Głęboki szabat, czyli sztuka odpoczynku

Jak może zauważyliście, zdestabilizowało się trochę życie blogowe. Minęło kilka nadprogramowych tygodni bez nowego tekstu. Przyczyną bezpośrednią jest nawał związany z premierą i promocją książki, przyczyną zaś ostateczną – przerost Bytu nad Czasem. Czyli, potocznie mówiąc, zmęczenie i przeciążenie. A o tym jak to nadrobić, czyli jak odpoczywać, jest poniższy tekst.

Zakładam, że stan głębokiego zmęczenia jest Wam znany. Rabunkowa gospodarka wszystkim, co się da, jest w Polsce stanem domyślnym i normalnym. A więc własnymi siłami też. Ciągle zakładamy, że jeszcze to i tamto damy radę zrobić, byle docisnąć ten pedał do końca. Byle się zajechać, byle do oporu. Niech pierwszy da reakcję „wrrr”, kto nigdy tego nie robił.

W ludowej teorii alkoholizmu istnieje pojęcie hipertrzeźwości, czyli stanu, w którym po wypiciu odpowiedniej ilości stabilizująco-uskrzydlających setek na kaca, człowiek jest zarazem zupełnie pijany, jak i czuje się trzeźwy. Wszystko mu się już tak poprzestawiało, że nie wie, że jest pijany. Per analogiam et maiorem Dei gloriam warto by zacząć mówić o „hiperzmęczeniu”, czyli nawarstwionym zmęczeniu tak głębokim, że zapominamy, że jak bardzo jesteśmy wyczerpani. Oszukujemy się kawką czy innym Red Bullem i wydaje się nam, że znów jesteśmy, jak to się teraz mówi, na wysokim C. Ale nie jesteśmy. Tak naprawdę ledwie przędziemy, powielamy raz zgromadzone zasoby, nie przyswajamy nic nowego, nie jesteśmy się w stanie rozwijać. Jakość tego, co robimy, nieuchronnie spada, zwłaszcza przy pracy wymagającej, by tak rzec, negocjacji z częścią kreatywną, tą odpowiedzialną za myślenie realnie twórcze, a nie tylko odklepywanie tematu.

I to jest oczywiście bez sensu. Sportowcy wiedzą, że trening to połowa sukcesu – i tylko połowa. Druga połowa to jest to, co dookoła. Regeneracja, cała obudowa. I tak jest oczywiście nie tylko w sporcie: długofalowo nie da się dobrze funkcjonować, bez należytego wypoczynku.

Problem w tym, że my, Polki i Polacy, generalnie – wbrew pozorom może – wypoczywać niespecjalnie umiemy. Zwłaszcza to nasze pokolenie post-JP2, zwłaszcza wszyscy my w tych różnych nieuporządkowanych zawodach-niedozawodach, bez jasno określonych godzin pracy i wypoczynku. To nie jest tylko mój widzimisizm (pojęcie z książki oczywiście), na to są twarde papiery, że Polacy pracują najwięcej w Europie.

Dlatego właśnie realny wypoczynek jest tak ważny. Pierwsze primo, że wakacje kilku- czy kilkunastodniowe są czasem konieczne. Wychodzenie z głębokiego zmęczenia musi mieć szansę być kilkuetapowe: najpierw odespanie i ogólna dekompresja, później wypoczynek właściwy i bardziej aktywny (spotkałem się nawet z opiniami, że w pełni regeneruje dopiero urlop trzytygodniowy, tzn. pierwszy tydzień mija na syndromie odstawienia, drugi to serce urlopu, a trzeci to powolne myśli o powrocie, czyli znak, że odpoczęliśmy; brzmi świetnie, minus jest taki, że na trzy tygodnie to nie wiem, kto sobie może pozwolić). Względna rzadkość długich wakacji sprawia jednak, że tak ważne stają się te wszystkie urwane weekendziki, krótkie, długie, to się wszystko wlicza i jest absolutnie niezbędne.

Przede wszystkim jednak: nie ilość, ale jakość. Nie pomoże przebimbanie nawet szmatu czasu jeśli to będzie odpoczynek niskiej jakości. Jeśli to będzie taki trochę ni to wypoczynek, ni to praca, ni nie wiadomo co. Już przed laty pisałem w „Sztuce życia…”, żeby nie brać laptopa na wakacje. Dzisiaj podkreślam i rozwijam: kluczowe, żeby odpoczynek był wysokiej jakości. To musi być prawdziwy szabat: głęboka regeneracja. Wyłączenie całkowite.

Ideę szabatu raz w tygodniu naprawdę tęga głowa wymyśliła. Idea ta – oczywiście biorę ją w znaczeniu świeckim – polega na tym, żeby regularnie przypominać sobie, że świat da sobie radę bez nas. Że się nie rozpadnie od tego, że nie sprawdzimy maila, nie odpiszemy, nie odbijemy piłeczki. Czy jest coś bardziej aktualnego niż to? My przecież wiecznie siedzimy na tych telefonach, byle nie wypaść z obiegu, byle się dowiedzieć, byle być na bieżąco.

Tak więc, to jest zasada pierwsza i najświętsza. Fizycznie nie dotykamy komputera, wyłączamy telefon. Absolutne zero maili, mesendżerów, whatsappów. What’s up? No właśnie chodzi o to, żeby przez jakiś czas nic nie było up. Bez tego nie wypoczniesz – zawsze się okaże, że ktoś czegoś chce, że coś napisał, że coś nie cierpi zwłoki. Laptopy i telefony, te wspaniałe skądinąd urządzenia, są mocnymi winowajcami tego przeklętego zmiksowania pracy i odpoczynku, to one sprawiają, że praca dokonuje ciągłej inwazji na czas wolny i życie własne. Tutaj jest konieczny śmiały krok, odejście na drugi krąg, odłączenie całkowite.

A więc jeśli to jest wyjazd, to – jak pisałem – absolutnie bez laptopa. Naprawdę, da się przeżyć bez Netfliksa. A telefon wyłączamy w chwili jak wychodzimy z domu. Po dotarciu na kwaterę odkładamy do szuflady i nie dotykamy. W wersji hard: udało mi się kiedyś  pojechać na kilkanaście dni na wakacje i telefon celowo zostawić w domu. Duży sukces, uważam. Ale jeśli komuś trzęsłyby się ręce od FOMO, to polecam pod uważność tryb samolotowy w telefonie – możesz z nim łazić, robić nawet zdjęcia, a świat Cię nie będzie requestował. No i masz iluzję, że „jakby coś”, to zawsze możesz go włączyć. Tyle, że właśnie o to chodzi, żeby zrozumieć, że to „jakby coś” to jest iluzja, samooszustwo. To się realnie nie dzieje. Jesteśmy światu dużo mniej potrzebni niż nam się wydaje – i spokój w tym wielki. I przestrzeń odpoczynku.

To się może wydawać radykalne, czy wręcz niemożliwe do przeprowadzania, ale naprawdę, wszystko jest dla ludzi – odpoczynek też. Pamiętajcie, że o ile nie jedziecie sami w głuszę, to wystarczy podać istotnym osobom kontakt do Waszych wakacyjnych sputników, a już będzie się można z Wami skontaktować, gdyby świat się naprawdę zamierzał skończyć. Ale jak dotąd się nie skończył i nie skończy się i tym razem. Ponadto, w moim doświadczeniu to jest też tak, że organizm się uczy i przystosowuje. Po iluś wyłączeniach to nam wchodzi w krew i dużo szybciej wchodzicie w ten tryb bezelektroniczny. I to w ogóle daje takie niesamowite uczucie klarowności, odłączenia, że świat się dzieje dookoła, że jakieś rzeczy w nim zachodzą, coś tam płynie w tej sieci, ludzie to sprawdzają – a Ty jesteś poza tym. (I to też daje dobry potencjał do staycation: czasem to właśnie czasowe wyjście z internetu definiuje nam wakacje – nie musimy w tym celu wyjeżdżać nigdzie. Ten wątek jeszcze do eksplorowania.)

Elektronika to raz. Dwa: mój mądry kolega powiedział kiedyś, że przy dużym obciążeniu pracą to się staje tak, że w pewnym momencie każda sytuacja, w której trzeba cokolwiek planować, podejmować jakąkolwiek decyzję – kojarzy się nieuchronnie z pracą i zabija wypoczynek. Albo nawet mocniej: ona realnie jest pracą, bo jest koniecznością ogarniania, decydowania. Mądrze to się nazywa decision fatigue: podejmowanie decyzji kosztuje energię tak jak wszystko inne. Stąd też, odpoczynek trzeba sobie zorganizować tak, żeby nie trzeba było decydować, brać odpowiedzialności. Inaczej to żaden odpoczynek. Niech świat się po prostu dzieje dookoła. Wstajecie i nie musicie o niczym decydować. A jak to w szczegółach będzie wyglądać – to już każdy musi zdecydować samemu. Ale zawczasu!

Reasumując: totalne wyłączenie, odłączenie, wyzerowanie. Bez elektroniki, bez kontaktu ze światem, bez ogarniania. Tylko wtedy się liczy. Powodzenia! I jak to ujął John Oliver Wielki: Let all your problems become someone else’s problems!

*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.