Izm, którego brakuje?

Chodzi mi o jedno zbiorcze słowo, na określenie tych dziwnych wizji, że niemieckie kobiety muszą być brzydkie, tudzież, w drugą stronę Odry, że posiadacz polskiego paszportu, nie może być skuteczny i wiarygodny

że Amerykanie nie umią ortografi ani geografi, wszyscy Afrykanie mieszkają w lepiankach z błota, Rosjanie piją, a islam jest zagrożeniem dla świata. Bo co to właściwie jest? Rasizm? „Etnicyzm”? Kolportaż negatywnych stereotypów narodowościowych? Brakuje tutaj jednego, dosadnego słowa… czy właśnie nie brakuje? Zastanówmy się!

Znak zapytania w tytule jest całkowicie serio: nie wiem „jak jest” i chętnie poznam Waszą opinię. Ten tekst nie jest manifestem prawdy ostatecznej, ale raczej wyrazem pewnej intuicji i refleksją po odbyciu iluś tam rozmów na ten temat. Być może się mylę, ale mam wrażenie, że jestem (jesteśmy) tutaj trochę w kropce. A przynajmniej w znaku zapytania.

Problem jest więc taki: jak dobrze nazwać pogląd o nierównej wartości ludzi, ale nie w zależności od rasy, tylko od obywatelstwa, obszaru kulturowego, czy wręcz geograficznego regionu świata, w którym ci ludzie żyją?

To jest bardzo ciekawa rzecz, bo mamy przecież dużo różnych słów na nazwanie różnych uprzedzeń i dyskryminacyj, ale tego jednego – chyba – nie. Mamy oczywiście „rasizm” (o czym szerzej, dalej), mamy seksizm, czyli uprzedzenia względem płci, ejdżyzm (ageism), czyli przekonanie, że wartość człowieka jest definiowana przez metrykę (np. „jak na osobę w jej wieku, to nieźle sobie radzi z Tinderem”, tudzież „gimby nie zrozumieją”), ejblyzm (ableism), czyli uprzedzenia i dyskryminacja ze względu na (nie)pełnosprawność, których wyrazem jest na przykład okrzyk „Kto nie skacze ten z Widzewa” (tudzież „za PiSem”), czy wreszcie klasizm (od klasy społecznej), czyli na przykład kpiny, że beneficjenci programu 500+ to „Janusze i Grażyny”, którzy natychmiast przepiją banknot z królem Sobieskim.

Ale, jak się zdaje, nie ma żadnego oczywistego słowa, które nazywałoby to samo, tyle, że nie w odniesieniu do rasy, płci, czy wieku, a w odniesieniu do przynależności państwowej, czy geograficznej. Powiedzieć, że to są „stereotypy” – to jest za mało. Nawet powiedzieć, że to są „szkodliwe stereotypy” – to też za mało. Powiedzieć, że to „mowa nienawiści” – to znów trochę wyraźnie obok, a powiedzieć, że to „rozpowszechnianie uprzedzeń narodowościowych” – to nie powiedzieć nic. Potrzebne jest coś o wyższym ciężarze gatunkowym, coś konkretnego i trafiającego w sedno. Blade ilustracje z kiepsko przygotowanych warsztatów antydyskryminacyjnych nie wystarczą. Bałamutno-dookólne niedopowiedzenia też nie wystarczą i nie wystarczą  paraakademickie nowotworki słowne, ani też frazeologizmy w połowie których się przysypia.  Ewidetnie potrzeba tutaj jednego, zwięzłego słowa, koniecznie kończącego się na „-izm”. Słownikofilom najbardziej by się pewnie podobał „etnicyzm” (od ethnos, czyli narodu), ale jasne chyba jest, że tak nikt nie mówi i w przewidywalnej przyszłości nikt nie zacznie.

Zostaje więc potencjalnie najlepszy kandydat, czyli słowo „rasizm”. Pojęcie „rasizmu” się już nieźle przyjęło, wszyscy w miarę czujemy co to jest, wszyscy też się chyba – w miarę – zgadzamy, że jest on czymś złym. W końcu nikt nie powie o sobie z dumą „jestem rasistą”. Co więcej, pojęcie „rasizm” ma tę wielką, bonusową zaletę, że w miarę się już przyzwyczajamy, że rasizmem jest nie tylko wprost wyrażone stanowisko o pożądanej dyskryminacji (np. „czarnoskórzy nie powinni jeździć tą samą kolejką co biali”) czy niższości (np. „czarnoskórzy są leniwi”), ale że jest rasizmem samo powielanie sposobu myślenia opartego na rasistowskich stereotypach. W tym więc sensie jest rasizmem założenie, że wszyscy ludzie określonej rasy znają się wzajemnie, a czarnoskóre kobiety są przeznaczone do umawiania spotkań białych ludzi. A przyjmując roboczo, że antysemityzm też jest formą rasizmu, rasizmem jest również promowanie takich stereotypów.

Stary dobry „rasizm” jest więc bardzo kuszącym pojęciem. Jeśli zgodzimy się, że to właśnie on jest  tym „izmem”, którego potrzebujemy, to od razu będziemy mogli powiedzieć, że niczym innym jak właśnie rasizmem jest sugestia, że każdy mieszkaniec Azji jest zafiksowanym na jednym punkcie cierpliwym nerdem, albo założenie, że w Ameryce Środkowej wszystko wygląda i nazywa się jak w filmie z Antonio Banderasem.

Z drugiej jednak strony, konkurencyjna intuicja i umiłowanie precyzji podpowiadają, że dzielenie wedle obywatelstwa czy miejsca zameldowania, to jest jednak coś innego niż dzielenie względem rasy. Niejedna dobrze zapowiadająca rozmowa się o to rozbiła, ugrzęznąwszy na manowcu, który powinien być dużo łatwiejszy do ominięcia. Nie dogadamy się bowiem, jeżeli jedna strona będzie mówiła o semantyce, a druga – o swojej wrażliwości. Wchodzi tu bowiem argument „ze słownika”, a mianowicie argument, że „rasa” w znaczeniu biologicznym jest jednak czymś fundamentalnie innym, niż wszelkie inne podziały, bo koloru skóry zmienić nie można, bo to jest rzecz chromosomalna, wrodzona, niezależna od nikogo. Czerwoną, a przynajmniej żółtą chorągiewkę, zgłasza też zmysł językowy: bo jeżeli rozszerzamy znaczenie „rasizmu” również na Polaków-nieudaczników i heheszki z San Escobaru, to w praktyce ów „rasizm” przestaje z jakąkolwiek „rasą” mieć cokolwiek wspólnego i staje się po prostu „nierównizmem”. Staje się po prostu takim ogólnym pojęciem na „dzielenie ludzi”, do którego wrzucamy wszystkie podziały, których nie lubimy. Jest to jakieś rozwiązanie oczywiście, ale czy słuszne?

*

Jeden komentarz

  1. Chyba mówisz o różnych formach trybalizmu, cxy neotrybalizmu – niektóre przykłady opisane w tekście nie mają zbyt dużego natężenia związanego z rasą, szkoda więc byłoby dewaluować dość mocne pojęcie rasizmu. Wydaje mi się, że dość precyzyjnych pojęć jest sporo,np. Supremacja białych/ czarnych/ niebieskich, gloryfikacja, stereotypy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.