i że Polska jest najlepsza i najważniejsza na świecie. Nawet jeśli takie myślenie się w ten czy inny sposób pojawia, to autorasizm je skutecznie przekreśla. Autorasizm jest jak ten niewolnik na rydwanie tryumfującego rzymskiego wodza, który szepce mu do ucha „pamiętaj że jesteś śmiertelny”. Dzięki niemu potrafimy być jako społeczeństwo zaskakująco skromni. Wiemy, że nie jesteśmy pępkiem kosmosu.

My, Polki i Polacy, nie mamy tego poczucia wyższości, tego autocentryzmu, który tak wyraźnie widać w kulturze chociażby amerykańskiej. Ale przecież nie tylko: każda z silniejszych kultur Zachodu (amerykańska, brytyjska, francuska czy niemiecka) w jakimś stopniu się opiera czy opierała na poczuciu wyjątkowości, czy „lepszości” własnej, które w mniej lub bardziej bolesny sposób objawiały się w historii. Nasz autorasizm ma klarowny wymiar etyczny: on jest skuteczną lekcją pokory. Wiemy, że nie jesteśmy dziełem skończonym. Wiemy, że sam fakt, że się raczyliśmy urodzić, nie czyni nas  koroną stworzenia. Wiemy, że stoi przed nami wyzwanie przeskoczenia samych siebie, wejście na wyższe piętra istnienia. Wiemy, że obowiązkiem — tak Polaka jak człowieka — jest samoprzezwyciężanie się i doskonalenie. Tego jednego nikt nam nie musi tłumaczyć.

Potencjał autorasizmu rozgrywa się w sferze ducha, więc niełatwo wskazać barwne przykłady zewnętrzne. Jest jednak konieczna pewna dygresja, która — trochę paradoksalnie, trochę à rebours — dostarczy paru wskazówek jak to wygląda w praktyce. Przypuszczam bowiem, że od kilku akapitów pęcznieje Wam w głowach przynajmniej jedno zastrzeżenie, które trudno pozostawić bez odpowiedzi. Szczególnie w dzisiejszej sytuacji politycznej. A więc mniemam, że macie na myśli mniej więcej coś takiego: „Przecież to jest bzdura! Czy autor nie widzi co się dzieje dookoła niego? Przecież jest dokładnie odwrotnie — Polacy uważają, że są lepsi od wszystkich, tak od dzikich krajów za wschodnią granicą, jak też od zgniłego Zachodu, gdzie zamachy, geje i eutanazja”.

Cóż, ten zarzut jest w jakiejś mierze słuszny. Być może trudno tutaj mówić o nas wszystkich hurtem. Być może nie wszyscy będziemy umieli dostrzec w autorasizmie siłę pozytywną, sprawczą. Wydaje się jednak, że ta siła jest, choćby w wersji hamulcowej. Jak by to mogło wyglądać?

Niektórzy reagują na autorasizm mniej lub bardziej prostodusznym zaprzeczeniem, próbując go przełamać, dowieść, że „nasze się jednak liczy”, że umiemy „skończyć z pedagogiką wstydu” i być „normalnym krajem”, z którym „się liczą”. Charakterystyczne jednak, że te projekty są często naiwne i nieudane już w punkcie wyjścia. Czy nie na mocy autorasizmu właśnie? Autorzy, czy wykonawcy tych pomysłów, wszystkich tych #RespectUs i innych wstawań z kolan, wydają się sami w nie tak naprawdę nie wierzyć, czy nie brać ich na serio. Dlaczego? Bo — tak jak wszyscy Polacy — są autorasistami! Ale dopiero tutaj im się ten autorasizm obraca na plus. Dopiero wtedy, gdy staje się linką bezpieczeństwa, która poskramia i podcina projekty skądinąd poronione. To jest motyw subtelny, ale wyraźny.

Przykład? „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Barwne shitstormy rozkwitły w internecie, gdy okazało się, że ten napis ma być umieszczony w nowych paszportach. I słusznie — uważam, że go tam być nie powinno (bo nie wierzę w Boga, nie mam zdolności honorowej, a sprawa ojczyzny jest u mnie dość skomplikowana — jak u każdego stoika). Kiedy jednak te napisy stały się faktem, okazało się, że są one tylko na jednej stronie paszportu, małymi literkami i widoczne tylko pod kątem. I w ogóle jest właściwie tak, jakby ich nie było. Można powiedzieć, że to przewrotny kompromis — prawica każe wpisać to hasło, ale takim maczkiem, żeby się lewica nie czepiała. Jest w tym też jednak sens głębszy. Otóż tak właśnie autorasizm broni nas przed nami samymi. Nawet ci, którzy niby chcą tego credo w paszporcie, czują w głębi duszy, że to jest dziwny pomysł. Dają więc maleńki druk, żeby nie było go specjalnie widać.

I oczywiście nieszczęsna nowela ustawy o IPNie, przegłosowana 26 I 2018. Polska chciała — niby — udowodnić, że jest krajem z mocną polityką historyczną i że polską wersję historii trzeba szanować. Jak wyszło, wszyscy wiemy, wyszło fatalnie. Słyszałem jednak charakterystyczną plotkę, że osoby z najwyższych kręgów władzy dziwiły się, że wyszła z tego aż tak wielka rozróba międzynarodowa, bo przecież ta ustawa nie chciała serio ścigać argentyńskich dziennikarzy, czy Żydów, którzy opowiadają jak to Polacy wyrzucali ich z pociągów powrotnych w 1946 roku. Ustawa miała tylko zaznaczyć, że trzeba się z Polską liczyć. Miała być aktem nie prawodawstwa, ale magii. Se non è vero è ben trovato! Niby Polska chce karać tych, którzy „publicznie i wbrew faktom przypisują Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie”, ale tak naprawdę wie, że nie może i że nie ma to sensu.

I oczywiście strach pomyśleć, co by było, gdyby nasza autorasistowska pokora nie odprawiła tej ustawy w niebyt. Strach pomyśleć, co by było, gdyby została potraktowana w pełni serio i serio egzekwowana. Autorasizm znów wyświadcza nam wszystkim przysługę i udowadnia, że jest w nim nielichy potencjał.

Wspólnota w obejściu

A czy jest jakiś nieoczywisty plus polskości, który rozgrywa się w przestrzeni codziennej, dotykalnej i międzyludzkiej? Jest. Proponuję go nazwać „wspólnotą w obejściu”. Nie chodzi mi jednak o obejście w znaczeniu „gospodarstwa” (chociaż ukłon w stronę naszej wspólnej chłopskiej przeszłości zawsze w cenie), tylko o obchodzenie. O przekraczanie i twórcze nadrabianie niedociągnięć systemu tam, gdzie on nie sięga.

Wspólnota w obejściu to ten bardzo szczególny rodzaj solidarności, czy też bycia razem, który pojawia się — wyspowo, na chwilę, raz tu, raz tam — gdzie niedziałanie naszego państwa nie pozostawia nam innego wyboru jak nadrobić je współdziałaniem. I nie chodzi mi o makroskalę, o te iluzje, że WOŚP może zastąpić NFZ (nie może: budżet NFZ na rok 2019 to jest pięćset razy tyle, ile zebrała Orkiestra w finale w tymże roku). Chodzi mi o skalę mikro. O wszystkie te interakcje w przelocie, uśmiechy porozumienia, które nadają polskiemu życiu ten niezrównany smak, który tak trudno jest docenić cudzoziemcowi. Ale idźmy po kolei.

To, że państwo polskie często nie robi tego, co powinno, że działa źle, nie wypełnia swoich konstytucyjnych obowiązków, czy wręcz działa na szkodę obywateli i wspólnoty, to nie jest żadna nowa myśl. Druga dekada bieżącego stulecia to czas, kiedy ta diagnoza weszła do mainstreamu. Ciągle słyszmy o słabym państwie, państwie z tektury, kartonu, czy papieru, tudzież o nibypaństwie i wyrodnym państwie. Ale nawet gdy się nie mówiło o tym głośno, wiedzieliśmy wszyscy. O tym, że państwo polskie źle działa, nikt nie dowiaduje się z książki — każdy dowiaduje się z życia. Doskonale o tym wiemy, od zawsze bierzemy na to poprawkę, jesteśmy na to zawsze przygotowani. My, Polki i Polacy, ani nie liczymy na państwo, ani mu nie ufamy. Nie ufamy jakiejkolwiek władzy, w tym także tej złej. Nie spodziewamy się, że system — społeczny, polityczny, ale i System w ogóle — w którym żyjemy, będzie działał jak trzeba.

I oczywiście, to jest netto źle, że tak jest. I oczywiście, ślizgamy się tu po bardzo kruchej powierzchni stereotypu. Łatwo popaść w trywialną i fałszywą retorykę, według której państwo polskie działa gorzej i jest mniej opiekuńcze niż państwa bogatego Zachodu… ale za to umiemy być solidarni i samopomocą kompensujemy gorsze warunki zewnętrzne. Innymi słowy, siłą moralności nadrabiamy to, co w państwach zachodnich robią instytucje. I w tym nasza wyższość, w tym jesteśmy lepsi, szlachetniejsi, bezinteresowni. Rzecz jasna, to nie o to mi tutaj chodzi. Taki postulat nie byłby żadnym realnym plusem polskości, ale kolejną nędzną dumą peryferii, kolejną próba odwrócenia znaków na siłę, tak, by oczywiste braki przedstawić jako zalety. „Niemcy i Francuzi mają welfare state, ale my jesteśmy lepsi, bo mamy pomaganie w sercu”. To jest absurdalne rozumowanie, z fałszywą przesłanką i fałszywym wnioskiem.

Nie chodzi więc o żadną solidarność w nieszczęściu, o żadną piątkę złotych dla Owsiaka, czy pięć milionów do „ostatniej puszki prezydenta Adamowicza”. Owszem, to nam nieźle wychodzi i lubimy się tym chwalić. Są to jednak tylko Ersatze dobrze działającego państwa. Nieco prowokacyjnie chciałoby się powiedzieć, że tak rozumiana, spontaniczno-rozpaczliwa dobroczynność nie ma wartości sama w sobie, a tylko wydaje nam się wartościowa, bo nie mamy porządnego państwa za sobą. Nie chodzi mi też oczywiście o żadne obchodzenie systemu w dosłownym znaczeniu, o żadne łapówkarstwo, załatwianie na lewo, czy też, z jeszcze innej strony, nie chodzi mi o tupolewizm i pogardę dla procedur.

Na czym więc polega wspólnota w obejściu? Każde państwo i każdy system — nawet te najlepiej działające — mają luki. My zaś do luk jesteśmy świetnie przyzwyczajeni (nie na darmo Sowa pisze, że Polska jest przede wszystkim brakiem). Co się więc stanie w sytuacji niejednoznacznej, w której prawo, reguła czy instytucja zawiodą, zawisną i nie dadzą jasnej i spójnej odpowiedzi? Odruchem obywatela cywilizacji zachodniej, będzie zrobić pół kroku wstecz i zaczekać aż System naprawi swój błąd. A my to ich „pół kroku wstecz” nieuchronnie odbierzemy jako emocjonalny chłód, jako brak zmysłu wspólnoty, zachodni egoizm, czy wręcz materializm. Bo my, w Polsce, mamy odruch dokładnie przeciwny. Wiemy, że nie ma na co czekać, więc robimy w takiej sytuacji pół kroku do przodu, żeby wspólnym wysiłkiem nadrobić to, czego nie zrobił System. I choć oczywiście nigdy nie wiadomo z góry, czy to będzie ruch skuteczny, to odruch jego wykonania — to jest właśnie wspólnota w obejściu. To jest ten nasz magiczny moment, ta może jedyna faktyczna radość peryferii, której nie znają mieszkańcy państw centrum.

Wrzesień zeszłego roku, starostwo powiatowe, województwo mazowieckie. Wniosek o paszport (ten z Bogiem, Honorem i Ojczyzną). Numerek, kolejka, wszystko jak trzeba. Wniosek złożony, trzeba przejść do kasy, żeby zapłacić. Nagle niejasność: czy jeden i ten sam numerek obowiązuje i na składanie wniosku i na kasę, czy też muszę mieć oddzielny numerek do kasy? To jest jednoznacznie ambiwalentne: jest co prawda napisane, że do kasy numerek osobny, ale obserwacja kolejkowej rzeczywistości wskazuje, że to wcale nie tak działa i że wystarczy jeden. I w porządku, udało mi się. Ale facet za mną już się pogubił: podchodzi do kasy z niepewnością w oczach i pyta czy potrzebuje numerka. Osoba w kasie dostaje na to niemal furii: „Przecież pisze, że kasa informacji nie udziela! Ja nie jestem od tłumaczenia! Ja mam pracę do wykonania!…” Gość jest w kłopocie. Ale podnosi oczy ku górze i nagle nasze spojrzenia się spotykają — i to jest właśnie ten moment. Tu właśnie powstaje wspólnota w obejściu. Wiem, że ja mu teraz pomogę — on już wie, że ja wiem, że on nie wie, co z tym numerkiem. I to się właśnie dzieje. Niepytany mówię, że kasa wyświetli mu ten sam numerek, z którym składał wniosek. I staje się cud. Nikt nie musi przechodzić dodatkowej mili — wystarczy kilka kroków, by dojść wspólnie. Dojść tam, gdzie sami nie doszlibyśmy nigdy. Rozumiejące spojrzenie dwóch Polaków, w chwili gdy pomagają sobie zrobić to, czego nie zrobił system, to jedna z najczystszych interakcji międzyludzkich.

To samo, a nawet wyraźniej widać na froncie coraz ważniejszym i coraz bardziej nas definiującym, a więc przy współżyciu z technologią. Digitalizacja życia (przy wszystkich swoich zaletach) sprawia, że system oplata nas coraz szczelniej i coraz szczelniejsza jest iluzja, że udział konkretnego człowieka nie jest potrzebny, bo system wszystko rozwiąże sam. Ale nie rozwiąże, a przynajmniej nie zawsze. Msza na cyfrowym ołtarzu polega na tym, że zgodnie z procedurą klikamy tam, gdzie system pozwoli się przeklikać, a nad wodami unosi się założenie, że to wszystko zadziała. Ale nie zawsze zadziała, o czym my, w Polsce bardzo dobrze wiemy. Wiemy z wielusetniego doświadczenia, że nie ma co liczyć, że system (czy to będzie sarmacka demokracja, czy wsparcie online w Apple) będzie bezbłędny i zawsze po naszej stronie. Z góry zakładamy możliwość, że sytuacja paszportowa może się powtórzyć i że będzie trzeba, by ktoś znów zrobił krok do przodu i nam pomógł. Albo my komuś.

Nasz brak zaufania do systemów i procedur, często tak problematyczny, niesie więc w sobie nieoczekiwaną zaletę. To jest ten metafizyczny parametr współczesności, którego tak bardzo dzisiaj potrzebujemy. Okruchy pocieszenia, że w świecie postępującej automatyzacji współdziałanie ludzkie jest jeszcze potrzebne. Dla mnie to pocieszenie i ten odruch robienia kroku w przód jest najpiękniejszą rzeczą w Polsce.

Historia jako nadświadomość

Tamto było najpiękniejsze, na koniec słowo o tym, co jest dla mnie najważniejsze. Otóż najważniejsza jest dla mnie historia jako nadświadomość. Uważam, że nasza szatańsko trudna historia jest naszą supermocą. My, Polki i Polacy, możemy (jeśli tylko zechcemy) rozumieć dzięki niej więcej i głębiej niż mieszkańcy krajów doświadczonych mniej tragicznie.

Ktoś kiedyś powiedział, że Polska — w odróżnieniu od choćby Szwajcarii — to kraj, w którym stawką w grze geopolitycznej jest zawsze… wszystko. My, Polki i Polacy, wiemy aż za dobrze, co może przynieść zły obrót dziejowej ruletki. To nie będzie „siedem lat chudych”, jak w bogatszych państwach Zachodu. One dość mają kapitału i dość długiego trwania po bezpiecznej stronie, by móc względnie spokojnie patrzeć jak krupier puszcza kulę w ruch. („Co zrobisz po brexicie? — Jestem Brytyjczykiem, więc zrobię herbatę”). U nas stawka jest wyższa, a na stole zawsze leży… cóż, apokalipsa leży. Wiemy aż za dobrze, co się może stać, jeśli sprawy i planety ułożą się niekorzystnie. Wiemy, że wchodzi w grę śmierć milionów ludzi, anihilacja państwa, zagłada całych grup etnicznych. Nasza historia nieodwołalnie nas uświadamia, jaki jest kaliber gry, w którą gramy. Można oczywiście dyskutować, czy umiemy z tego wyciągnąć właściwe wnioski (i czy umieją to robić kolejne rządy w Warszawie), ale nie ulega wątpliwości, że ta świadomość tkwi w nas głęboko i przejawia się w naszej kulturze i sposobie bycia.

Wielkie życie ludzkości, proces dziejowy, ranga gry, o którą wszystko się toczy — to wszystko jest nam dane bardziej bezpośrednio niż obywatelom państw dostatniejszych i bezpieczniejszych. Trudniej jest nam po prostu być ślepym na pewne sprawy… i w tym nasz atut. Sami wiele przecierpieliśmy, więc mamy szansę być wrażliwymi na cierpienia innych i na cierpienie w ogóle (choć zasadne jest pytanie, czy chcemy i umiemy z tego skorzystać). W tym specyfika naszej polskiej optyki, w tym nasza nadświadomość. Jeśli może być jakaś polska szkoła metafizyki, to właśnie tutaj, właśnie z tych okolic może wyjść.

To jest zresztą powód, dla którego ten wątek jest dla mnie tak ważny. Jestem pisarzem i filozofem, więc zmysł metafizyczny jest dla mnie najważniejszym z sześciu. A to właśnie historia go w nas, Polkach i Polakach, rozwija. Pozwala nam też być mniej małostkowymi, a przynajmniej daje szansę, by się tego nauczyć. Sprawia, że możemy być sceptyczni wobec powierzchowności, uczy nas jak odróżniać rzeczy ważkie od przelotnych. I to chyba właśnie ona pozwala nam unikać pułapek łatwej ironii i taniego zblazowania (tutaj metafizyka splata się znów ze sprawami społecznymi, czy wręcz politycznymi). A przynajmniej daje szansę się o to starać.

Wspominałem wyżej, że mieszkańcy Europy Zachodniej i Północnej, a także Ameryki Północnej, siłą rzeczy nam, mieszkańcom (pół)peryferiów, wydawać się mogą chłodni w obejściu, skupieni na sobie, czy wręcz na pieniądzu, docześni i materialistyczni. Czy historia jako nadświadomość nie jest jednym z czynników, które tworzą to złudzenie? Pomyślmy o kulturze krajów Zachodu, szczególnie o kulturze popularnej (jeśli ten przymiotnik jeszcze coś tutaj znaczy). Możemy się w niej nurzać, możemy oglądać i słuchać, kopiować i zachwycać się, jak też patrzeć z zazdrością na planetarne zasięgi, jakie osiągają zachodni twórcy. Ale zawsze będzie się nam wydawało, że ta kultura jest w jakimś nieuchwytnym sensie „płytka”, czy „materialistyczna”. Nasza własna, polska kultura w nieunikniony sposób wychodzi nam zawsze bardziej „serio” i bardziej „poważnie”. Jest smutniejsza lub bardziej histeryczna. „To moja droga z piekła do piekła / W dół na złamanie karku gnam” śpiewał Kaczmarski w swoim legendarnym „Epitafium dla Wysockiego”. Porównajmy to z „Imagine there is no heaven” Beatlesów. Tematyka podobnie eschatologiczna. Nawet metafory podobne. Ale tonacja nieuchronnie inna.

Historia jako nadświadomość każe nam też pamiętać, że świat nie zaczął się wczoraj, że, jak to się kiedyś mówiło, „nie było nas, był las”. Sprawia zarazem, że mniej mamy tej gorączkowości, czasem tak wyraźnie widocznej na Zachodzie, która chciałaby mierzyć czas cyrklem absurdalnie wąskim. Przykłady w liczbie dowolnej. Pierwszy z brzegu: wyszła w zeszłym roku w Polsce książka Christel Petitcollin „Jak mniej myśleć” (przekład z francuskiego). Książka dziwnie napisana, ale polecam, bo treść ważna — choć to inny temat. Weźmy jednak takie zdanie z niej. „Z uwag, napomnień i rad udzielanych bez przerwy nadwrażliwcom wynika, że najlepiej być twardym, zimnym i nieczułym w każdej sytuacji. Ale czy to najlepsze rozwiązanie? Jeszcze niedawno tak uważano. Liczyły się jedynie racjonalny umysł, logika i chłodne decyzje. Emocje były naszymi wrogami i mogły jedynie przeszkadzać […] Na szczęście parę lat temu wiatr zmienił kierunek, naukowcy bowiem zaczynają zauważać, że emocje odgrywają niepoślednią rolę w procesie myślenia i podejmowania decyzji”.

Coś Wam bruździ w tych zdaniach? Mi się facepalm otwiera w kieszeni, gdy to czytam. Bo naprawdę, konflikt między czuciem i wiarą, a szkiełkiem i okiem, nie zaczął się dekadę temu. Spór między logiką rozumu a porywem emocji jest przez naszą cywilizację roztrząsany przynajmniej od Platona i naprawdę, kuriozalne jest redukowanie go do obrotów mód intelektualnych, które w kilkuletnich cyklach przetaczają się przez media i uniwersytety. Uważam jednak — to jest punkt kluczowy — że ten fragment w swoim zachodnim oryginale jest znacznie bardziej spójny z kontekstem. Zgrzyta dopiero w polskim przekładzie. Nie dlatego, że przekład jest zły, tylko dlatego, że w Polsce naszym odruchem jest mierzyć czas i doświadczenie człowieka skalą znacznie szerszą.

I jeszcze przykład, najbardziej wiarygodny, bo z internetu. Jest taki format, czy właściwie meta-format, artykułów, wielomemów i quizów na portalach typu Buzzfeed, który dotyczy, najogólniej mówiąc, upływu czasu. Na pewno wiecie o co chodzi, a jeśli nie wiecie, to proszę. „Ten fakt rozsadzi ci głowę: dzisiaj mija 25 lat od emisji pierwszego odcinka Przyjaciół!”. „To jest zdjęcie ślubne Beyoncé i Jay-Z – to było dziesięć lat temu”. „W szkołach średnich są dzisiaj dzieciaki, które są młodsze niż iPod!” „A tak wyglądają dziś aktorzy z Harry’ego Pottera! Poczułaś się staro?” I tak dalej, i tak dalej.

To są fascynujące rozkminy — jako stoik sam je uwielbiam. Nie jest jednak przypadkiem, że ich źródłem jest w pierwszym rzędzie internet amerykański. My, Polki i Polacy, możemy sobie poskrolować, przyklasnąć, poczuć się staro. Owszem. Nie zmienia to jednak faktu, że z naszego punktu widzenia te refleksje, choćby najtrafniejsze, zawsze będą wydawać się trochę powierzchowne, czy wręcz zblazowane. A przynajmniej zawsze będziemy mieli potencjał, żeby ten zblaz widzieć. I to jest nasza nadświadomość.

Bo widzicie, my w Polsce dobrze wiemy, że upływu czasu i zmian społecznych nie wyznacza rytm kolejnych iPhonów, premier popowych sag, czy nowych pokemonów. O tym, że wczoraj było inne niż dzisiaj, nie musi nam przypominać refleksja, że przed dekadą telefony były inne i że miały gorsze aparaty. My o tym wiemy stąd, że „nie ma już, nie ma w Polsce tych miasteczek, w Hrubieszowie, Karczewie, Brodach, Falenicy, że próżno szukać w oknach zapalonych świeczek i śpiewu nasłuchiwać z drewnianej bożnicy”.

*

5 komentarzy

  1. Dziękuję.
    To co przeczytałem, umocniło moje przekonanie, że żyje tam, gdzie moje miejsce. Czy jestem autorasistą? Tak, jestem dumny z historii mojego kraju (chociaż taką „pokręcona” a nawet tragiczna). Dlaczego ? Bo pozwala mi w ocenie tego co teraz mnie otacza. Potrafię ocenić współczesne spory w Polsce, które towarzyszyły nam od zawsze, dając mi przekonanie, że znowu wyjdziemy wzmocnieni. Jestem dumny z tradycji (głównie tej chrześcijańskiej). Bo to jest fundament mojego istnienia, mojej moralności. Jeżeli ktoś pamięta „Skrzypka na dachu” i o tym czym jest tradycja dla mleczarza – to zapewne mnie zrozumie.
    Życzę wszystkim Polakom, bądźmy dumni z tego, że nimi jesteśmy.
    Boli mnie kiedy Polacy (mam też takich w swojej rodzinie), którzy opuścili kraj przed wielu laty, teraz mówią – Polska to zacofanie, albo wy Polacy to….

  2. Świetny tekst, szczególnie ten trzeci punkt uważam za trafny i dobrze sformułowany. Jakiś czas temu, kiedy zaczęły się pierwsze ograniczenia w związku z wirusem, zastanawialiśmy się w pracy, co z ludźmi na kwarantannie, którym nie ma kto zrobić zakupów. Koleżanka, która większość życia spędziła w UK, zdziwiła się, że przecież są social services i że państwo nie da nikomu zginąć – na to ostatnie zdanie wszyscy zareagowali zbiorowym wybuchem śmiechu.

  3. Fascynujący, choć nieco zbyt długi artykuł, z którego tezami w trzech czwartych się nie zgadzam.

    1) „Zacofanie” – jedyna, z którą się zgadzam, jednak chciałem zauważyć, że nie pasuje do pozostałych. Jest strukturalna, trzy następne są psychospołeczne. Skoro więc wciągasz zacofanie na swoją listę, wypadałoby dorzucić do zestawu także hardkorowe położenie geograficzne. Gdy Niemcy i Rosja się dogadują, robi się niebezpiecznie, ale z drugiej strony potencjał handlowo-kulturalny jest ogromny.

    2) „Autorasizm” – tyle że skierowany jest zazwyczaj w kierunku sąsiada. Polak krytykujący Polaków nie krytykuje raczej siebie. Siebie uważa za lepszego od innych. Autorasizm staje się więc zjawiskiem toksycznym i samorozwoju niestety nie napędza.

    3) „Wspólnota w obejściu” – związana z brakiem zaufania do struktur państwowych. Czy bez tego zaufania da się zbudować obywatelsko-anarchizującą odmianę zaufania społecznego? Szczerze wątpię. A zaufanie społeczne to gigantyczny kapitał, który odróżnia np. kraje skandynawskie od innych.

    4) „Historia jako nadświadomość” – a czy historycznie nadświadomi nie są Niemcy? Francuzi? Anglicy? Amerykanie? Owszem, pod tym względem bywa w niektórych krajach znacznie gorzej niż w Polsce, ale to, że u nas jest nieźle, nie znaczy wcale, że Polska wyróżnia się aż tak bardzo na plus.

    Cieszy obecność dużej ilości przykładów w Twoim tekście, które zwykle są celne, ale w szerszym ujęciu uważam, że trzy z Twoich czterech tez są chybione.

  4. Co do klaskania w samolotach – cóż, prawie dziesięć lat temu byłem na maratonie „Władcy Pierścieni” w największym kinie w Oslo. Kinie wypełnione po brzegi, część ludzi poprzebieranych w stroje bohaterów Tolkienowskiego uniwersum, rodzice z dziećmi, świetna atmosfera. Przed rozpoczęciem tytułu na małej scenie pojawia się, jak przypuszczam, pracownica kina i mówi, żeby wszyscy pamiętali, że są między nami ludzie, którzy „Władcy Pierścieni” nie widzieli i by nie psuć im zabawy. Nie rozumiałem tego wystąpienia do momentu, gdy film się zaczął. Okazało się bowiem, że pojawienie się każdej postaci z Drużyny Pierścieni można nagrodzić rzęsistymi brawami.

  5. Mam w notesie gdzieś taki oficjalny, bankowy czek z lat 90. To ładnie wyglądający blankiet.

    Im więcej polityki i osób parających się nią w społeczności, tym większe zacietrzewienie. Choć podobno konkurencja to zdrowy mechanizm w naturze.
    …To Pana nowela, jest do czego wracać.
    „Zacofanie” powoduje, że jest dużo zakamarków. To ma swoje dobre strony. Przestrzeń sterylna, doświetlona, ucywilizowana mega może oślepiać – w sensie dosłownym i metaforycznym.

Odpowiedz na „LamperiaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.