Kapitan Sullenberger na pokładzie Tupolewa

Byłem wczoraj na filmie „Sully” Clinta Eastwooda. Czy jest coś bardziej kuszącego niż zestawić go ze „Smoleńskiem” Antoniego Krauze? Nie. A więc do dzieła!

O czym jest film „Smoleńsk”, to każdy wie, więc nie ma co się rozwodzić. A o czym jest „Sully”? W dwóch zdaniach: 15 stycznia 2009 roku kapitan Chesley „Sully” Sullenberger swoim nieortodoksyjnym, bezprecedensowym manewrem lądowania na rzece uratował życie pasażerów i załogi lotu US 1549. Film jest o tym właśnie, ale tak naprawdę głównie nie o tym, a o tym, co się działo już po wypadku, czyli o śledztwie i dochodzeniu przyczyn. Ale o tym zaraz.

Bo jak się ma „Sully” do „Smoleńska”? Nijak. Tego zestawienia dwóch filmów… nie będzie, bo nie da się go zrobić. Przy wszystkich słabościach filmu Eastwooda i z całym szacunkiem do twórców „Smoleńska”, niestety, nie bardzo jest tutaj co porównywać. Da się jednak zrobić rzecz dużo ciekawszą, mianowicie zestawić nie tyle dwa filmy jako filmy, co morały obu filmów. Chociaż też nie do końca, bo o jakim w ogóle morale filmu „Smoleńsk” możemy mówić? O żadnym, poza jednoznacznie mglistymi sugestiami, że Tupolewa nie strącił tupolewizm, tylko helowa bomba wielofuzyjna. Więc jeszcze krąg niżej: tak jak morał filmu „Smoleńsk” nie jest interesujący, bo nie istnieje, tak morał z samego zdarzenia jakim był Smoleńsk, jest oczywiście krytycznie ważny, ze wszech miar krzyczący, by o nim mówić, i błagający żeby go przyswoić.

Jest to zarazem morał zupełnie przewidywalny, prosty i niezaskakujący. Co bowiem wynika z tego co stało się 10 kwietnia 2010 roku? To, że Polska rozpaczliwie potrzebuje procedur, sprawnych systemów, działających organów państwa, pamięci instytucjonalnej i wszystkich tych nudnych, a zarazem magicznych rzeczy, które sprawiają, że samoloty dolatują do celu, a statki nie toną. Tych banalnych, ale zarazem fascynujących rzeczy, które pozwalają się nie spóźniać pociągom i które sprawiły, że to amerykańska, a nie słowiańska flaga powiewa na Księżycu. I które sprawiają, że ludzkie przedsięwzięcia mogą oprzeć się na czymś więcej niż tylko na barkach i dobrej woli jednostek, i że mogą być czymś więcej niż tylko sumą desperackich wysiłków indywidualnych. Taka puenta i trąba, a kto nie czytał – ten bomba.

I teraz wróćmy nad rzekę Hudson. Film „Sully” mówi o oskarżeniach – pojawiających się tak w mediach jak i w śledztwie – że kapitan Sully mógł zrobić lepiej, w szczególności, że miał wystarczająco dużo czasu i zapasu wysokości, by zamiast wodować na rzece Hudson, zawrócić na lotnisko LaGuardia i wylądować cało i sucho. Kapitan Sullenberger i pierwszy oficer Skiles bronią się i ta obrona układa się według linii, które są dokładnie odwrotne od tego, do czego my, Polacy, jesteśmy przyzwyczajeni.

Z jednej strony mamy procedury, symulacje komputerowe i twarde dane, a z drugiej – intuicję i czynnik ludzki. W pewnym momencie członek komisji stwierdza, że „Sully [tylko] wykonywał procedury”, a wtedy pierwszy oficer broni swojego kapitana mówiąc, że przecież nie wykonywał ściśle procedur i właśnie za to mu chwała. Bo włączenie zasilania awaryjnego jest dopiero piętnastą czynnością na checkliście dostarczonej przez Airbusa, a intuicja podpowiedziała Sully’emu żeby zrobić to od razu – i właśnie dzięki temu zdołał uratować samolot.

Pod koniec filmu okazuje się oczywiście, że to kapitan miał rację i że to jego ocena, intuicja i umiejętności ocaliły 155 osób na pokładzie. A przesłanie filmu jest na wskroś humanistyczne. Zdaje się on mówić, że nawet (zwłaszcza!) w wieku wszechdobylskiej technologii i automatyzacji, procedura to jest jeszcze nie wszystko, bo zawsze musi być miejsce na żywego człowieka, który ocenia sytuację, ufa intuicji i podejmuje decyzję. Problem w tym, że nie jest to przesłanie, którego powinniśmy słuchać my, Polacy.

Przedstawione w filmie dochodzenie jest dokładną odwrotnością naszego polskiego dochodzenia w sprawie Smoleńska. W przypadku lotu US 1549 okazało się, że w niestandardowej, nieprzewidzianej sytuacji same procedury to za mało, bo potrzebny jest jeszcze człowiek, który będzie umiał odnaleźć się tam, gdzie gubią się instrukcje. System musi dać rękę czynnikowi ludzkiemu, musi temu człowiekowi ufać. Film dobitnie to pokazuje w swojej kulminacyjnej sekwencji: podjęta „komputerowo”, pozornie logiczna decyzja powrotu na lotnisko skończyłaby się katastrofą i kolejnym 11 września. Katastrofy nie było dlatego, że kapitan Sully instynktownie zrozumiał, że w tej akurat sytuacji musi przeciwstawić się papierowej racjonalności podręcznika.

U nas niestety wciąż jest odwrotnie. Katastrofy były i są dlatego, że nie wierzymy własnym podręcznikom. Dlatego, że nie umiemy się nauczyć, że większość sytuacji to właśnie sytuacje standardowe, które trzeba rozwiązywać systemowo i wedle instrukcji. Bo to nie prawda nas wyzwoli, ale procedura. I w tym sensie film „Sully” jest z innego świata. On uczy, że nazbyt kurczowe trzymanie się procedur, bywa niezdrowe. A my wciąż się jeszcze procedur nawet nie uchwyciliśmy – dla nas normą jest ich nieistnienie i pogarda dla tych, które są.

I w takim trochę (post)kolonialnym stylu chciałoby się powiedzieć, że z tego widać, jak daleko z tyłu jesteśmy za Amerykanami. Oni już się uczą twórczo przełamywać procedury, a my jeszcze się nie nauczyliśmy ich przestrzegać. Oni są już na etapie humanizowania swoich procedur, a my wciąż nie sprocedurowaliśmy sami siebie.

A w języku bardziej ludzkim chciałoby się powiedzieć, że to jest właśnie bardzo smutne, że „Sully”, czyli film, który przywraca wiarę w możliwości człowieka, przywraca tę wiarę cywilizacji amerykańskiej, a nie nam. Nam jeszcze wciąż bardzo daleko do momentu, w którym będziemy mieli prawo i możliwość się cieszyć z tego, że ktoś kiedyś słusznie uzna, że musi złamać procedurę. My jej nie umiemy świadomie i twórczo złamać, bo nie umiemy jej przestrzegać. I w tym sensie film „Sully” nie jest filmem dla Polaków, tudzież Polska wciąż nie jest krajem dla kapitanów Sullenbergerów.

*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.