Depresyjna trafność „Zawodu”

Kamil Fejfer, twórca internetowego „Magazynu Porażka” (polecam koniecznie!) wydał książkę „Zawód” (wyd. Czerwone i Czarne, 2017). Premiera dziś. I dziś od razu uchylę Wam rąbka: jest to lektura obowiązkowa, choć przerażająca.

Bieda i beznadzieja

Mówi się, że realizm magiczny jest realizmem Ameryki Łacińskiej, ale wypadałoby analogicznie powiedzieć, że thriller-reportaż jest realizmem polskości. Książka Fejfera jest bowiem thriller-reportażem z polskiego rynku pracy, ale nie ma w niej krzty pozy, przesady czy nienaturalności. „Zawód” – jak rzadko – daje nam żywe, drgające mięso, autentyczną, nieprzefiltrowaną, feudalną grozę polskości. Książka pokazuje jak wygląda polski rynek pracy i jest wstrząsająca. Nie będzie chyba spojlerem jeżeli powiem, że te realia przestawiają się katastrofalnie. Książka jest bezlitosna, i zaprawdę powiadam Wam, ona mówi więcej o przyczynach wygranej PiSu niż wszystko inne razem wzięte.

Wszechogarniająca beznadzieja obrazu, który się wyłania z „Zawodu”, jest tak szczelna, że aż nie wiadomo od czego zacząć. Chyba od zaznaczenia, że Fejfer zła nie estetyzuje, nie pławi się w nim, nie robi tego, co robią np. twórcy filmu „Dzikie róże”, o którym pisałem jako o przykładzie pornografii negatywności. U Fejfera nie mamy gry w konwencje, ale zderzenie z nagą prawdą ekonomiczno-egzystencjalną.

Książka omawia cały szereg branż, począwszy od gastronomicznej, przez kulturalną, emigrancką na Wyspach, translatorską, po ratownictwo medyczne i korpo. Oraz branżę przez wielkie B, która na końcu i której nie zdradzam. Wszystkie te zawody łączy to, że są tytułowym zawodem: są nisko płatne, nie ma w nich perspektyw, opierają się na bezwzględnej eksploatacji. Praca w korporacji to pusty prestiż szklanych wieżowców, w których worki złotych monet jadą do góry, a w dół płyną fakapy i wyzysk. Ratownictwo, zawód szlachetny i wąski, to realia w których facet, który jest mistrzem Polski, międzynarodowym jurorem, gwiazdą branżowego jutuba i generalnie tuzem swojej dziedziny… i tak musi iść nas zmywak, bo w Polsce nie ma po prostu dla niego pracy. Wolne zawody to zawody wolne od płacenia za pracę – za to pełne szarpaniny o kolejne przelewy. No i oczywiście instytucje nauki i kultury, w których kasa jest żadna, a etat otwiera się tylko wtedy kiedy ktoś umrze. A i wtedy nie zdobywa się go kompetencjami, ale znajomością, podwieszeniem i tajemniczym „wychodzeniem”. Nie mówiąc już o małych miasteczkach, gdzie „nie ma wyboru między karierą, a ciepłą, stabilną stagnacją, tylko między stabilną stagnacją a trwaniem od pierwszego do pierwszego” (str. 45). I wyjazdem z Polski.

Polska z książki Fejfera to kolonia taniej siły roboczej, w której nikt od nas nie oczekuje nic więcej niż właśnie taniej pracy. Jest spełnieniem snu najbardziej wilczego kapitalisty: ścina się koszty i drzewo sensu życia, bezwzględnie redukuje do zera wszystko co choć o cal wystaje ponad najprostszą, darwinowsko wręcz rozumianą ekonomię życia. Polska w książce Fejfera to jest jeden zorganizowany system gnojenia słabszych przez silniejszych. Ale to nie koniec. Bowiem życie w tym systemie demoralizuje, zabija aspirację do czegokolwiek więcej niż  wdrapania się na pozycję silniejszego, wgryzienia i okopania nań, żeby móc być tym gnojącym, a nie gnojonym. Smutne. Prawdziwe. Szanuję. I wspaniale, że jest ktoś taki jak Fejfer, kto daje głos tym, którzy nie mają przestrzeni, czasu i możliwości by mówić we własnym imieniu, bo tkwią na dwunastogodzinnych zmianach w beznadziejnych i niskopłatnych płacach, których nikt nie potrzebuje i z których nic nie będzie.

Nasza siostra pogarda

Polska, jaka wyłania się z książki Fejfera, jest krajem przeraźliwie biednym, jest nieopisanie smutną krainą marzeń przegranych na bezpłatnych stażach, aspiracji i dążeń, które wsiąkły w pańszczyźnianą glebę. Wychodzi na to, że klasyk miał rację: antyludzkie państwo, w którym wszystko to tylko krew w piach. Szkoda gadać, szkoda strzępić słów. „Ziemniaki soli się łzami” jak czytamy na str. 52. Milionom swoich dzieci III RP miała do zaoferowania tylko zmywak w Wielkiej Brytanii… i soczystą, odwieczną pogardę od tych, którzy wylosowali miejsce choć oczko wyżej.

Bowiem Fejferowska Polska leci ku swej odwiecznej katastrofie na dwóch skrzydłach. Jedno z nich nazywa się „bieda”, ale drugie nazywa się „pogarda” – i jest równie ważne. Polska to nie tylko kraj niskich płac, ale też feudalnych stosunków, pogardliwego, przedmiotowego traktowania bliźniego swego. Polska to jest kraj, w którym wszyscy na wszystkich coś wyładowują, „ludzie ciągle się za coś odgrywają” (str. 240), a mili są tylko interesownie. Polska to jest kraj, w którym nie odpisuje się na maile. W którym zawsze się wali głową w mur, w którym nie udziela się informacji, w którym najpowszechniejszym doświadczeniem jest bycie traktowanym niepoważnie. A każdy kto choć na chwilę zyska ciut władzy nad kimś, zawsze i bez pudła ją bezwzględnie wykorzysta… choćby tylko po to, żeby pokazać, że teraz akurat może.

Rezonuje tutaj mentalność folwarczna Ledera: Polska to wieczny folwark, w którym czyjaś ręka zawsze sama sięga po bat, a czyjaś się sama pod nim zgina. Koncepcję Ledera niemal słowo w słowo powtarza w „Zawodzie” były MLM-owiec Kuba: „[Polska] to jest chora, skażona ziemia, na której trwa odwieczna gra w pana i chama.” (str. 129) I czy ktoś z czystym sumieniem się będzie chciał temu sprzeciwić?

Fejfer kończy książką potężną, straszliwą wręcz puentą – której nie zdradzę. Ale zdradzę, co mnie osobiście dotknęło najbardziej. Otóż jest w książce relacja dziewczyny, która do tego stopnia nie była w stanie utrzymać się z pracy w Polsce, że ostatecznie została prostytutką. I ona mówi (na str. 241-242), że „branża, w której robię, jest pierwszą z tych, w których pracowałam, i być może jedną z niewielu w ogóle, gdzie klienci są dla ciebie bardzo mili. Są bardzo wdzięczni za twoją pracę […] nigdy nie mają problemu, żeby ci zapłacić czasem więcej”. Cóż dodać… Jak bardzo pokrzywiona jest pokrzywa polskości, skoro skłoniła kogoś do wniosku, że kurewstwo to jedyny sektor, w którym Polacy traktują się z godnością?

Fejfer świetnie pisze

„Zawód” jest dobrze napisany, szczególnie jego pierwsze rozdziały. Fejfer ma swoją charakterystyczną frazę, znaną już czytelnikom z „Magazynu Porażka”. Ten styl – mam wrażenie – nawet lepiej leży w książce niż w „Porażce”. Dlaczego? Chyba dlatego, że jest bardzo intensywny i w memach „Porażkowych” daje przesyt, staje się zbyt gęsty. W książce zaś, rozpuszczony na większą objętość, daje proporcję, która mocniej idzie do głowy.

Ale to jest nie tylko język. Fejfer ewidentnie ma dobry wgląd (por. np. frazę „kreatywność językowa inteligentnego ekswięźnia”, str. 43), a kilka razy daje kilkuzdaniowe, przejmująco celne diagnozy. Jak choćby wtedy kiedy pisze o zjawisku autowyzysku: że nie tylko pracodawca może wyzyskiwać pracownika, bo równie dobrze może on to robić sam. Albo na stronie 110, gdzie zwraca uwagę, że w zawodzie freelancera solidny kąsek czasu zajmuje, dziwna, mało znana kategoria, „biała plama”, „praca nad pracą”, za którą nikt nigdy nie zapłaci, która nie łapie się jako unpaid work i której nie uwzględniają statystki. Albo na stronie 197, gdzie pisze, że doświadczeniem pokoleniowym dzisiejszych trzydziestolatków jest sprzeczność, dysonans poznawczy między tym, że „starają się coś robić dobrze, ale ciągle biją głową w mur. Dostają sygnały, że to, co robią, ma wartość i sens, że są nieźli, ale wciąż i wciąż nie mogą związać końca z końcem”. I którzy zastanawiają się „czy ja w ogóle jestem coś wart? Może tak naprawdę rację mają stawki, może jestem ciamajdą, przegrywem […] staram się i nic, i nic, i nic. To uczucie zniewala, zamraża motywację, zgina człowieka wpół, garbi […] ciągle odbijasz się od ściany, szukasz drzwi i nigdzie nie możesz ich znaleźć. Ale […] widzisz ludzi, którzy jakimś cudem się przebili, nie wiesz, jak to zrobili, nie rozumiesz, dlaczego im wyszło, a tobie nie”. I niech pierwszy rzuci papierami ten, kto nigdy się tak nie czuł.

Kultura na kroplówce, dziennikarstwo w zapaści

Chwalę i chwalę ten straszno-świetny „Zawód”, ale nie lękajcie się, będą i uwagi krytyczne. Jednak zanim o nich, chciałbym jeszcze dwa szczególiki, może trochę obok, ale ważne. A przynajmniej ważne dla mnie. Otóż szczególnie przykre jest to, co się w opisywanej przez Fejfera Polsce dzieje z kulturą. A dzieje się to, że III Rzeczpospolita nie oczekuje od nas jej tworzenia. Polskość w ogóle nie jest twórcza, nikt od nas, Polek i Polaków niczego twórczego nie oczekuje. W Polsce niczego się nie wymyśla. Jedyne, czego od nas świat oczekuje i za co jest skłonny coś tam zapłacić, to bierne skręcanie zastanych elementów. Montownia Europy, mielizna intelektualna, na której gniją prześnione wraki mniemanej świetności.

Nie znaczy to oczywiście, że w Polsce nikt nie pisze książek, że nie odbywają się premiery teatralne i że nie ma instalacji site-specific. Są. Ale czytając książkę Fejfera można odnieść wrażenie, że są… cudem. Że cokolwiek twórczego w Polsce powstaje, powstaje dzięki rozpaczliwym poświęceniom jednostek, nie dzięki jakiemukolwiek systemowi, a wbrew niemu. „Pisanie wierszy jest w Polsce działalnością całkowicie charytatywną” powiedział kiedyś Jacek Dehnel, a z „Zawodu” dowiemy się, że teatr jest taką samą instytucją wyzysku jak każda inna. Kultura, twórczość, a więc to, co powinno nadawać życiu sens ostateczny, wegetuje na grantowych kroplówkach i determinacji pasjonatów. Schemat jak w każdej branży: garstka osób na szczycie zarabia nieźle, okupuje pierwsze strony dzienników i rozsnuwa mylną sugestię, że ciężką pracą się ludzie bogacą. A zdecydowana większość przędzie gorzej niż cienko

Drugi punkt, który uważam, że warto podbić, to wątek dziennikarstwa. Czy raczej tego, co nam w Polsce z dziennikarstwa zostało. Poświęcony jest temu cały rozdział czwarty… i jest to rozdział przykry, jak zresztą każdy inny. Jest to rozdział o tym jak bardzo my, Polki i Polacy, odpuściliśmy sobie dziennikarstwo, jak bardzo pozwoliliśmy, żeby się rozleciało, zdegenerowało, straciło etos i wszystko czym być powinno. Mówiąc najkrócej: jest to opowieść o tym, że dziennikarstwo w Polsce nie przetrwało pojawienia się internetu. Nie jest to oczywiście żadna nowość, bo dyskusje o tym przetaczają się raz na jakiś czas przez bańkę jako tako jeszcze zainteresowanych, ale cóż, mnie najbardziej poruszył właśnie opis Fejfera. Może dlatego, że – jak wszystko inne – opisane jest nie z punktu widzenia wartości czy idei, ale od strony pracownika i antybiotyków dla jego dzieci, których nie kupi się za bitcoiny etosu i prestiżu. Obraz, który rysuje Fejfer jest prosty. Nie mamy już dziennikarzy. Mamy tylko garstkę nazwisk, które żyją z tego, że jeszcze nie wszyscy zauważyli, że to jest wszystko wydmuszka i mamy armię media-workerów na śmieciówkach. Dominika Węcławek z rozdziału czwartego „pamięta, kiedy jeszcze w ‘Życiu Warszawy’ siedziało się do wieczora z fajkami i szklanką alkoholu nad depeszami i układało się teksty. Dzisiaj już tak się nie robi. Solidna praca według starej dziennikarskiej szkoły to nie jest coś, co przynosi w tej branży pieniądze” (str. 99). A co przynosi? „Nie jest potrzebna rzetelność ani własny rozum. Warunkiem koniecznym jest to, czy umiesz orać i czy dasz się zaorać”.

Nie jest to jednak warunkiem wystarczającym. Bo, jak czytamy dalej o życiu dziennikarza-freelancera, „spóźnianie się z płaceniem jest czymś normalnym na polskim rynku. Często również okazuje się, że wcześniej zaproponowane warunki nie zostały dotrzymane” (str. 107-108). Kwoty umówione jako netto, zamieniają się cudownym sposobem w przelewy brutto, jeżeli w ogóle przychodzą, bo przecież każdy należny przelew trzeba sobie dopiero wyszarpać. „ […] Ciągłe upominanie się o umowy, o pieniądze, o zaległe pieniądze, upominanie się o zmiany stawek […] i tony papierów, które trzeba wypełnić, wydrukować, odesłać i czekać aż zostaną podpisane” (str. 109).

Opowieść Dominiki z rozdziału czwartego powtarza i potwierdza tę dojmującą prawdę o Polsce, która się z tego wszystkiego wyłania: to, co wartościowe i to, co opłacalne, to są w Polsce dwie najzupełniej różne rzeczy. „Dzisiaj jakościowe dziennikarstwo to raczej szlachetne hobby” (str. 114), które zostało zniszczone „szambem z portalozy nastawionej jedynie na kliki” (str. 115). Produkują je „agencje kontentmarketingowe, w których studentka polonistyki na stażu […] kompiluje frazy” (str. 116). „Ta część internetu to bagno z pozostawianymi pułapkami reklamowymi. Nie ma tam miejsca na rzetelność. Te teksty to reklamy, które udają artykuły […] nic nie znaczące błoto, miliony metrów sześciennych informacyjnej waty, która nie jest potrzebna nikomu” (str. 116). „Dziennikarstwo zeszło na level automatu z colą i chipsami pod dworcem. Włącznie z tym, że każdy może naszczać – mówi Dominika” (str 117). Chciałoby się rzucić na koniec jakimś szlagwortem w rodzaju „cała Polska jest tym automatem pod dworcem”. Ale trochę żal. Print journalism is dying mówi Zoe do Lucasa w 1 odcinku 1 sezonu „House of Cards”. So it will die with dignity ten odpowiada. No więc w Polsce umarło bez dignity. I Fejfer to z bolesną szczerością relacjonuje.

Co jest, a czego brakuje?

Książkę Fejfera można streścić następująco: ona pokazuje fałszywość dwóch mitów. Dwóch – i tylko dwóch, a moja refleksja jest taka, że brakuje rozprawienia się z co najmniej jeszcze jednym. Ale po kolei. Co to za dwa mity? Mit pierwszy to mit o zielonej wyspy. Mit, że Polska jest bogatym krajem. Fejfer obnaża to bezlitośnie, nurkując w świat podkarpackiego Jarosławia, brytyjskich emigrantów i poznańskich biurowców. Nie, Polska bogata nie jest. Polska lubi się szczycić trendującymi wskaźnikami i zawyżonymi średnimi, dobrze się w niej żyje strzałkom na wykresach. W rzeczywistości jest jednak krajem cholernie biednym. Jest krajem, w którym dobrej pracy jest po prostu mało. Krajem w którym 41% procent mieszkańców nie jest w stanie sobie pozwolić na tygodniowe wakacje całą rodziną raz w roku (dane GUSu). Nie jest żadną zieloną wyspą, ale archipelagiem źdźbeł względnego dostatku, stale podmywanym przez ocean czarnej biedy i strukturalnej beznadziei.

Drugi mit, który obala Fejfer, to mit neoliberalny. Brzmi on mniej więcej tak: „try-harder-yzm i niewidzialna ręką rynku działają dobrze i wszystkim przynoszą owoce. Każdy dostaje w życiu to, na co zasłużył, przedsiębiorczość zawsze popłaca, w Polsce istnieje rynek pracownika, a przypływ podnosi wszystkie łodzie i nikogo nie pozostawia za burtą.” W ten mit Fejfer wali jak w bęben wojenny i nie zostawia ani suchej nitki, ani żadnej. Nie, nie jest tak, że sukces materialny i społeczny jest (przynajmniej w dzisiejszej Polsce) wypadkową talentu, umiejętności i ciężkiej pracy. Te czynniki mają dość niewielki wpływ na to, co się ostatecznie z nami stanie. Wpływ decydujący ma natomiast ogólna sytuacja ekonomiczna w kraju, klasa społeczna w jakiej się urodziliśmy, regulacje jakie obowiązują (czy ściślej: jakie nie obowiązują) na rynku pracy, a przede wszystkim podaż pracy, czyli ile jest w ogóle w Polsce dobrze płatnych, fajnych, rozwojowych miejsc pracy. A jest ich – jak wciąż i wciąż wskazuje Fejfer – dramatycznie mało.

W waleniu w oba te mity Fejfer nie ma sobie równych – tak w książce, jak w „Magazynie Porażka”. Można oczywiście spytać, czy to nie jest przesłanie trywialne, można powątpiewać, czy myśmy w te dwa mity wierzyli w punkcie wyjścia. Uwzględniając jednak obecną sytuację polityczno-społeczną, dynamikę debaty publicznej i punkt w jakiej się ona znajduje – to wszystko jest trafne i na czasie. To nie jest wyważanie otwartych drzwi, to jest bardzo potrzebny dzwonek alarmowy. Czy raczej dzwon na trwogę.

A czego konkretnie w „Zawodzie” brakuje? Wyjścia na perspektywę długiego trwania. To jest najbardziej krzycząca nieobecność. O co chodzi? Długie trwanie to idea, wprowadzona pod polskie strzechy przez Jana Sowę w jego „Fantomowym ciele króla”, według której najważniejsza w kształtowaniu rzeczywistości ekonomicznej, społecznej i politycznej jest skala czasowa stuleci, a procesy krótsze, te które liczy się w latach i dekadach, są znacznie mniej ważne. Zaś wydarzenia pojedyncze, wypadki losowe, decyzje jednostek, posłów, osłów, senatorów, to już pył na wietrze, fakty bez znaczenia, bez mierzalnego wpływu na cokolwiek.

Tej właśnie perspektywy w książce Fejfera brakuje. Podkreślę: nie jest to w zasadzie jej wada, bo to przecież konieczność konwencji – „Zawód” jest w końcu reportażem o tym co jest, a nie deliberacją o długim trwaniu i szerokim kontekście. Ta książka to opowieść o patologiach III RP i tak będzie traktowana, niemniej, buduje nieme wrażenie, że te patologie są rezultatem tylko tego, co się działo w Polsce po 1989 roku. I to jest brakujący trzeci mit, którego dekonstrukcji mi zabrakło. Bo przecież mentalność folwarczna, pogarda dla słabszych, kombinowactwo, bieda, brak kapitału, skromniutka liczba dobrych miejsc pracy – to nie jest ani wina PiSu, ani Platformy, ani wszystkich rządów po 1989 roku razem wziętych. To jest kontynuacja sytuacji cywilizacyjnej Polski ostatnich stuleci, stały parametr polskości takiej, jakiej ją znamy od setek lat. Jak to powiedział Sowa: „III RP wcale nie jest zaprzedaniem i zaprzeczeniem idei polskości, ale jest właśnie jej doskonałą realizacją”. To, co oglądamy dzisiaj, to nie aberracje i nie skutki spisku Magdalenki i Sorosa. To logiczne konsekwencje ostatnich stuleci.

Tej perspektywy u Fejfera nie ma. Na stronie 11 są pytania o to, czy „niemiecki lakiernik pracuje cztery razy mądrzej niż polski?” i „czy sprzątaczka z Oslo pracuje tak mądrze jak polski menedżer średniego szczebla?”, ale te pytania pozostają retoryczne. „Zawód” nie porusza tego odwiecznego problemu, jak to się dzieje, że jedne kraje są bogate, a inne biedne. Jak to się dzieje, że Polska jest biedniejsza niż Norwegia, a Szwajcaria bogatsza niż Albania. „Zawód” jest w jakimś stopniu sugestią, że bolączki polskiego rynku pracy są tylko konsekwencją decyzji podjętych w III RP, zaniedbaniami kolejnych rządów, oszukaństwem decydentów. Wypadają z horyzontu te stulecia procesów długiego trwania, które sprawiły, że Niemcy czy Norwegowie są tam gdzie są, a Polacy, cóż, też tam gdzie są. Procesów, których nie da się odwrócić prostym pstryknięciem palców, jedną ustawą, podpisem pod akcesją.

Jako się rzekło, brak tej ostatniej perspektywy nie zmienia jednak ogólnej oceny, która brzmi: bardzo polecam! „Zawód” to bez wątpienia jedna z tych książek, które nader smucą swoją treścią, ale cieszą swoim istnieniem, które są ultragorzkie a ważne, potrzebne i na czasie, i których sukces i rozgłos będę śledził z głęboką satysfakcją i poczuciem słuszności sprawy.

*

21 komentarzy

  1. Świetna recenzja, która zachęca do przeczytania. Oraz ciekawa refleksja na końcu – może autor poczułby się do opisania (albo już opisał) dokładnie o co chodzi, jak definiować i jak mówić o tej „trwającym stulecia procesie, który w każdym z Polaków zaszczepił mentalność folwarczną i jak starać się jej pozbyć”?

  2. „Mit pierwszy to mit o zielonej wyspy. Mit, że Polska jest bogatym krajem.”

    Autor nie rozumie, ale się wypowiada. Zielona wyspa oznaczała że kraj w trakcie kryzysu lat 2007-2009 radził sobie lepiej niż Zachodni sąsiedzi. Proszę czytać ze zrozumieniem. To nie znaczy że był bogatszy wtedy czy teraz od krajów Zachodu. To znaczy że gospodarka PL nie zwijała się w przeciwieństwie do np Niemieckiej.

    „Drugi mit, który obala Fejfer, to mit neoliberalny. Brzmi on mniej więcej tak: „try-harder-yzm i niewidzialna ręką rynku działają dobrze i wszystkim przynoszą owoce. ”

    Polska gospodarka nie jest neoliberalna. Jest upośledzonym etatyzmem, nieudanym socjalizmem. Szkoda nawet tego komentować.

    Dodatkowo z obrazu książki „Zawód” wynika że jesteśmy drugą Mołdawią.
    Wystarczy wyjść na ulice średniego czy większego miasta by wiedzieć że to kłamstwo. Tak samo popatrzeć na domy budujące się lub stojące na wsiach, ilość aut itp.
    No ale każdy widzi to co chce. Niektórzy za wszelką cenę szukają poparcia swoich tez,że to nie oni. To zły świat i kapitalizm, a im się należy.

    1. a taaak, zawsze wina socjalizmu, powtarzaj wszedzie ze zawsze wina socjalizmu. wolny rynek wszystko zalatwi, chwal darwinizm spoleczny, gan za to ze ktos go wciela w zycie, ale rolny rynek wspanialy 🙂

    2. „Tak samo popatrzeć na domy budujące się lub stojące na wsiach, ilość aut itp.”
      Te domy i auta w większosci przypadków są za pieniądze zarobione za granicą…

      1. W mojej okolicy (znam ludzi z osiedla) w większości domy i samochody są z pieniędzy zarobionych w Polsce. A znajomi, który wybudowali domy „za zagraniczne” pieniądze, zarobili je pracując nie na zmywaku lecz jako programiści…

  3. @libek
    1.
    No w sumie dobrze użył tego sformułowania o zielonej wyspie. Bo w tym akapicie masz dalej; ” Nie, Polska bogata nie jest. Polska lubi się szczycić trendującymi wskaźnikami i zawyżonymi średnimi, dobrze się w niej żyje strzałkom na wykresach. ” Czyli sytuacja opisuje to samo podejście co podczas lat kryzysu 2007-2009.

    2.
    Jest napisane, że rozprawia się z mitem neoliberalizmu a nie rozważaniem na temat rodzaju Polskiej gospodarki. To jaka jest ta gospodarka a jak się o niej myśli i opowiada to przecież są różne rzeczy.

    3.
    To, że w Polsce buduje się domy u kupuje samochody nie znaczy, że opisane zjawiska nie mają miejsca. Także mi wychodzi, że Ty tak trochę sam widzisz to co chcesz.

    1. Można wszędzie widzieć guano i pisać takie książki pod tezę jak ta. To tani populizm i umocnienie poglądów podobnie widzących. Docelowy osobnik przeczyta i pomyśli sobie „no tak to nie ja, to system”. I o to tutaj chodzi. Jest target, jest popyt na przegryw story i przegryw tezę, jest i podaż.

      Można wszędzie widzieć kwiatki, i być jak coach, powtarzać „wszędzie i zawsze możesz wszystko”. To oczywiście też populizm i umocnienie poglądów tych którzy znowu bezkrytycznie podchodzą do rzeczywistości. Jest popyt na wygryw story, jest podaż.

      Obie wizje są do gruntu fałszywe.

      1. Ale ty jestes, k u r w a, smutnym czlowiekiem! W Rosji jest jeszcze wiecej willi i dobrych bryk! A ogolnie zyje sie tam fatalnie wręcz! Poza tym 3/4 Polakow mieszka w starych, zapyzialych blokach, to tylko tak gwoli ścisłosci….

        1. To że ktoś ma „dobry” samochód lub jeździ na „ekskluzywne” wakacje nie oznacza że jest „bogaty”.
          Więcej ludzi w Polsce ma kredyt niż jakiekolwiek większe oszczędności, tzw życie ponad stan.

          1. Niestety nie… Choć „fatalnie”, to może jednak złe słowo… Odsyłam do danych statystycznych, w największym skrócie – żyje się podobnie jak w PL, niby ciutkę gorzej.

        2. To że tam ludzie zyją w postsowieckich demoludach nie oznacza że mają fatalnie. Fatalnie może się tylko wydawać z naszej perspektywy. Ogólnie mają tam więcej wolności (o ile nie wchodzi sie w drogę władzy) i nikt nie ściaga pana Wasyla jeśli sobie na lewo dorabia sprzedając warzywa na bazarku.

  4. dodanie długiego trwania stępiłoby polityczne ostrze książki; z punktu widzenia zwyklego czytelnika, skrajnie deterministyczne pocztówki z kilkusetletniej otchłani beznadziei niewiele wnoszą.

  5. To musi być tak kuresko cholernie depresyjne, że nie będę chciał żyć po przeczytaniu.

    Magazyn porażka daje trochę mocnych uderzeń, jeśli chodzi o wiarę w mity, ale nie lubię negatywizmu i „realizmu” bez właśnie jakiejś drogi wyjścia, czy cokolwiek.

    Dzięki za recenzję i pozdrawiam!

    1. Piotr – Książkę już zdążyłem przeczytać i gwarantuję ci, że jest jedną z najlepszych pozycji w ostatnich kilku latach!!! Czyta się ją jednym tchem!!! I gwarantuję ci, nie wiem ile masz lat, że nie ma drogi wyjścia!!! Pracowałem w bardzo wielu miejscach, tylko bardzo wąska i bardzo konkretna, poszukiwana na rynku specjalizacja, związana z tym duża wiedza i duże dośw. gwarantuje jako taki byt w Polsce. Zwykłemu, szeregowemu pracownikowi pozostaje tylko szubienica jak w tym obrazku z Muminkiem na stronie Magazynu Porażka…. Pozostaje jeszcze własny biznes of kors, ale najpierw trzeba mieć kapitał, znajomości i trzeba umieć coś sprzedać (towar/usługi) w kraju, w którym ludzie nie mają często nawet na chleb… Pani doktor psycholog z książki „Zawód” przegrała w wyścigu, bo psychologów jak mrówków i po pierwsze – nie jest to najbardziej poszukiwany specjalista w PL, nie wytwarza w gospodarce żadnej mega konkretnej wartości dodanej! A w Polsce liczy się tylko produkcja i usługi, niekoniecznie te związane z doradztwem psychologicznym. W bankowości czy branży hr ją przyjmą, bo tu jest właśnie ta wartość!!! Firmy potrzebują rekruterów, a banki to wiadomo… Kościoły kapitalizmu!!!!

  6. Co za bzdura z tą dziewczyną, ktora to postanowiła zostać prostytutką. Z całym szacunkiem dla niej ale trzeba mieć nieźle zryty beret skoro szacunku dla siebie i swojej pracy szuka się w pracy w burdelu. I to rzekomo przez tą straszną Polskę.

    1. Wierz mi, że burdel może być dla wielu kobiet lepszym miejscem pracy od polskich firemek. Kamil Fejfer odkrył tutaj najsmutniejszą prawdę… To jest najgorsza rzecz w tym kraju, ze ludzie wolą dawać pipki niż normalnie pracować. Są kobiety, które w stosunkowo krótkim czasie dorobiły się np. dużych, pięknych mieszkań na dawaniu tyłka, więc dochodzi aspekt finansowy!

  7. „Wypadają z horyzontu te stulecia procesów długiego trwania, które sprawiły, że Niemcy czy Norwegowie są tam gdzie są, a Polacy, cóż, też tam gdzie są. Procesów, których nie da się odwrócić prostym pstryknięciem palców, jedną ustawą, podpisem pod akcesją.”

    Muszę się nie zgodzić. Przytoczeni Norwegowie czy Szwedzi na początku XX wieku byli właśnie tymi, którzy wypadli z procesów, byli państwami peryferyjnymi i biednymi. I w dużej mierze naprawili to niemalże pstryknięciem palców, kilkoma ustawami. Finlandia, państwo, które wiek XIX przeszło jeszcze gorzej niż Polska, bez żadnych surowców naturalnych, która wolność przywitała wojną domową, stała się rajem na ziemi właśnie przez solidaryzm i skuteczną politykę socjalną.

    Jak to napisał Wyspiański:

    A, jak myślę, ze panowie
    Duza by już mogli mieć,
    Ino oni nie chcom chcieć!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.