Kaczmarski słuchany przez prawicę

10 kwietnia 2004 roku o godz. 18.30 zmarł w Gdańsku Jacek Kaczmarski i jemu – z okazji dzisiejszej rocznicy – poświęcony jest ten tekst.

Jest to jednak tekst nie tyle o nim samym, co raczej o recepcji jego twórczości. Chciałbym tu bowiem przedstawić i przedyskutować tezę, że odbiór tej twórczości został zdominowany przez, mówiąc ogólnie, konserwatywno-prawicową opcję światopoglądową i polityczną. Jakoś tak się po prostu dzieje, że Kaczmarski przywoływany jest raczej w kontekstach konserwatywnych – mówią o tym solidarnie i fakty i statystyka i obserwacja uczestnicząca z kaczmarskich fanzonów. To właśnie na wydarzeniach tradycyjno-patriotyczno-narodowych te piosenki rozbrzmiewają częściej niż gdzie indziej, jest on częściej słuchany przez ludzi o światopoglądzie  konserwatywnym, a pamięć o nim jest  kultywowana najchętniej po tej właśnie stronie sceny i światopoglądu. O tym właśnie, trochę oczywistym, a trochę nieoczekiwanym zjawisku traktuje niniejszy skromny tekst.

W jego pierwszej części postaram się tę tezę jeszcze wyjaśnić, doprecyzować i udowodnić, a w drugiej części zastanowię się, dlaczego tak się stało, to znaczy jaka dynamika polityczno-historyczna III RP i jaka wewnętrzna dynamika w tej twórczości do tego stanu doprowadziły. I uprzedzając pytania: miała też być część trzecia, ale o tym dlaczego jej tu nie ma i kiedy będzie – powiem na końcu. A teraz przejdźmy już do meritum.

1. CO SIĘ STAŁO?

Przede wszystkim chciałbym zaznaczyć i dwa razy podkreślić, że nie głoszę tu żadnej tezy totalnej i bezwyjątkowej. Kaczmarski jest dziś słuchany naprawdę szeroko i nie jest bynajmniej tak, że pamięć o nim istnieje wyłącznie po jednej stronie. Nie jest ani tak, że jeśli raz zaszerujemy jakieś intrygujące wykonanie „Obławy”:

to wszyscy nieprawilni znajomi usuną nas ze znajomych . Nie jest też oczywiście tak, że „Kaczmarski jest bardem PiSu”. Postać i twórczość Kaczmarskiego dlatego właśnie jest ambiwalentna, że była i jest ważna dla wszystkich formacji postsolidarnościowych, co skutkuje różnymi nieoczywistymi sytuacjami, takimi jak choćby to, że „Mury” są regularnie śpiewane na marszach KODu:

Piękne, prawda? Obok nieporównywalnie słabszego (bo niekaczmarskiego i tylko stylizowanego na lata 80.) „Czarnego walca” „Mury” to jedna z piosenek, które najczęściej można usłyszeć na eventach Komitetu Obrony Demokracji. Przyznam tutaj, że marzy mi się, żeby usłyszeć kiedyś dwie demonstracje, które zaśpiewają „Mury” przeciwko sobie wzajemnie. Może się zresztą doczekam, skoro już jakiś czas temu zdarzyło się tak, że marsz środowisk prawicowych epatował redakcję „Gazety Wyborczej” „Murami” puszczonymi z ulicy, na co Jarosław Kurski, wicenaczelny „GW” i również fan Kaczmarskiego… odpowiedział pełną mocą „Zbroi” puszczonej przez potężne głośniki „Agory”.

Wśród licznych zespołów wykonujących twórczość JK są  takie, które o przechył konserwatywny trudno posądzić (na przykład ten), a najbardziej chyba symptomatyczne było, że artykuł wspomnieniowy poświęcony Kaczmarskiemu potrafili napisać wspólnie dwaj chyba najbardziej politycznie poróżnieni bracia polskiego życia publicznego, a mianowicie Jacek i wspomniany już Jarosław Kurski. Słowem, obraz nie jest ostry i jednoznaczny, Kaczmarski jest słuchany szeroko… ale mimo wszystko bardziej na prawicy. I skoro zacząłem przewrotnie (czy może po prostu uczciwie) od przykładów przeciwko własnej tezie, teraz przejdę do tych, które jej prawdziwość ilustrują.

Pierwszy argument jest argumentem dla wzrokowców, którzy mówią, że obraz to tysiąc słów. Zacznijmy więc od jednej, za to dobitnej fotografii:

(źródło,  dostęp 6 IV 2017)

Co to w ogóle jest i o co chodzi? To jest zdjęcie wykonane w Kołobrzegu, 16 lipca 2016 roku, w czasie XIII Festiwalu Piosenki Poetyckiej im. Kaczmarskiego. Przedstawia ono zespół „Kwartet Pro Forma” wykonujący piosenki Kaczmarskiego. „Pro Formę” trudno posądzać o jakiejś naiwne skrzywienie polityczne i w ogóle jest to fenomenalne ekipa muzyczna (grająca obecnie z Kazikiem Staszewskim – polecam!). Najciekawsze jest oczywiście to tło. Otóż, jak widać, jako tło do występu „Pro Formy” organizatorzy zapewnili… kadr z „Katynia” Wajdy. Czy może być lepsza ilustracja tego, że Kaczmarski się jakoś zawsze odnajduje właśnie w tych patriotyczno-martyrologicznych klimatach?

Na tym etapie chciałoby się trochę podrzucić opcję Otto, czyli zaproponować, że jeśli kogoś z Was to zdjęcie nie przekonuje, to w pewnym sensie nie ma sensu, żebyś czytał(a) dalej, bowiem nic wyrazistszego i bardziej naocznego już tu nie wymyślę. Ale, rzecz jasna, tak naprawdę chcę zrobić dokładnie odwrotnie i – skoro doszliśmy aż tutaj – chciałbym namawiać do dalszej lektury, bo cała reszta tego tekstu jest w pewnym sensie rozwinięciem i wyjaśnieniem tego zdjęcia. Jest odpowiedzią na pytanie, co doprowadziło do tego, że to zdjęcie stało się możliwe.

Generalnie rzecz biorąc, piosenki Kaczmarskiego są regularnie śpiewane na imprezach o analogicznym wydźwięku, przede wszystkim na obchodach rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Kaczmarski grywał na takich koncertach osobiście (dopóki żył, rzecz jasna – np. 16 grudnia 2001 r. był  z tej okazji koncert w Wołominie), a po jego śmierci pałeczkę przejęli liczni epigoni i po dziś dzień pierwsza połowa grudnia to zawsze mały wysyp okołokaczmarskich eventów:

To jest ta tradycja, ten uzus, taka sytuacja, że Kaczmarski jest regularnie śpiewany na imprezach takich, jak koncert piosenki patriotycznej na zamku w Liwie. Chociaż tak naprawdę zamek w Liwie to jeszcze i tak nic. Bo w grudniu 2015 roku piosenki Kaczmarskiego ubarwiały… galę bokserską ku czci Anny Walentynowicz.  Serio! A konkretniej: w ramach obchodów 15-lecia gdańskiego IPNu w klubie bokserskim „Ring3city” odbyła się gala boksu, a w niej cztery walki (w formule White Collar Boxing) – do których pięściarze wchodzili na ring przy akompaniamencie piosenek Kaczmarskiego. (patrz też: tutaj – od 0:40). Trudno uciec od wrażenia, że takie konteksty i konotacje wpływają i utrwalają specyficzny odbiór tych piosenek. A mówiąc najkrócej: Kaczmarski był bardem opozycji antykomunistycznej, nic więc dziwnego, że lubią słuchać go ci, którzy i dzisiaj, w roku 2017, ciągle z tym komunizmem walczą.

Niech nas jednak nie zwiedzie to wytłumaczenie historyczne. Uważna lektura wspomnień z epoki, to znaczy z późnych lat 70., pozwala zauważyć, że już od samego początku zdarzały się tego typu sytuacje. Zerknijmy do wspomnienia o Kaczmarskim napisanego przez byłego ambasadora Polski w USA, Ryszarda Schnepfa. Wśród barwnych wspomnień o studencko-quasikonspiracyjnym koncertowaniu epoki przedsolidarnościowej znajdujemy tam i taki, znaczący niestety kwiatek:

Zadałem [Kaczmarskiemu] wówczas pytanie, które nurtowało mnie już od dobrej chwili, a które dotyczyło towarzyszącego mu wcześniej postawnego, ostrzyżonego niemal do skóry młodzieńca, który w trakcie rozgorzałej dyskusji wyrażał wyraźnie odbiegające od reszty szowinistyczne poglądy, w których nie brakowało marnego żartu i pogardy dla innych nacji.

– Jacku, z kim ty się, k…, zadajesz? – zapytałem wprost, budząc tym wyraźne zakłopotanie nowego kolegi [tzn. Kaczmarskiego].
– Wiesz, tak się jakoś niefortunnie ułożyło, że znajomy ze studiów postanowił bywać na wszystkich moich spotkaniach, nie potrafię mu odmówić – odrzekł stropiony, ale wiedziałem, że dotknąłem go do żywego.
– Nie potrafisz odmówić? O w mordę, przecież to cię kompromituje! Poeta, patriota i jednocześnie antysemita? – dobiłem go.
– Zgoda, masz rację a zresztą wiesz, ja też nie czuję się z tym komfortowo. Moja Mama… z racji swego pochodzenia, pewnie by go wyrzuciła za drzwi – przyznał, robiąc przy tym tajemniczą minę [matką Kaczmarskiego była ocalała z Holocaustu Anna Trojanowska-Kaczmarska – przy. red.]”.

Mówiąc krótko: już w latach siedemdziesiątych dawało się zauważyć, że twórczość Kaczmarskiego przyciąga „postawnych młodzieńców o szowinistycznych poglądach”. Nie jest to więc przypadek, nie jest to tylko zmiennik epoki – jest w tym  głębsza logika.

Ta głębsza logika – będzie o tym więcej później – jest w jakiejś mierze podyktowana samą naturą piosenki „bardowskiej”, która, jak uczy doświadczenie, wykazuje nadzwyczajną skłonność i łatwość do mutowania w piosenki nacjonalistyczne i szowinistyczne właśnie. Dość powiedzieć, że w tym nurcie mieści się przecież Leszek Czajkowski (a nawet więcej niż mieści: niestety on się na swoją „kaczmarskość” powołuje, bywa postrzegany jako kontynuator, czy spadkobierca tej tradycji), przy którym stropienie Kaczmarskiego sprzed 40 lat, że na KOR-owską inbę przyszedł  narodowiec, to jest naprawdę liga okręgowa. U Czajkowskiego mamy bowiem jawny i bezwstydny antysemityzm, którego przez rozum i godność człowieka nie będę tutaj wstawiał, a tylko przelinkuję, bo naprawdę żal.pl. Niech klika, kto ciekawy, ale ostrzegam, że to już jazda bez trzymanki: np. tutaj lub tutaj.

III Rzeczpospolita gładko włączyła piosenki Kaczmarskiego do swoich walk partyjnych (więcej o tym będzie dalej), w której to walce o pamięć (i nie tylko) w  ofensywie jest na ten moment strona konserwatywna. Przyjrzyjmy się więc tym oto protestom Fundacji im. Przemysława Gintrowskiego przeciwko śpiewaniu jego piosenek na demonstracjach KODu. Oczywiście, Gintrowski to nie Kaczmarski, ale z uwagi na oczywistą bliskość tych postaci – będzie to ważny i uzasadniony wgląd w sprawę.

O co chodzi? O to, że „Modlitwa o wschodzie słońca” (której tekstu nie napisał, nawiasem mówiąc, ani Kaczmarski, tylko Natan Tenenbaum) była odtwarzana w czasie manifestacji KODu przeciwko rządowi PiSu. Wzbudziło to oburzenie Fundacji im. Gintrowskiego, która opublikowała na Facebooku wspomniane oświadczenie. Oświadczenie, które, mówiąc najkrócej, sprzeciwiało się używaniu w tym kontekście piosenek śpiewanych przez Gintrowskiego. Ironia tej sytuacji polega oczywiście na tym, że Fundacja, protestując przeciwko wykorzystywaniu twórczości Gintrowskiego do post-2015 walki politycznej…. sama to robi, nazywając KODowców „konającym, rozhisteryzowanym, bojącym się zachodzących w Polsce zmian […] gronem ludzi dotychczasowego obozu władzy”. Pamięć Gintrowskiego jest tu wiązana z obozem antyKODowskim („nie staliście po jednej stronie, nie doświadczyliście tego, czego on musiał doświadczyć będąc po prostu patriotą”), a puszczanie jego piosenek na marszach KODu jest wprost określane jako „szarganie [jego] pamięci i twórczości”. Smakowitości dodaje oczywiście to, że protestując przeciwko graniu piosenki, która jest jednym wielkim zwrotem do Boga by ten, „uchronił od pogardy i strzegł od nienawiści”, autorki oświadczenia życzą „celebryckim, medialnym, wymuskanym twarzyczkom” wcale najgorzej, a przynajmniej ostrej degradacji społecznej:  „przyjdzie co niektórym z barów mlecznych skorzystać”.

Analogiczny spór toczył się wokół odtwarzania tego oto nagrania duetu Kaczmarski-Kowalski

na… miesięcznicach i rocznicach smoleńskich na Krakowskim Przedmieściu. Jacek Kowalski napisał o tym później arcyznamienny tekst, którego nie da się tutaj nie przywołać . Alianse polityczne samego Kowalskiego, który przed laty toczył z Kaczmarskim piosenkowy spór o dziedzictwo sarmackiej kultury, są zdefiniowane dość jednoznacznie przez wyrażenia typu „słowami ‘Psalmodii polskiej’” […] myśli moje pobiegły wprost ku autorom smoleńskiego zamachu. Z tego też punktu widzenia Kowalski pisze, że „mimo że od pewnego momentu [Kaczmarski] uciekał […]  niczym biblijny Jonasz [od roli narodowego wieszcza] i mimo […] że gromił polskość – [to] jednak pisał w zasadzie wyłącznie o niej i dla niej. Wszak w ramach takiej, na przykład, kultury gejowskiej pozostanie niezrozumiany, ba: niepotrzebny. Potrzebny jest polskości. Tylko i aż.

To jest  bardzo ciekawa wypowiedź. Abstrahując od oczywistej oczywistości, z jaką Kowalski uważa „kulturę polską” za rozłączną, czy wręcz sprzeczną z „kulturą gejowską” , zauważyć trzeba, że… w jakiejś mierze ma on rację, że to polskość, a nie nic innego, wyznacza kluczowy kontekst kaczmarskości. Przede wszystkim jednak, Kowalski trafia w punkt, wskazując na napięcie między szeroką duszą Kaczmarskiego, a kostiumem narzucanym mu przez okoliczności, politykę, historię. Kowalski wprost pisze, że Kaczmarski był co prawda „buntownikiem laickim i przeciwnikiem tradycyjnej moralności, momentami nieco zacietrzewionym, a momentami zaledwie cynicznym i wręcz lewackim”, ale mimo to stał się „wieszczem, czyli prorokiem, katolickiego narodu”, „bardem prawicy”. I o tym właśnie jak to się stało, że nim stał się – jest dalsza część tego tekstu.

2. DLACZEGO TAK SIĘ STAŁO?

Serce i intuicja mówią, że wszystko o czym tutaj mówimy, to jest jakieś nieporozumienie, a przynajmniej przekłamanie i że gdyby Kaczmarskiego słuchać uczciwiej, a przede wszystkim gdyby wciąż żył, to nie dałby się tak łatwo wtłoczyć w te prawicowo-konserwatywne łamy. Rozum każe jednak chłodno zastanowić się jak to się stało, że owo tłoczenie trwa. Poniżej przedstawię kilka pomysłów, z których część ma wspólny, prosty mianownik. Otóż, jakby to banalnie nie brzmiało, Kaczmarski umarł już dość dawno i nie zdążył się już odnieść do tego, co nowe i dla nas dziś definiujące. I dlatego łatwo może się on nam wydawać dużo bardziej konserwatywny i tradycyjny niż był w istocie.

Długi cień opozycjonisty

Pierwszy wątek jest oczywisty i już o nim mówiłem, ale jest na tyle ważny, że trzeba go wypowiedzieć raz jeszcze. Otóż popularność Kaczmarskiego wyrosła na głosach opozycji lat 70. i 80., a dla bardzo wielu ludzi Kaczmarski wciąż jest tylko tym właśnie właśnie – pieśniarzem sprzeciwu wobec późnopeerelowskiej dyktatury. Jasne jest, że walka tamtych czasów odbywała się nie bez sztafażu narodowowyzwoleńczego i siłą rzeczy ta właśnie aura do Kaczmarskiego przylgnęła i przy nim pozostała (wbrew jego próbom otrząśnięcia się zeń w latach 90.). Tak jak powiedziałem wcześniej: Kaczmarski był bardem antykomunistycznej opozycji i nic  dziwnego, że chętnie go słuchają dzisiaj ci, którzy dalej z tym komunizmem walczą. Wszyscy ci, którzy dalej noszą te wyciągnięte swetry i popijają ciepłą wódkę, podczas gdy w tle się wolno kręci powielacz.

Nakłada się na to jeszcze jeden kontekst. Otóż jedno z kluczowych wydarzeń politycznych III RP, czyli katastrofa smoleńska, zdarzyło się dokładnie w rocznicę jego śmierci (10 kwietnia 2004 i 2010 roku). Życie Kaczmarskiego było nierozerwalnie splecione z polityką i niemały szmat tego życia zużył starając się od niej uwolnić… co mu się nawet po śmierci nie udało, bo Smoleńsk nałożył się na jego śmierć. Nie mówiąc już o tym, że grób Kaczmarskiego (kwatera C31-I-17) i pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej niemalże sąsiadują ze sobą na warszawskich Powązkach Wojskowych. A to i tak jeszcze nie wszystko. Patrząc analitycznie i na trzeźwo, piosenki Kaczmarskiego są jak Biblia, albo jak Muminki, to znaczy przekraczają masę krytyczną tekstów odpowiednio wieloznacznych, a w związku z tym znajdzie się w nich cytat na każdą sytuację. Podchodząc jednak mniej analitycznie, jest coś trochę niesamowitego w tym:

Każda z tych rzeczy osobno jest może i przypadkowa, może i nie przeważa szali, ale jeśli wziąć je łącznie – to stanowią one solidny dowód jak trudno uciec od mitu i przyprawionej gęby. A sam Kaczmarski, gdyby żył, to pewnie żartowałby, że żałuje głównie tego, że nie może napisać piosenki o tym, że katastrofa smoleńska zdarzyła się w rocznicę tego, że umarł.

Powielacz i wosk

Drugi wątek jest szerszy i dotyczy nie tylko samego Kaczmarskiego, ale w ogóle całego zjawiska „piosenki bardowskiej”, chanson de texte, „poezji śpiewanej”, czy jak to tam nazwać. Ale i nie tylko jej. To jest już kwestia całej formacji kulturowej, w której ta piosenka funkcjonuje i w której kwitnie. I teza tutaj jest taka, że problem polega na tym, że wszystkie te rzeczy kojarzą nam się coraz mocniej i coraz bardziej nieodwoływalnie… wschodnio – czy sobie to uświadamiamy czy nie.

Zacznijmy od geografii. Zwróćmy uwagę, że zjawisko „bardów”, czyli ludzi z gitarami, którzy z posępnymi minami śpiewają o rzeczach ostatecznych, to jest zjawisko Europy Wschodniej, no, Środkowowschodniej. Jest to (był?) oczywiście fenomen rosyjski, a wcześniej radziecki, gdzie mieliśmy Wysockiego, Okudżawę, czy Galicza, by wymienić tylko najpopularniejszych. Jest to fenomen polski (Kaczmarski, Gintrowski i inni), czeski (Karel Kryl), a najdalej wschodnioniemiecki (Wolf Biermann). Bardzo jednak charakterystyczne, że na dawnej żelaznej kurtynie ten fenomen się kończy. „Czy aby na pewno”, powiecie, „przecież jest też cała tradycja bardów języka francuskiego, takich jak choćby Brel czy Brassens, nie mówiąc już o wielki tradycji songów anglojęzycznych, uhonorowanych ostatnio nagrodą Nobla dla Dylana. No więc jak to kończy się na żelaznej kurtynie?”

Ale jednak się kończy. Bo jest zasadnicza różnica między słowiańskim bardyzmem, a choćby piosenką francuską. To jest temat na osobną rozprawę, więc tutaj  króciutko. Piosenka francuska ma w sobie pewną lekkość, a przynajmniej potencjał lekkości, którego fundamentalnie brakuje piosence kaczmarskokształtnej, tej o której tutaj mówimy. Jednym z wyznaczników  bardyzmu wschodnioeuropejskiego jest jego nieusuwalny ton doom&gloom. Ten bardyzm jest śmiertelnie poważny, czy też lepiej, nie tyle poważny (są przecież mało poważne piosenki Kaczmarskiego), tylko niezbywalnie serio. Jest w tych piosenkach pewna zasadnicza i niezmazywalna sieriozność, która odróżnia je od piosenek śpiewanych na Zachodzie. I tak samo z tradycjami piosenki choćby amerykańskiej. Oczywiście, piosenka może pełnić w tamtym kręgu kulturowym rolę podobną jak u nas, na tej niesamowitej słowiańszczyźnie, ale dzieje się to jednak w innym rejestrze, na tyle różnym, że jest to  coś odrębnego. To nie jest więc przypadek, że Kaczmarskiemu nie udało się dogadać z Dylanem przy osobistym spotkaniu:

 

Co ten długi wywód o kulturze i geografii ma do rzeczy? Otóż bardzo wiele. Musimy bowiem spojrzeć na szerszy kontekst tego co się stało po upadku komunizmu w naszej części Europy. Otóż stało się to, że (w dużym skrócie i z dokładnością do prawicowo-nacjonalnego zwrotu ostatnich kilku lat) najświętszą doktryną cywilizacyjną Rzeczpospolitej stało się połączenie z Zachodem. Po latach przymusowego współżycia ze Wschodem zapragnęliśmy wreszcie pójść do łóżka tym razem z Zachodem – udowodnić, że jesteśmy i zawsze byliśmy jego częścią. To Zachód stał się dla nas podstawowym, fundamentalnym punktem odniesienia (więcej o tym, i nie tylko o tym, będzie w mojej nowej książce, more soon). Mówiąc samym Kaczmarskim, był to zwrot ku Europie Zachodniej i jej „autostradom, ubezpieczeniom społecznym i [pełnym] sklepom„.

Z naszego punktu widzenia nie sam proces jako całość jest jednak interesujący, ale to, że w ramach tej zmiany wektorów stało się tak, że (w dużym uproszczeniu) to, co zachodnie, zostało niejako z defincji uznane za „fajne”, godne pożądania i naśladowania (i tomy zostały już napisane o tym, jak to wpłynęło choćby na wygląd lat 90. w Polsce). Z drugiej zaś strony, to, co „wschodnie”, kojarzące się ze światem poradzieckim, czy ogólnie, z minioną epoką, zostało (w największym uproszczeniu, podkreślam raz jeszcze!) uznane za „niefajne”, przaśne, nierozwojowe. I ofiarą tegoż procesu padła piosenka bardowska, a wraz z nią i Jacek Kaczmarski.

Jest to bardzo istotny element, ale też zarazem bardzo paradoksalny. Na poziomie samych tekstów jest bowiem Kaczmarski twórcą nader europejskim (co jest nieoczywistą sprzecznością z jego wspomnianym wcześniej „polskocentryzmem”), a jego twórczość to cała otchłań odniesień do tradycji kultury europejskiej. W kanonicznej biografii Kaczmarskiego pióra Krzysztofa Gajdy  jest mowa o tym, że już jako student Kaczmarski jeździł do Włoch, bywał, wiedział, pisał piosenki o Pompei. Później prawie całość lat 80. spędził na Zachodzie, jeżdżąc po świecie z koncertami i pracując w Radiu Wolna Europa – i w tym ostatnim wymiarze był dla Polaków w kraju w najdosłowniejszym sensie głosem Zachodu.

Do nowej Polski Kaczmarski przyjechał po raz pierwszy w maju 1990 roku i wciąż był powiewem Zachodu, ucieleśnieniem tego, do czego Polska dopiero aspirowała. Polecam tutaj materiały filmowe nagrane w czasie trasy koncertowej z maja i czerwca 1990:

Nie widać może tego na pierwszy rzut oka, ale charakterystyczne jest, że jedyną w miarę dobrze ubraną osobą na nich jest właśnie Kaczmarski. Abstrahując od staromodnych okularów, fryzury, zarostu i alkoholowego potu na twarzy, samo ubranie Kaczmarskiego jest bardzo porządne, widać, że był takim ówczesnym Robertem Lewandowskim. Ciuchy kupione za zachodnioniemieckie marki w sklepie w Monachium, te sprawy. Kaczmarski wygląda po prostu wyraźnie zachodnio na tle tej krajowej publiczności, która, cóż, ubrana jest tak, jak mogła być ubrana polska publiczność wczesnym, upalnym latem 1990 roku, najgorzej. W każdym więc sensie Kaczmarski był wtedy człowiekiem z Zachodu. Paradoks polega na tym, że na przestrzeni tych ostatnich trzydziestu już prawie lat, sytuacja się odwróciła. Jak to się stało?

Stało się tak dlatego, że cała „piosenka bardowska” wydaje nam się coraz bardziej „wschodnia”, a skoro wschodnia to i nieubłaganie (na mocy zwrócenia wektora aspiracji na Zachód) przaśna, niefajna, miniona. Jest to kultura „tamtych” czasów, jest to kultura kontekstu wschodniego, ta kultura z której wyrastamy, a nie do której chcemy dorosnąć. Znów wracamy tutaj do tego przykrego faktu, że Kaczmarski umarł i to umarł dawno i nie zdążył się odnieść do tego co nowe. Dzisiaj jest 13. rocznica jego śmierci, ale III RP  skończy w tym roku już lat 28 (sic!)… więc Kaczmarski żył w niej więc zaledwie 15 lat. Ale koncertował tylko przez 12 i pół, a jeśli brać pod uwagę jego reimigrację z Niemiec, emigrację do Australii i, najogólniej mówiąc, artystyczny sposób życia na wiecznych walizkach, to można dojść do uproszczonego wniosku, że w III RP Kaczmarski co najwyżej bywał. I w tym sensie zabrakło już tutaj przestrzeni na nowy, fundamentalny update, na świeże odniesienie się do czasów wystarczająco nowych. O ile – rzecz jasna – ten model piosenki bardowskiej pod gitarę jest w ogóle w stanie takiego unowocześnienia dokonać. Pisałem wcześniej o Kowalskim i Czajkowskim, i moja intuicja jest taka, że ten model sztuki jest po prostu do tego typu upgrejdu fundamentalnie niezdolny. A  ściślej,  do tego potrzeba by było samego Kaczmarskiego. Który nie żyje i rondo się zamyka.

Świat się po prostu bardzo, ale to bardzo zmienił od kiedy jesienią 2001 roku Kaczmarski napisał swoje ostatnie piosenki. To, czym żyjemy dzisiaj, to, co dzisiaj stanowi dla nas wyzwanie, co jest pokarmem kultury i treścią naszego życia – tego wszystkiego u Kaczmarskiego nie ma, bo być nie może, bo on tych czasów po prostu nie dożył. A przecież pojawiły się już całe pokolenia, które nie znają świata bez Ubera, bez Netfliksa i bez internetowego śmieszkizmu. Dla nich (dla nas!) nie kręci się już powielacz, tylko kręcą się biodra i wosk. Z naszego punktu widzenia ten solenny facet z gitarą i w kitce, choćby pisał najmądrzej i śpiewał najpiękniej,  będzie się nieubłaganie kojarzył coraz bardziej oldskulowo. A ci, którzy się w oldskulowości odnajdują, bądź jej zgoła nie widzą – statystycznie rzecz biorąc oscylują też w stronę konserwatyzmu… co było do udowodnienia!

Jeszcze jeden podtekst, a właściwie jego brak, jest taki. Otóż nie ma, czy prawie nie ma w twórczości Kaczmarskiego odwołań do tego, co dzisiaj jest tak ważnym polem odniesienia, a więc do zachodniej kultury popularnej. Pod tym względem kontakt z tymi piosenkami to jest naprawdę kontakt z innym światem, ze światem, w którym nie istnieją Oscary, w którym Heisenberg to tylko nazwisko fizyka i w którym słowo „mem”, to tylko termin z książki Dawkinsa. To jest powrót do starego, bezpiecznego świata, w którym rozróżnienie na kulturę wyższą i masową ma jeszcze sens, do świata w którym autorytetami i punktami odwołania są Andriej Tarkowski, Breughel, czy Zbigniew Herbert, a szczytem kontrkultury jest Bob Dylan. Pod tym względem Kaczmarski jest po prostu, w potocznym sensie tego słowa, autorem bardzo tradycyjnym , co staje się oczywiście kolejną pożywką konserwatyzmu.

Wąwóz wielkiej polityki

Ściśle polityczna płaszczyzna odbioru Kaczmarskiego jest o tyle fascynująca, że w kaczmarowej soczewce skupia się szmat historii politycznej III RP. I tutaj nawyraźniej chyba widać ten motyw, że do prawicowego odbioru jego twórczości przyczynia się to, że  umarł po prostu za wcześnie. Bo szczególnie w polityce  te minione 13 lat to cała epoka – rok 2004, kiedy Kaczmarski umarł, nie mówiąc już o 2001, kiedy przestał pisać piosenki i koncertować, to politycznie rzecz biorąc, zupełnie inny świat.

Przymykając już nawet oko na takie oczywistości, że był to świat na grubo przed wszystkimi wielkimi wydarzeniami ostatnich 3 lat (Trump, Brexit, wojna na Ukrainie, kryzys migracyjny), czy ostatniej dekady (katastrofa smoleńska, kryzys gospodarczy), trzeba zauważyć, że śmierć Kaczmarskiego jest niemal równie odległa od dnia dzisiejszego jak upadek komunizmu od niej samej. Kaczmarski umarł jeszcze za Jana Pawła II i za Kwaśniewskiego. W chwili gdy umierał Polska nie była jeszcze w Unii Europejskiej. Była w NATO niecałe pięć lat. WTC było niedawnym wydarzeniem, wojna w Iraku ledwie się rozpoczęła, a afera Rywina była świeżą sprawą.

W świetle tego jak bardzo dla polskiej polityki przełomowy był rok 2015, coraz łatwiej jest nam zapomnieć, że równie przełomowy (a nawet bardziej, choć może w mniej oczywisty sposób) był rok 2005. To bowiem właśnie rok 2005 utrwalił linię podziału, która do dzisiaj obowiązuje w polskiej polityce, a cała historia polityczna po roku 2005 to niejako „tylko” zmiana tego, która ze stron w danej chwili wygrywa. Żeby uprzytomnić sobie skalę tej wolty roku 2005, popatrzmy w szerszym kontekście. W pierwszych 15 latach trwania III RP fundamentalna linia podziału biegła między, mówiąc najogólniej, formacjami postkomunistycznymi, a postsolidarnościowymi – i na tejże linii odbywała się rotacja władzy (powrót postkomunistów do władzy w roku 1993, potem AWS w roku 1997, potem znów SLD w 2001). Dopiero wybory z jesieni 2005 roku, a potem podjęta w powyborczych tygodniach decyzja o rozejściu się dróg PO i PiS (przez kogo dokładnie i jak podjęta, o to już się historycy spierają), to był moment absolutnie kluczowy dla dalszej historii politycznej Polski. Bo oto – po raz pierwszy w historii III RP – kluczowy stał się podział nie na linii postkomuniści vs. postsolidarnościowcy, ale podział wewnątrz samej „Solidarności”. Teraz to już nie spadkobiercy KORu rywalizowali ze spadkobiercami  WRONy, ale amanci panny „S” między sobą.

To była zmiana tak fundamentalna, a zarazem zdarzyła się tak dawno, że aż trudno sobie uświadomić, że kiedyś mogło być inaczej. Dzisiaj ten najświętszy podział polskiej polityki to jest poniekąd podział między jednymi dawnymi opozycjonistami, a drugimi (i możliwe, że właśnie dlatego jest aż tak zacięty; w końcu wroga, który jest bliski, bo jest byłym przyjacielem, trzeba nienawidzić najmocniej, żeby się móc od niego odróżnić). Nie zawsze jednak tak było. Kiedy 28 kwietnia 2003 roku Leszek Miller nazywał Zbigniewa Ziobro „zerem”, to jasne było, że z punktu widzenia tradycji postsolidarnościowej to Miller jest tym „złym”, a Ziobro – tym „dobrym”. Proszę tylko pomyśleć, jak bardzo nieoczywiste to się wydaje z dzisiejszej perspektywy.

To  powiedziawszy, możemy sobie jasno stwierdzić jedno. Otóż tak jak jest dość oczywiste po której stronie lokował się Kaczmarski w tym „starym” podziale postkomuniści vs. postsolidarnościowcy (wśród tych drugich), tak jest zupełnie nieoczywiste jak i gdzie odnalazłby się w tym podziale nowym. Trudno jest nam epilogować z którą frakcją postsolidarnościową zidentyfikowałby się bardziej. Ten nowy podział wszedł bowiem w życie w 2005 roku, a Kaczmarski umarł w 2004.

Nie da się przecenić jak bardzo daleki i nieoczywisty jest dla nas ktoś, kto był do szpiku polityczny, a jednocześnie umarł przed tamtą reorientacją sceny i nie miał okazji się określić wobec nowego podziału. To już jest fundamentalną inność, pewna niemożliwa do zapośredniczenia odległość. Epoka. Kaczmarski umarł zanim podział w poprzek obozu „Solidarności” utrwalił się jako najświętszy z polskich podziałów – i zostawił obu podobozom wolny ring by rozszarpywać schedę i ściągać ją do siebie. W tym tekście nie stwierdzam do którego z obozów bliżej byłoby mu. Ale twierdzę, parafrazując Warrena Buffetta, że walka o pamięć trwa i, jak na razie, wygrywa ją strona konserwatywna.

Seksizmu naszego powszedniego

Ostatnie dwa tematy, które kładą podwaliny pod ów konserwatywny odbiór piosenek Kaczmara, nie obracają się już w świecie zewnętrznym, ale dotyczą samych tekstów. Tak jak bowiem data śmierci i uwikłanie w politykę są okolicznościami wobec jego twórczości jednak zewnętrznymi, tak trudno już ukryć, że i wewnątrz tej poezji są pewne drogowskazy, które puściły tę recepcję prawym torem.

Pierwsza z nich, cóż, jest o tyle nie w porządku, że nie dotyczy wyłącznie Kaczmarskiego, ale uderza potencjalnie w wielu twórców, którzy już nie żyją. To jest ten fundamentalny problem, pytanie o to, czy jest sens i czy mamy prawo oceniać twórców za to, że kontekst w którym tworzyli zdezaktualizował się , a nasza moralność – zmieniła. Bo przecież to nie oni sami się tutaj zestrzeli, ale właśnie kontekst – i to ten kontekst oceniamy, a oni stają się w jakiejś mierze kozłem ofiarnym. Innymi słowy, to jest pytanie o to, czy jest sens oskarżać Tomasza Jeffersona o to, że miał niewolników.

Miałem więc (i mam) niemały zgryz, czy ten wątek w ogóle podnosić, ale wydaje mi się, że może właśnie dlatego warto, że ma on ten nieco niejednoznaczny status. Jakby to napisał sam Poeta, poza strefę komfortu skierujmy krok! I przejdźmy do rzeczy. O co w ogóle chodzi? O to, że – niestety! – jest w piosenkach Kaczmarskiego solidna dawka seksizmu. Jako się rzekło, w znacznej mierze wynika to z epoki, w której żył i tworzył… ale nie zmienia to faktu że ów seksizm sprawia teraz, że to właśnie prawicy jest do niego bliżej.

Na początek ustalmy skalę. Kaczmarski z pewnością nie był mizoginem, nie był mężczyzną, który nienawidzi kobiet. Niemniej, trudno zaprzeczyć, że historia zwiększa swój pęd i pewne rzeczy są coraz trudniejsze do przyjęcia dla dzisiejszej wrażliwości. Tak więc, z jednej strony, miałbym problem z jednoznaczną, mocną tezą „Kaczmarski był seksistą”.  Niemniej, pamiętajmy, że nie gawędzimy tutaj o tym, czy był czy nie był, tylko o tym, skąd się bierze jego popularność na prawicy. A z tego punktu widzenia ten seksistowski kontekst jest jednak czynnikiem nie do pominięcia.

Kończąc zaś usprawiedliwieniami i przechodząc do faktów. Generalnie, nie znajdziemy niestety u Kaczmarskiego piosenek o sufrażystkach i ogólniej, potencjał emancypacyjny jego pieśni wynosi w tym względzie zero. A jakie piosenki znajdziemy? Znajdziemy – żeby zacząć od utworu dopiero niedawno przez kaczmarologię odkrytego i mało znanego – piosenkę o Margaret Thatcher, Nancy Reagan i Raisie Gorbaczow, w której rola kobiet w polityce opisywana jest słowami „kobieta to istotka wrażliwa, czuła, wiotka”. I to nie jest przypadek. To jest właśnie ten problem, że kobieta w piosenkach Kaczmarskiego dziwnie łatwo redukowana jest do „chybkiej obłapki”, którą z rubasznym zaśpiewem wymienia się na jednym oddechu z „grosiwem i jadłem, do pokusy czysto seksualnej, albo do postaci, która – to nie żart! – „nie dając nic w zamian (sic! – przyp. red.) chłonie białe nasienie.

Piosenki o Kochanowskim, Owidiuszu i neandertalczyku, które podlinkowałem wyżej, nie są przypadkiem. W jakiejś mierze tutaj się Kaczmarskiemu odbija czkawką ten pomysł pisania o historii i  opisywania teraźniejszości przez pryzmat epok wcześniejszych. Bo przez ten pryzmat włącza on niestety do swojej twórczości  stosunek do kobiet z  tych epok dawnych i – jako się rzekło – to coraz bardziej drażni.

Nie znaczy to oczywiście, że kobiet u Kaczmarskiego nie ma, albo że są tylko statystkami. Przeciwnie,  kobiet w twórczości Kaczmarskiego jest dużo, nierzadko to one właśnie są narratorkami piosenek (np. tutaj lub tutaj), słowem, test lampy wypada dla Kaczmarskiego całkiem przychylnie, przynajmniej na papierze. Ale wciąż: twierdzić, że to pozwala odhaczyć wszystko, twierdzić, że nie ma w tej poezji seksizmu tylko dlatego, że Kaczmarski śpiewał o carycy Katarzynie

to trochę jak twierdzić jeden prezydent Obama oznacza, że w USA nie ma problemu ze strukturalnym rasizmem. Bo tę listę można przecież ciągnąć. Demonizowane kobiety jako rekwizyt rozkoszy ziemskich? Bardzo proszę:

Kobieta, której rola zredukowana jest do „kuszenia”, „błyskania łydką” i „przedłużania gatunku”? Bardzo proszę:

Mężczyzna jako apogeum stworzenia, a kobieta jako winowajczyni wszelkiego grzechu? Bardzo proszę:

No i cóż, z bólem serca, ale jednak trzeba powiedzieć o anegdocie godnej wujka na weselu, a konkretnie o zapowiedzi do piosenki „Coś ty”, z której dowiedzieć się mogliśmy, że „kobieta nie jest istotą racjonalną i racjonalne argumenty wcale nie przemawiają do niej” (SIC!) i że „kiedy już dojdzie do tego na czym mu tak zależało, to od tego momentu cała odpowiedzialność za związek spada na nią” (źródło).

Podsumowując ten wątek chciałoby się powiedzieć, że trudno jest jednoznacznie rozstrzygnąć kim jest u Kaczmarskiego kobieta, to znaczy, że bez odpowiedzi pozostaje pytanie o igraszkę i motor losu, które zadaje sobie jego Sara:

pozostaje bez odpowiedzi. Sprawa jest pewnie dyskusyjna – ale pewien niesmak już pozostaje.

Synem pamięci byłeś, wiem ja

Ostatnia i najgłębsza z warstw, które popychają odbiór Kaczmarskiego w stronę konserwatywną, jest już warstwą ściśle filozoficzną, a przynajmniej światopoglądową. Otóż, piosenki Kaczmarskiego (jeśli nie literalnie wszystkie, to duża ich część) są napisane przy założeniu, że kondycja ludzka i mechanizmy działania świata  nie zmieniają się w toku historii. Zmienia się sztafaż okoliczności dziejowych, przebudowuje się scenografia czasu i miejsca, która zależy od daty i długości geograficznej, ale sama metafizyczna sytuacja człowieka, samo jądro ludzkiego doświadczenia pozostają zasadniczo niezmienne. To zaś jest teza konserwatywna.

To założenie jest u Kaczmarskiego absolutnie fundamentalne i wszechobecne. Myśl, że „w naszym kręgu kulturowym od dwóch tysięcy lat pisze się o tym samym, czyli o miłości i o śmierci” pojawia się w udzielanych przez niego wywiadach wielokrotnie (wielokrotnie, ale jak trzeba, to nie mogę przyszpilić konkretnych źródeł – tutaj chętnie usłyszę od Was podpowiedzi), przede wszystkim jednak, wyraża się ona w tym co najważniejsze, czyli w piosenkach.

Teza o powtarzalności świata jest obecna nawet w najbanalniejszym „Przeczuciu”. „Tyle razy to wszystko się już wydarzyło, więc dlaczego przed strachem chowamy się w miłość?” pyta tam Kaczmarski i jasne jest, że nie chodzi w tym tylko o rytm czterech pór deliriki, ale szerzej, o powtarzalność ludzkiego życia. Widać ją półsłówkach i w ćwierćfrazach, w drobnych ozdobnikach, które niby tylko uzupełniają tekst. W „Cromwellu” mamy sąd na zdrajcą, którego „sądzą jego [właśni] stronnicy”, a przy tym sądzie „jest chaos i zamęt”. Ale nie zwykły chaos i zamęt, nie chaos i zamęt po prostu. Pełna fraza brzmi: „jak zwykle chaos jest przy tym i zamęt”.  To nie jest byle przypadek, że jest akurat teraz chaos i zamęt. To nie dzieje sie tylko ot tak, raz teraz. Tak jest zawsze, taki jest po prostu niezmienny mechanizm historii i kołowrót ludzkiej natury. I tak samo choćby w „Tezie Don Kichota”. Odwróceni przez Kaczmarskiego Sanczo Pansa i Don Kichot również nie wędrują sobie po prostu, ale „wędrują przez epoki”, odtwarzając tę arcyludzką konfrontację idealizmu z pragmatyzmem w coraz to nowych pokoleniach.

Metafizycznym niezmiennikiem jest też oczywiście zło i cierpienie, którego stałość najwyraźniej chyba widać w piosence „Zakopywanie głowy”. Piosenka jest opisem i refleksją (a właściwie refleksją najpierw, a dopiero w drugiej zwrotce – opisem) tego oto – uwaga, drastyczne! – zdjęcia, wydrukowanego w „Polityce” w lutym 2000 roku. Oryginalny podpis głosił: „Rosyjski żołnierz grzebie głowę czeczeńskiego wojownika w pobliżu miejscowości Alkankala”. Posłuchajmy teraz samej piosenki:

Głowa nieszczęsnego Czeczena staje się dla Kaczmarskiego z automatu „głową Chrzciciela i Karola, Dantona i Tomasza More’a”. Obrazy odtwarzania, powtarzania tego samego schematu spadają w tej piosence jeden po drugim: „jarmark trwa”, „tak wspominamy średniowiecze”. Zwłaszcza ta ostatnia linijka jest tu ciekawa, cały dwuwers brzmi tak:

Tak wspominamy średniowiecze…
Dzisiaj kolejny zginął Czeczen

Wiedza odpowiednio nerdowska pozwala jednak pamiętać, że w rękopisie było tak:

Tak wspominamy średniowiecze…
Znów zginął Serb, Albańczyk, Czeczen

Intencja piszącego jest chyba jasna. Wszystko w świecie powtarzało się i będzie powtarzać, wszystko porusza się po zamkniętych, zaklętych kręgach, z których najwyraźniej nie ma ucieczki.

Niezmienność sytuacji człowieka najjaśniej jest chyba wyłożona w „Janie Kochanowskim”, w którym słyszymy, że:

Przypomina pergamin czy cielęca skóra
Że i drzewiej wiedziano – co dziś skrobią pióra.
Krom grosiwa i jadła, i chybkiej obłapki
Zawżdy człeka kusiły te same zagadki.

Tutaj chyba nic już nie trzeba wyjaśniać – rozkmina epoki tableta nie różni się niczym od ambarasu  czasu pergaminu. Metafizyka świata jest jedna i niezmienna: to są zawsze „te same zagadki”. Nic więc dziwnego, że „dysputę o człowieku” (to już „Testament’95”) prowadzimy w jednym wiecznym „teraz” z – jak to ujmuje Kaczmarski – „wielkimi ocalonymi”, czyli „antagonistami, pogrzebionymi przed wiekami”.

Konserwatywna stałość przejawia się też w tym, że współczesność jest funkcją przeszłości, a nawet bardziej niż funkcją – jest jej wynikaniem. O tym z kolei jest mowa w piosence „Światło”, która odmieniając tę samą myśl przez różne przypadki, nie pozostawia wiele wątpliwości jak biegnie tutaj relacja zależności i podległości:

Wszyscyśmy z płócien Rembrandta
[…]
Wszyscyśmy z drwin Sokratesa
[…]
Wszyscyśmy z myśli Descartes’a

Przypominam tylko, że mówimy tutaj o konserwatywnym słuchaniu Kaczmarskiego – a cóż bardziej konserwatywnego niż opcja przypisy do Platona? Cóż bardziej konserwatywnego niż piosenka, która jawnie stwierdza, że nie jesteśmy (a w domyśle: i nie będziemy) niczym więcej niż tym, co już wyprodukowali starzy mistrzowie?

A jeśli i tego mało, to Kaczmarski daje dam też perspektywę przyszłości, w której – zapewnia – nic się nie zmieni i wszystko pójdzie utartym, ludzkim torem. W końcu „życie ma się powtórzyć w dzieciach”, jak słyszymy w „Dębach”. Ale nie tylko to. Przecież w „Siedmiu grzechach głównych” mamy jawne zapewnienie, że ci sami, którzy „przeżyli śmierć Rolanda” i „wyrzygiwali krew w jerozolimskie piaski”, wciąż popychani tymi samymi i niezmiennymi „mocami, na które nie ma lekarstwa”, będą, jak obiecuje puenta, „nadal stawiać i zwalać mocarstwa”. Hasztag konserwatyzm, hasztag nie zmieni się nic.

Podobne długie, wspólne trwanie, „wspólne zamieszkiwanie” „tych, którzy przed nami byli” i „tych, którzy będą żyli po nas”, znajdujemy w subtelnej „Japońskiej rycinie”:

W kamieniu, krzewie i potoku,
W źdźble trawy, w płatku białej lilii
Mieszkają duchy naszych przodków
Patrzące na nas w każdej chwili.
Kształt, barwa, zapach, śpiew gałązki
Przypominają obowiązki
Wobec tych, co przed nami żyli.

W sposobie ułożenia szaty,
W ukłonie według starych reguł,
W tym, jak przyrządza się herbatę,
Jak się szanuje każdy szczegół
Wyraża się nasz dług wdzięczności
Dla stwarzającej nas przeszłości,
Od której uciekamy w biegu…

Istnieje wreszcie szereg piosenek Kaczmarskiego, których cały zamysł  jest wprost oparty na  powtórzeniu, czy nakreśleniu wiecznej równoległości poszczególnych sytuacji historycznych. Innymi słowy, konserwatywne założenie o jednorodności mechanizmów dziejowych staje się już nie tyle stanowiskiem filozoficznym, ale konceptem poetyckim, z których zbudowane są piosenki. Weźmy choćby taką „Balladę o okrzykach”. Cały jej sens polega na powtórzeniu podobnej obserwacji w trzech różnych odsłonach historycznych:

Bardziej znaną piosenką zbudowaną na tym schemacie będzie choćby „Jałta”, w której rzymski triumwirat Pompejusz-Cezar-Krassus powtarza się w triumwiracie Roosevelt-Stalin-Churchill:

Jeszcze innym przykładem będą „Czaty śmiełowskie” otwierające płytę „Pochwała łotrostwa”. Samego Kaczmarskiego odsunięcie od politycznej bieżączki połowy lat 90. jest skromnym odbiciem rozterek Adama Mickiewicza z czasów powstania listopadowego:

A najjawniej, bo już w samym tytule, jest ten koncept wyrażony w piosence pt. „Jesienna wiosna ludów 1989”:

 

Przede wszystkim jednak, konserwatywne założenie o niezmienności ludzkiego świata jest widoczne w tych piosenkach, w których Kaczmarski opisuje teraźniejszość poprzez przeszłość. A waga tego motywu w jego twórczości jest absolutnie niemożliwa do przecenienia. Założenie, że można tak zrobić, że śpiewanie o przeszłości może być zarazem głosem o teraźniejszości, to jest założenie, które w ogóle umożliwia kaczmarskość. To jest najgłębsza podstawa, akt fundacyjny, który umożliwia zaistnienie tej twórczości. Nie ma Kaczmarskiego bez tego założenia. To jest jedna z jego cech najważniejszych i tutaj przykłady można naprawdę ciągnąć w nieskończoność.

Wiadomo przecież, że ta oto piosenka o Spartakusie jest zarazem piosenką o polskim społeczeństwie lat siedemdziesiątych:

Wiadomo, że ta piosenka o skandynawskiej mitologii jest zarazem opowieścią o polskiej emigracji:

Wiadomo, że ten oto apokryf do Biblii jest zarazem komentarzem do zwolnienia z więzienia morderców księdza Popiełuszki:

Wiadomo że ta piosenka o średniowiecznym feudalizmie jest zarazem opowieścią o pertraktacjach na linii władza-kościół-opozycja w końcówce lat 80.:

Wiadomo, że ta piosenka o rycerzach okrągłego stołu jest zarazem piosenką o innej inkarnacji tegoż mebla:

Wiadomo, że ta oto ilustracja to obrazu Breughela jest zarazem opisem kampanii prezydenckiej Wałęsa-Mazowiecki z 1990 roku:

I wiadomo, że ta oto piosenka o dumasowskich muszkieterach jest zarazem piosenką o tym jak idea „Solidarności” zdegenerowała się już w wolnej Polsce:

 

Rzecz  w tym, że to wszystko się opiera na omówionym wyżej założeniu o niezmienności pewnych historycznych stałych (a w wersji słabszej: to założenie, jeśli nie jest nawet obecne a priori, to jest tutaj performatywnie tworzone z mocą wsteczną). I jest to założenie nieuchronnie konserwatywne. I to na nim właśnie żerują wszystkie fenomeny opisane wcześniej – sprawiając, że niepokojąco łatwo jest słuchać Kaczmarskiego konserwatywnie.

Bez puenty w wielkim stylu

To wszystko powiedziawszy mogę na koniec zdradzić, że ten tekst miał mieć trzecią część, stojącą w kontrze do tamtych dwóch. W tej trzeciej części chciałem pokazać, że ta interpretacja konserwatywna jest zawężeniem, wtłoczeniem Kaczmarskiego w ramy ewidentnie dla niego zbyt wąskie. Innymi słowy, serce, intuicja i lojalność wobec dawnej miłości mówiły wyraźnie, jak już pisałem, że to wszystko jest jakieś nieporozumienie, przekłamanie, że ten konserwatywny gorset narzucono Kaczmarskiemu wbrew jemu samemu i że gdyby go słuchać uczciwiej (i gdyby żył!), to wszystko byłoby inaczej.

Problem w tym, że pisząc ten tekst… sam siebie przekonałem. Wyraźniej niż wcześniej dostrzegłem że jednak coś jest na rzeczy i że niełatwo podważyć tę logikę, w której to właśnie z prawej strony jest najbliżej do Kaczmarskiego. Rozstrzygnięcia jeszcze nie zapadły, owszem, losy się ważą i są pomysły, w jaki sposób kontrargumentować w stronę przeciwną. Ale to już jednak nie dzisiaj i nie w tym tekście, bo on i tak przekroczył już wszelkie ramy przewidziane przyzwoitością. Zresztą, chętnie skorzystam tutaj z mądrości zbiorowej. Wszelkie podpowiedzi i sugestie gdzie szukać potencjału progresywnego u Kaczmarskiego, chętnie przyjmę – czy w komentarzach, czy na priv. I może będzie kontynuacja.

*

 

5 komentarzy

  1. Trudno się odnieść do wszystkich tez i argumentów tak obszernego tekstu, więc tylko dwie uwagi:

    Po pierwsze, nie sądzę, żeby odwołania do postaci i myślicieli z przeszłości, w szczególności wyrażone w słowach:
    „Wszyscyśmy z płócien Rembrandta […]
    Wszyscyśmy z drwin Sokratesa […]
    Wszyscyśmy z myśli Descarte’a”
    miały być wyznacznikiem konserwatyzmu (i czemu Rembrandt miałby być akurat konserwatywny?). Wymowa tej części argumentacji zdaje mi się zawierać sugestię, że samo przywoływanie i powoływanie się na przeszłości, na dawnych mistrzów, wpływowe postacie kultury – to konserwatyzm. Tak jakby postępowość musiała odcinać się od korzeni, nie spoglądać w ogóle w przeszłości i nie korzystać z niej. A przecież to, że „wszyscyśmy” z dawnych mistrzów, to nic ponad proste stwierdzenie, że wszyscy my, ludzie wspólnej kultury, jesteśmy przez nich ukształtowani. I nie dostrzegam tu „konserwatywnych przypisów do Platona”, ani też nie nie uważam, żeby każde odniesienie do Sokratesa lub Platona miało być konserwatywne. Wedle starej uwagi, większość filozofii europejskiej to albo rozwijanie idei Platona, albo polemiki z nią, a nie da się prowadzić polemiki bez zwracania uwagi na tezy polemisty, choćby martwego. Również osobiści nieprzyjaciele myśli Platona są poniekąd „_z_ Platona”, bo ukształtowani przez sprzeciw wobec _jego_ poglądów. To się tyczy tak samo Kartezjusza, Pascala, Woltera czy Marksa. Tylko ci nas nie ukształtowali, z którymi się nie zetknęliśmy lub których dzieła pozostawiły nas całkiem obojętnymi. Tymczasem w artykule pobrzmiewa mi: „Jeśli jesteś postępowcem, to nie możesz przywoływać Sokratesa”. O dawnych myślicielach i twórcach – milczeć?

    Po drugie, tyczące się tego samego, choć nie tylko: Sokrates i inni byli ludźmi swoich epok, ale także formułują spostrzeżenia, które mają charakter ponadczasowy. „Wszyscyśmy”, bardzo uogólniając, w swojej kondycji przez nich opisani, zdiagnozowani, choć nie we wszystkim trafnie i aktualnie. I tutaj się to „my” rozpada na dwie kategorie, których artykuł, wydaje mi się, nie dostrzega. My, którzy znamy dziedzictwo kulturowe, odnosimy się do niego, czerpiemy z niego i my – ogół ludzi. To drugie „my”, ludzi en masse, jako takich poniekąd, bez „naskórka cywilizacyjnego”, zasadniczo się nie zmieniło i w swoim rdzeniu rzeczywiście od wieków niezmiennie metafizyka _tego_ świata to „grosiwo i jadło, i chybka obłapka”. Zapewne, zmieniły się proporcje pomiędzy tymi postawami, ale i to nie jest jakąś stałą kosmiczną i one mogą się zmieniać – kultura i cywilizacja są kruche.

    I już tylko króciutko, bez rozwijania w „po trzecie”: nie wiem, po czym Autor rozpoznał w „Starości Owidiusza” odbicie osobistych poglądów Kaczmarskiego co do kobiet, nie zaś poglądów podmiotu lirycznego. Rzymianie rzeczywiście uważali barbarzyńców za omalże podludzi, porównywali ich z dzikimi zwierzętami. Wipszycka podsumowuje ich nastawienie słowami „poczucie obcości, wstrętu, lęku i nienawiści”. Czy o przeszłości mówić, nie ukrywając, jaka była, czy też udawać, jakby była całkiem teraźniejszością, tylko dawną, czy nie mówić wcale?

  2. Ciekawy i przewrotny tekst, (choć uważam że jest trochę przegadany 😉 ) . Brakuje mi tej trzeciej części – żeby pokazać to, co w tym tekście jest nie dość pokazane.

    1. Europejskość mentalna Kaczmarskiego. Ale nie w sensie, że Zachód jest lepszy, tylko w sensie patrzenia z szerokiej perspektywy, jakby z góry: my, tu i teraz, jesteśmy dziedzicami wspólnej historii i kultury; zaściankowość i zamykanie się w swoim „ja” czy lokalnym „my” bez otwarcia na innych, „obcych” – nie prowadzi do niczego dobrego, a wszelkie „ja”, które zmienią się w chóralne „my”, dla innych „ja” będą „ich chóralnym my” – i tak się to koło kręci.

    2. Zrozumienie Kaczmarskiego. Problem polega na tym, że to drugie, trzecie, czwarte dno Kaczmarskiego niełatwo jest zrozumieć, to wymaga pewnego „wyrobienia” intelektualnego, umiejętności odczytywania ironii, ale też znajomości historii. Absolutnie nie chcę głosić tezy, że „prawicowcy” nie rozumieją tego, co do nich śpiewał JK, bo nie tylko o prawicowców chodzi. Jednak rzeczywiście i moje doświadczenie jest takie, że często ludzie, którym bliżej do prawicy, „Sarmatię” biorą dość dosłownie: „na pohybel innym nacjom”, „nie wyjeżdżaj w obce kraje, bo tam szpetne obyczaje” itd.

    3. To chyba najważniejsze, a tego nie ma w tekście: że JK zdawał się wszystkimi swoimi tekstami mówić: człowieku, nie jesteś najmądrzejszy na świecie, są inni mądrzejsi. I nie wiem, ale intuicyjnie jakoś tak czuję, że o zgodę z tym zdaniem łatwiej tym, którzy mają poglądy raczej lewicowe, niż raczej prawicowe – ale tu może się mylę.

    4. Jacek Kaczmarski jako piewca wolności – wolności wyboru, wolności jednostki, prawa jednostki do decydowania osobie, do robienia rzeczy małych i dużych, nawet do popełniania błędów – byle wyciągać z nich wnioski. Ta wolność, która jest kluczem do odczytywania JK, jest bardziej lewicowa niż prawicowa.

    I zgadzam się z przedmówcą: nie kupuję argumentu, że postawą konserwatywną jest odnoszenie się do przeszłości, do tych, którzy minęli.

  3. Czyż natura ludzka nie jest niezmienną? Mamy Jerzego Czecha z „Kataryniarzem” w mocnym wykonaniu Gintrowskiego który właśnie silnie stawia tezę konserwatywną. Mówią, historia kołem się toczy… Pytanie, czy teksty Kaczmarskiego odnoszą się do ścisłej sytuacji historycznej, w której były tworzone czy też wznosząc się nad jej poziom sięgają ponadczasowości, do właśnie ogólnoludzkiej natury. „Zawżdy człeka kusiły te same zabawki…” Sięgając do historii świata, trudno nie przyznać Kaczmarskiemu racji, że pomimo systematycznego rozwoju i tak w końcu zwycięża te „siedem demonów co nami się karmią”. Nawet idea komunistyczna, dążąca u podstawy do zupełnego zniesienia własności prywatnej jako przyczyny konfliktów między ludzkich (a którą w rozwojowej wersji opisał choćby Stanisław Lem w „Obłoku Magellana”) nie oparła się właśnie tej niezmiennej naturze… Nowa w swoim czasie idea rewolucyjna mająca odwrócić biblijną wieżę Babel pogrążyła się ze szczętem w niezmiennych grzechach swojej elity, która mając tylko ku temu sposobność poszukała grosiwa, jadła i chybkiej obłapki…

    „Sarmatia” moim zdaniem dość dobrze opisuje nas, Polaków, to jest dobra karykatura, określająca i podkreślająca ładnie nasze narodowe wady, które – tropem niezmiennej natury ludzkiej – jakże często w naszym kraju objawiają się ponownie… To jest takie lustro, w którym warto czasem się przejrzeć z dużą dozą krytycyzmu wobec osoby własnej. Czy to „Warchoł”, czy to „Rokosz”, a nawet „Prosty człowiek” – ironia aż kapie. Pomaga to na zdrowie.
    Szczególnie w czasach, gdy tak łatwo skręcić za trochę bardzo na prawo.
    Pozdrawiam.

  4. Kaczmarski jako bard politycznej poprawności!!! Bardzo dobre. Sieroty po marksizmie – leninizmie zmieniający świat tym razem według recepty Antonio Gramsciego uważają że Kaczmarski byłby piewcą budowania nowych murów i krat zakładania kajanów i bata zmodernizowanej tylko nieco ale wciąż tej samej ideologii.
    Może jakaś spójna definicja post-prawdy ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.