Manowce mesjanizmu

Polski mesjanizm. Wszystkiego co chcieliście o nim wiedzieć (a przynajmniej większości), dowiecie się z książki Pawła Rojka Liturgia dziejów. A wszystkiego co jest z nim nie tak (albo nawet więcej), dowiecie się z tego tekstu.  Ale po kolei.

Kilka miesięcy temu ukazała się ta oto książka młodego krakowskiego filozofa, dr Pawła Rojka. Wyszła jako trzeci tom „Biblioteczki Pressji”, zainaugurowanej niedawno świetną „Fantomową głową” Adama Leszkiewicza. Pełny tytuł książki to Liturgia dziejów. Jan Paweł II i polski mesjanizm i  taka jest jej główna teza: polski mesjanizm znajduje swój najpełniejszy i najszerszy wyraz u Jana Pawła II, a zarazem myśl Jana Pawła II nabiera najpełniejszego i najszerszego znaczenia dopiero w kontekście polskiego mesjanizmu.

Książka Rojka jest klarownie pomyślana, napisana wyraźnie jasnościowo, przyjemnie się czyta. Od tej strony bez uwag. Rojek nie popada w żadne z kuszących grzechów filozofii, nie odpływa w mętności, w niepotrzebne hermetyzmy. To jest ta wspaniała szkoła pisania, która ceni przejrzystą tabelkę, a nie zdanie piętnastokrotnie złożone. Rojek pisze zarazem z rozmachem, jak też nie odcina się od soków i ciekawostek życia politycznego i bieżącego. Streszczając te zalety:  polecam tę książkę każdemu, kto chce się dowiedzieć więcej o polskim mesjanizmie. Polecam też każdemu, kto chce zapoznać się z tą koncepcją, że Jan Paweł II i polski mesjanizm potrzebują się wzajemnie, a w oderwaniu od siebie są niezrozumiali. Niżej będzie dużo mojego sprzeciwu, ale nie wobec samej tej tezy (na to jestem jednak zbyt wielkim dyletantem), ale wobec mesjanizmu w ogóle. Postaram się pokazać, że jest on ideologią niekonstruktywną, czy wręcz groźną.

Czym w ogóle jest polski mesjanizm? Jest to pewna polsko-katolicka wizja odnowy świata, która ma już długą historię, a która w ostatnich latach przeżywa swój nowy rozkwit. W wielkim stylu, czytaj bigly. Szczegóły są oczywiście bardzo obszerne i skomplikowane, są też bardzo różne jego warianty i ujęcia (Rojek wylicza min. mesjanizm integralny, rodzinny i mesjanizm pracy, dzieli go na millenaryzm, misjonizm i pasjonizm, i inne). Najogólniejszą definicję znalazłem chyba na str. 35 gdzie Rojek cytuje Józefa Ujejskiego. A więc cztery elementy idealnego mesjanizmu to, wedle Ujejskiego: „(1) przewidywanie i oczekiwanie wielkiej zmiany, mającej rychło nastąpić; (2) wiara, że ta zmiana doprowadzi ludzkość, lub zbliży ją przynajmniej, do socjalnej i moralnej doskonałości […]; (3) że dokona się za sprawą narodu czy klasy, którym się takie posłannictwo mesjanistyczne, na mocy ich zasług czy cierpienia, czy woli Bożej, zapowiada; nadto jeszcze najczęściej (4) przewidywanie i przepowiadanie, że okres mesjanistyczny przyjdzie poprzedzony przez okres katastrofalny”.

Królestwo Boże wyklucza

Mam nadzieję, że nie nadużyję tu prawa mesjanistycznego laika do uproszczeń, ale wydaje mi się, że kluczową dla zrozumienia mesjanizmu kategorią, jaką proponuje Rojek, jest „królestwo Boże na ziemi”. Zaprowadzenie, stworzenie (?) go jest punktem docelowym mesjanizmu. Kiedy ono nastanie, pierzchną troski i cierpienia udręczenia udręczonej ludzkości.

Czym jest to królestwo? W tym miejscu stajemy przed wysokimi schodami. Królestwo Boże na ziemi na pewno nie jest – to by była zbyt łatwa, nieuczciwa krytyka –  oderwanym od rzeczywistości bytem mistycznym, nie jest jakimś bujaniem w obłokach. Mesjanizm to nie eskapizm, to nie Tebaida. Mesjanizm ma bardzo doczesne, światowe ambicje i w tej opowieści jest bardzo wiele podkreślania, że nie chodzi o żadne zaświaty, ale jak najbardziej o ziemię, tę ziemię.  „Język religijny [opisuje] pewien ziemski ideał społeczny” pisze Rojek na str. 35. Widać wyraźnie, że ta tradycja rozkwitała w wieku dziewiętnastym  a nie w piątym, wyraźnie widać flirt z ideami znanymi skądinąd, choćby z „Równością, Wolnością i Braterstwem” o których pisze Ujejski (znów str. 35).

Królestwo Boże na ziemi, rozumiane jako ów „ziemski ideał społeczny”, jest koncepcją radykalnie chrześcijańską, ale zarazem koncepcją radykalnie wykluczającą niechrześcijan. W dwojakim sensie: semantycznym i praktycznym. Po pierwsze, niechrześcijanom będzie bardzo trudno zrozumieć, na czym ono ma polegać. Rojek pisze jasno i wyraźnie, a mimo to cały czas ma się poczucie, że główna treść mesjanizmu jest gdzieś między wersami, gdzieś daleko, za szybą, za jakimś szklanym sufitem, czy pod szklaną podłogą, pod którą trudno zajrzeć. Mesjanizm jest ideologią na tyle chrześcijańską, że wbrew swoim najświętszym założeniom nie sprawdza się jako propozycja uniwersalna. Nie da się jego treści wyłożyć niechrześcijanom, nie da się go zrozumieć bez głębokiej wiary, które pewne niewytłumaczalne elementy rozświetla jako oczywiste. I to jest problem semantyczny.

Problem praktyczny jest zaś taki, że nie bardzo wiadomo, co mesjanizm miałby oznaczać w praktyce. Tutaj ponownie miałem wrażenie, że te wektory prowadzą w zupełnie przeciwnych kierunkach. Mesjanizm ze wszystkich sił chce być praktyczny, doczesny, transformować świat ziemski i społeczny. Ale bardzo trudno jest jego język przełożyć na konkretne zalecenia. Płomień niby jest, ale nie wiadomo z czego sklecić pochodnię. A jak już się udaje coś przetłumaczyć na język powszechnie zrozumiałego konkretu, to wypada to dość blado. Na stronie 138 czytamy wprost, że „współczesny polski mesjanizm powinien polegać na realizacji katolickiej nauki społecznej”. Czyli… jednak to? Mesjanizm, jutrzenki swobody, słońca zbawienia mają się jednak redukować do wojny z aborcją i z in vitro? A niestety to jest częste wrażenie przy lekturze, że jedyne konkretne policies jakie z mesjanizmu wprost wynikają, to władza w ręce biskupów plus zamiłowanie do katastrof. Słowem, nie jest dobrze.

Nie jest dobrze, a nawet zupełnie źle, bo mesjanizm ma tę nieuchronną właściwość, że lokuje nas na kursie i ścieżce do „okresu katastrofalnego”. Co sam zresztą przyznaje. Wróćmy do słów Ujejskiego; elementem mesjanizmu jest dla niego „przewidywanie i przepowiadanie, że okres mesjanistyczny przyjdzie poprzedzony przez okres katastrofalny”. To jest ten element, który niepokoi szczególnie. Pamiętajmy bowiem, że idee mają konsekwencje. Wiara w dziejową konieczność katastrof i nieszczęść, nawet jeśli nieco abstrakcyjna, będzie powoli ściekać w praktykę i nieuchronnie budzić oczekiwanie na te katastrofy. Skoro one musza nadejść, to po co się starać i im zapobiegać? Skoro okres katastrofalny jest nieuchronny, to po co właściwie sprawdzać czy lotniska rezerwowe w Mińsku i Witebsku są otwarte, po co dbać, żeby opona w prezydenckiej limuzynie była wymieniona na czas?

Nie jest oczywiście przypadkiem, że katastrofa w Smoleńsku była dużym impulsem dla mesjanistów, że „nieoczekiwanie uaktywniła tkwiące głęboko w polskim myśleniu kategorie” mesjanistyczne (str. 282). Trudno się jednak z tego cieszyć. Trudno też zrezygnować ze zdroworozsądkowo-pragmatycznej logiki, wedle której „kategorie myślenia” powinny służyć raczej zapobieganiu katastrofom, a nie ich przepowiadaniu. W tym znaczeniu mesjanizm wydaje mi się po prostu groźny. Jeżeli droga do królestwa Bożego prowadzi przez kolejne hale MTK, kolejne Mirosławce, Szczekociny, Smoleński i autostrady pod Opolem,  to z takiego królestwa może i bezpieczniej być wykluczonym.

Cierpienie nie uszlachetnia

Wiara w dobroczynne skutki okresu katastrofalnego jest najzupełniej złowieszcza, ale ona i tak sprawy nie wyczerpuje. Ona nie bierze się przecież znikąd. Bierze się przekonania o twórczej mocy cierpienia, czym Rojek się obszernie zajmuje  (cała czwarta część książki nosi tytuł „Hiob narodów”) i co otwiera jeszcze szersze pole do krytyki.

Mesjanizm nieodmiennie opiera się na założeniu, że cierpienie, ból i nieszczęście są elementami konstruktywnymi, nieuchronnymi w procesie postępu i budowania lepszego świata dla lepszego człowieka. Droga wzwyż prowadzi właśnie poprzez nie, nie da się ich obejść, ba, obchodzić ich nie należy. Ale na szczęście tutaj mylą się solidarnie i Paweł Rojek i Jan Paweł II.

Ich apologia cierpienia rozbija się  o ten sam problem logiczny, o który potknęliśmy się już wcześniej:   jest kompletnie wykluczająca dla wszystkich poza wąskim trzonem głębokiej wiary. To jest paradoksalna sytuacja: bo ten zarzut jest tak samo oczywiście słuszny dla niechrześcijan, jak oczywiście śmieszny dla chrześcijan. Weźmy przykład. Na str. 187 Rojek pisze, że „cierpienie według papieża nie musi być karą za grzechy, lecz może być udziałem w kapłańskiej misji Chrystusa”. I właśnie: pierwsza część zdania jest błędna, a druga turbohermetyczna. Po pierwsze,  cierpienie najczęściej nie  jest w ogóle karą za cokolwiek, ani za grzechy, ani za błędy moralne, ani za nic innego. Najczęściej jest po prostu ślepym trafem, wyrokiem maszyny losującej ciemnego, irracjonalnego świata. Po drugie, na czym ma polegać współudział – poprzez cierpienie – w kapłańskiej misji Chrystusa? Mniemam, że nie rozumie tego większość chrześcijan, a co dopiero mają powiedzieć niechrześcijanie? Niechrześcijanin po prostu nie wie co zrobić z takim stwierdzeniem, może co najwyżej je przeczytać, kiwnąć głową, po czym zostanie  sam ze swoim cierpieniem, które nie zmniejszy się ani o jotę w wyniku wygłoszenia tej formuły. Oczywiście, w zgrabnym świecie multi-kulti to nie byłby jeszcze kłopot, bo każdy  mógłby sobie wierzyć w co chce. Ale, jako żywo, królestwo Boże na ziemi takim światem nie jest – mesjanizm ma oczywiste skłonności do uniwersalizmu. Co większość ludzkości pozostawi jednak za burtą.

Ale nie wybiegajmy naprzód. Nie jest przecież prawdą, że w cierpieniu nie da się żadnych pozytywnych stron doszukać. Trudno  zaprzeczyć, że cierpienie uczy pokory, wrażliwości na krzywdę innych i szerzej, że pozwala nam dostrzec, że świat nie jest wcale takim miejscem miłym i różowym, jak to się niektórym wydaje. Ale czy to sprawia, że waga się przechyla i że cierpienie uznajemy za, wypadkowo, dobre? Nie. Nie ma wątpliwości, że elementy destruktywne w nim absolutnie przeważają, że czegokolwiek tam się doszukamy po stronie plusów, to cierpienie w ostatecznym rachunku i tak jest zawsze złe, a każde zmniejszenie jego ilości w świecie – jest dobrem. Ale to i tak tylko początek.

Wróćmy na stronę 187. Rojek cytuje tam przemówienie Jana Pawła II z audiencji generalnej w 1983 roku. „W planie Bożym każdy ból jest bólem rodzenia, przyczyniającym się do narodzin nowej ludzkości. […] Chrystus […] uczynił z niego świadectwo miłości i twórczy akt w budowaniu lepszego świata”. I komentarz Rojka do tego: „okazuje się, że przyjęcie cierpienia wraz z Chrystusem przyczynia się do budowy królestwa Bożego na ziemi. Cierpienie daje okazję ludziom do okazywania sobie pomocy i budowania cywilizacji miłości, przygotowuje wiernych do życia w tym królestwie”

Każde z tych stwierdzeń jest fałszywe. I warto to pokazać punkt po punkcie.

MIT: Każdy ból jest bólem rodzenia, przyczyniającym się do narodzin nowej ludzkości.

PRAWDA: Nie każdy ból jest bólem rodzenia. Owszem, niektóre cierpienia to faktycznie bóle rodzenia, jak choćby literalnie poród nowego człowieka, albo sto innych sytuacji, w których  cierpienie przyczynia się do powstania czegoś nowego. Ale cała rzecz w tym, że ten wielki kwantyfikator („każdy ból jest bólem rodzenia”) jest tam absolutnie nieuprawniony. Więcej, on jest tam nie na miejscu. Bo są przecież cierpienia, z których nic się nie rodzi i z których żadne dobro, ani w ogóle nic nowego nie powstaje. I to jest ogromna większość. Stwierdzenie, że każdy ból jest bólem rodzenia, jest tak uderzająco fałszywe, że aż trudno pojąć, jak można tak uważać. Przecież twierdzić, że „każdy ból jest bólem rodzenia” to twierdzić, że każde cierpienie coś tworzy. Jan Paweł II niestety nie żyje, ale może ktoś wyjaśni, co nowego i co dobrego (sprawa jest poważna, więc przykłady też niech będą poważne), urodziło się z bólu żydowskich matek, na których oczach niemieccy żołnierze zabijali ich dzieci? Przecież jeśli każdy ból miałby być bólem rodzenia, to ten też. Co konkretnie się wtedy urodziło, jakie dobro, jakie w ogóle cokolwiek? Co rodzi się z cierpień zapomnianego staruszka, umierającego na raka? Co dobrego z tego wynika, co się tworzy, co nowego powstaje? Albo z innej beczki: zanim napiszę do końca to zdanie, tysiące zwierząt hodowlanych zostaną zgładzone w rzeźniach, miliony zostaną zjedzone na wolności przez drapieżniki, miliardy umrą z głodu i chorób. Co nowego się z tego tworzy, co się rodzi, co w ogóle wynika, poza kolejnym obrotem biologicznej machiny? Nic nie wynika. I to jest właśnie prawdziwa treść cierpienia: jego radykalny, absurdalny wręcz bezsens, czysta negatywność, bezowocność. Jeśli policzyć, to wyszłoby nieuchronnie, że miażdżąca większość cierpień jest taka właśnie: bezużyteczna, bezpłodna, bezsensowna.

MIT: Cierpienie daje okazję ludziom do okazywania sobie pomocy i budowania cywilizacji miłości.

PRAWDA: Daje tę okazję tylko na papierze. W praktyce cierpienie zabija instynkty społeczne, proludzkie, niszczy empatię i solidarność. Cierpienie zacieśnia nasze horyzonty działania, zamyka nas w sobie, zamyka na innych. Człowiek jest tak skonstruowany, że dopiero po zaspokojeniu pewnego minimum potrzeb własnych (w tym potrzeby o nazwie „względna wolność od cierpienia”) jest w stanie wyjść poza siebie, nieść pomoc i miłość innym. Poniżej tego minimum jesteśmy pierwsi do wszystkich zbrodni. Człowiekowi trzeba stworzyć warunki do tego, żeby miał okazję być dobrym, a nie te warunki celowo pogarszać, żeby dać mu się okazję wykazać.

Ponadto, z tak rozumianą „cywilizacją miłości” jest coś fundamentalnie nie tak. Ona nie umie wzrosnąć sama z siebie, bez „okazji” jaką daje cierpienie?  Wychodzi na to, że trzeba ważyć, czy bardziej cenimy cywilizację miłości, czy bardziej nas bolą cierpienia, które do niej prowadzą. A to jest trudne ważenie… i dopiero pierwszy problem. Bo jest i drugi: tak przedstawiona cywilizacja miłości jest strasznie reaktywna, nie jest tworzona sama dla siebie, ale dopiero w odpowiedzi na ziemskie cierpienia. Czy byłaby w ogóle potrzebna, gdyby tych cierpień jakimś trafem nie było? Parafrazując to, co powiedziała Catherine Durant w 13 odcinku 2 sezonu „House of Cards” (patrz tutaj), I thought we wanted to be humans in order to engage in meaningful creativity, not full-time damage control.

MIT: Chrystus […] uczynił z [bólu] twórczy akt w budowaniu lepszego świata.

PRAWDA: Tak przed Chrystusem, tak i po Chrystusie cierpienie jest netto destruktywne. Jeżeli są w nim jakieś plusy dodatnie, to zawsze ostatecznie giną i toną w ciemnej otchłani bólu, który nic poza sobą nie widzi, odciąga od wszelkiego życia, nie zostawia miejsca na nikogo i nic innego, na żadną twórczość, żadną sprawczość, żadne działanie. Wypadkowa cierpienia jest zawsze destruktywna, niczego się w ten sposób nie zbuduje. A już na pewno nie zbuduje się lepszego świata.

MIT: [Cierpienie] przygotowuje wiernych do życia w tym królestwie [Bożym na ziemi]

PRAWDA: To jest stwierdzenie nader niepokojące. Bo dlaczego do królestwa Bożego na ziemi mamy się przygotowywać poprzez cierpienie? Jak w ogóle wygląda to królestwo, jeżeli każą nam się do niego przygotowywać jak na wojnę? Jeżeli przygrywką do królestwa Bożego na ziemi są Szczekociny, Smoleński i inne apokalipsy, to jak będzie wyglądać rzecz główna? Do czegoś co jest faktycznie szczęśliwe i pełne miłości nie musimy się na ogół przygotowywać cierpiąc i zaciskając zęby.

Zandberg czyha

Naturalną cechą idei jest to, że degenerują się w praktyce, a pierwsze nad odstrzał idą elementy mętne. Jeżeli obiektywna treść mesjanizmu wyraża się w społecznej nauce Kościoła i wierze w okres katastrofalny, a wszystko co ponadto to jest enigmatyczne i dostępne tylko dla wybranych, to nie ma się co dziwić, że mesjanistyczna praktyka będzie się wyrażać we wszechwładzy Episkopatu i pod Smoleńskiej. Ale to jeszcze nie wszystko – jest jeszcze refleksja, która przychodzi z zupełnie innej strony.

Mówiąc najzwięźlej: laik, który nie zna powiązań, koneksji środowiskowych i praktyk politycznych, odnieść może wrażenie, że mesjanistyczne królestwo Boże na ziemi niewiele się różni od świata zdrowej skandynawskiej socjaldemokracji. Wspomniałem już wcześniej, że mesjanizm blisko flirtuje z „ideami znanymi skądinąd” i to jest właśnie ten punkt. Czym właściwie królestwo Boże na ziemi ma różnić się od miłego dla oka świata, w którym wszystkim jest dobrze, w którym wszyscy są wyemancypowani i podmiotowi, szpitale i przedszkola są świetne i bezpłatne, wszędzie dojedziemy wygodnym pociągiem, a Puszcza Białowieska stoi jak stała. Na czym właściwie polega właściwie różnica między królestwem Bożym, a deklaracją programową partii Razem?

Ta myśl jest zarazem zupełnie absurdalna, jak i zaskakująco celna. Ale to ani nie jest przypadek, ani ja nie wmawiam Rojkowi lewilnego dziecka w brzuch. Są punkty kiedy tradycje mesjanistyczna i lewicowo-postępowa są całkiem zbieżne. Otwórzmy książkę choćby na str. 95 i poczytajmy o związkach programu pracy organicznej i mesjanistów różnych maści, czy choćby o postaci Stanisława Szczepanowskiego (1846-1900), który był „najważniejszą figurą neomesjanizmu, a także jednym z pionierów industrializacji w Galicji, budował kolej w Kołomyi […] [i] prowadził ożywioną działalność społeczną i polityczną”. Albo o Kazimierzu Odrzywolskim (1860-1900), to już str. 96, który „zakładał fabryki […] budował osiedla robotnicze i szkoły ludowe, wydawał popularne książki historyczne i organizował wykłady mesjanistów”. Ideały mesjanizmu i ideały elektryfikacji okazują się jakoś dziwnie bliskie sobie. A jeszcze bardziej już w XX wieku. Na str. 154-155 Rojek analizuje przemówienie Jana Pawła II o budowie kościoła w Nowej Hucie w latach 60. i nie cofa się przed konkluzją, że „Jan Paweł II potężnym gestem włączał […] peerelowską industrializację do dzieła budowy królestwa Bożego na ziemi”. I dalej, jeszcze ciekawiej, „Jego [JP2 – przyp. P.S.] gest można porównać chyba tylko z propozycją zapomnianego emigracyjnego mesjanisty Bogdana Wielkopolskiego, by po zwycięstwie nad komunistami postawić na szczycie Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina w Warszawie posąg Najświętszej Maryi Panny”. Wow.  Ten ostatni pomysł brzmi odlotowo chyba nawet dla mesjanistów, ale, abstrahując od humoru, wskazuje na coś ważnego.

Ale wróćmy z tych obłoków. Różnica między królestwem Bożym na ziemi, a socjaldemokratycznym światem pełnego upodmiotowienia oczywiście istnieje. Na poziomie codziennym jest prosta do wyrażenia: jasne jest, że w świecie Razemowym pigułki „dzień po” byłyby dostępne bez recepty, a może nawet z refundacją. A w królestwie Bożym na ziemi? Cóż, pisma Ujejskiego czy Szczepanowskiego  o tym chyba nie mówią. Ale – pamiętajmy – realizowanie mesjanizmu polega  w praktyce na realizowaniu społecznej nauki Kościoła. Czyli, wiadomo jak się skończy.

Niemniej, wciąż uważam, że jest to nader ciekawy flirt. Laik, który nie chce czytać między wierszami i który nie zna kontekstu, ma wszelkie szanse uznać te dwie wizje za bliskie sobie. Z drugiej zaś strony, dla mesjanisty te dwa światy – królewskoboży i socjaldemokratyczny – są w oczywisty sposób sobie przeciwne. Ale, i to jest ten myk, taka książka jak Rojka nigdy tych różnic nie nazywa wprost.

Widzenia na temat przyszłości świata

Jedną z najciekawszych części książki jest końcówka, gdzie mieszają się (ale harmonijnie) rozważania geopolityczne i religijnie. W opowieści mesjanistów (a przynajmniej w opowieści Rojka) polski rok 1989 jest, rzecz jasna, wyjściem z dyktatury, ale zarazem wejściem na ścieżkę ku „zachodniemu liberalizmowi”, a przede wszystkim porzuceniem trzeciej drogi – drogi do królestwa Bożego na ziemi. Mesjanizm ubolewa, że po 1989 roku Polki i Polacy radośnie i bez namysłu wskoczyli na ścieżkę liberalną, porzucając tę trzecią drogą chrześcijańską. A pokazywał ją wtedy Jan Paweł II, tyle że po roku 1989 Polacy nagle przestali go słuchać. Tak to przedstawia Rojek i tutaj wskazuje głębszy sens „skremówkowania” Jana Pawła II za życia. Rozniecenie szaleństwa kultu  papieża w latach 90. i wczesnych dwutysięcznych pozwoliło przestać go słuchać. Rojek mocno podkreśla, że papież przestał być realnie słuchany właśnie wtedy, gdy otworzyła się możliwość historyczna i gdy przedstawiał swoją realną alternatywę dla urządzenia Polski po nowemu, bardziej po chrześcijańsku. Rojek przytacza tu mocne wypowiedzi Jana Pawła II z lat 90., kiedy ten z rozgoryczeniem stwierdzał, że stał się w Polsce persona non grata. I taki właśnie jest sens tej sławnej koncepcji „zabiliśmy proroka„, głoszonej przez środowisko „Pressji”.

I trudno tutaj znów uniknąć refleksji, że to jest analogiczne z myśleniem młodej polskiej lewicy, która również ubolewa, że po roku 1989 bezmyślnie porzucono wszelkie pomysły innych dróg, na rzecz najprostszego kopiowania wzorców zachodnich. Ale: tak jak mesjaniści żałują, że nie zaczęliśmy w latach 90. budować królestwa Bożego na ziemi, tak młoda lewica żałuje, że nie zaczęliśmy wtedyż budować socjaldemokracji na wzór skandynawski. Mesjanistom nie w smak liberalizm, w znaczeniu „świecki liberalizm zachodniego permisywizmu”, czyli sekularyzacja, in vitro i małżeństwa dla wszystkich. Młodej lewicy z kolei nie w smak neoliberalizm, czyli kapitalizm prawem wilka, rozdęte nierówności społeczne i rejterada państwa z Polski powiatowej. Ale łączy ich wspólne rozczarowanie tym, co stało się po roku 1989, zawód tą bezmyślną łatwością, z jaką nasz kraj potoczył się w XXI stulecie. Obie strony ubolewają nad utraconymi szansami, nad porzuceniem drogi bardziej twórczej i własnej.

W zakończeniu książki widać jeszcze inny problem z mesjanizmem, problem już bardziej z jego statusem w polskim pejzażu idei, niż z samą treścią. Rojek ujmuje rzecz w kategoriach „mesjanizm albo nic”. Przyjmuje, że mesjanizm jest jedynym możliwym polskim wkładem do ogólnoświatowej kultury. To wyraźnie przebija z tego tekstu: albo Polska poniesie w świat płomień katolicyzmu i będzie awangardą królestwa Bożego na ziemi, albo… właśnie, albo nic. Będzie nędzną kopią nie wiadomo czego, niespecjalnie udaną krzyżówką dwóch światów, ani wystarczająco wschodnią, by być ciekawą,  ani wystarczającą zachodnią, by być „normalną”. I na to jest oczywiście odpowiedź zarazem prosta jak i skomplikowana. Trzeba się temu przeciwstawić, pokazać, że to jest fałszywa alternatywa i że Polki i Polacy mogą wnieść od siebie więcej. Wnieść co? To jest właśnie ta trudniejsza część: jak wypełnić Polskę nowoczesną treścią (mówiąc Sową), unikając zarazem taniej „ponowoczesnej nostalgii” (mówiąc Rojkiem)?

To binarne przeciwstawienie, ten dojmujący wszystkoalboniczyzm, ma wymiar nie tylko polityczny, ale i religijny. Rojek kończy książkę ładnym obrazem, przywołuje kończy odjazd kamery w Nostalgii Tarkowskiego. Korzystając z przewagi hipertekstu nad książką, możemy sobie to po prostu obejrzeć:

 

I Rojek intepretuje to tak (str. 293-294): „Ten poruszający obraz jest jednak dwuznaczny, nie wiadomo bowiem, czy żyjemy wśród opuszczonych ruin, czy raczej na porzuconej budowie. Sądzę, że te dwie interpretacje doskonale oddają różnicę między apokaliptyzmem, a mesjanizmem. Chrześcijaństwo  zbudowało kiedyś w Europie wspaniałą cywilizację, po której dziś zostały tylko niezrozumiałe ściany. Jedni uważają, że są to ruiny wskazujące na nieuchronne niepowodzenie każdej próby przemienienia świata doczesnego według zasad chrześcijaństwa, drudzy sądzą natomiast, że są to raczej resztki niedokończonej budowli, wskazujące na małoduszność zniechęconych niepowodzeniami robotników. Ci pierwsi uważają, że chrześcijanie nie powinni zakorzeniać wszystkiego w doczesności, lecz żyć apokaliptyczną nadzieją na odmianę wszystkiego poza czasem. Ci drudzy wierzą, że mają realizować pewną misję w doczesności – przemieniać rzeczywistość, czynić ją bardziej boską i bardziej ludzką”.

I świetnie: wiemy na czym stoimy (choć nie wiemy czy na budowie, czy na ruinach). Na ostatniej stronie książki Rojek stwierdza oczywiście, że chodzi właśnie o to, żeby wciąż wierzyć, że to jest przedsięwzięcie under construction i żeby chrześcijaństwo nie porzucało swoich mesjańskich, doczesnych ambicji w tym świecie. I wskazuje analogię: przypomina programowe ograniczenie się środowiska „Znaku” do „chrześcijańskiego minimalizmu społecznego” w latach powojennych.  Opisuje to jako strategiczny odwrót, dokonany „w obliczu dominacji ideologii komunistycznej” (str. 294). Hipotetyczne porzucenie mesjanizmu dzisiaj, czyli porzucenie przez chrześcijan ambicji przekształcania świata na swoją modłę i skupienie się bardziej eskapistycznym rozumieniu religii (wedle modelu „wszystko przemieni się dopiero u końca czasów”) byłoby dla niego manewrem bardzo podobnym, tyle że w o wiele większej skali i o wiele mniej wybaczalnym, bo dokonanym w „nieporównanie bardziej sprzyjających [chrześcijaństwu] warunkach”.

Książka Rojka jest wołaniem, że tego właśnie chrześcijaństwo robić broń Boże nie powinno. Ale właśnie: powinno! Jedyna konstruktywna teza, jaka z tak rozumianego polskiego mesjanizmu wypływa, jest taka, że należy porzucić te właśnie ambicje i spojrzeć mniej zerojedynkowo. Wyjść poza tę alternatywę, że albo polsko-katolicki mesjanizm, albo pustka, martwy świat i „zanik widzialnego chrześcijaństwa” (str. 294). Bo ani nie jest prawdą, że „religia […] jeśli nie jest wszystkim, jest niczym” (tamże), ani nie jest tak, że to tylko ruiny lub urwana budowa. Uzupełnię te metaforę: jeżeli mówimy o budowie tej skali, to trzeba pamiętać, że przestrzeń publiczna, w której ten kosmiczny gmach ma być budowany,  jest dobrem wspólnym. I jako taka, wymaga zgody wszystkich na tak radykalną przebudowę. A większość z nas będzie miała jednak opór, przed wyrażeniem zgody na projekt tak radykalny. Jakże zresztą ma być inaczej, skoro w latach 90. dzielnie przeciwstawiliśmy się na tym froncie samemu papieżowi? I dobrze, że mamy ten opór, bo przekształcanie świata na mesjanistyczną modłę – jak się starałem pokazać wyżej – niesie ze sobą więcej zagrożeń niż nadziei.

Lekturę książki kończyłem z wrażeniem dokładnie odwrotnym niż przesłanie autora. Otóż wszyscy skorzystalibyśmy (szczególnie w Polsce) nie z przyrostu, ale właśnie z redukcji tych pierwiastków mesjanistycznych w chrześcijaństwie. Na ewentualne zbawienie i odnowę u końca czasów można by wtedy oczekiwać spokojniej, a naprawę świata doczesnego oddać tymczasem tym, którzy nie wierzą ani w okresy katastrofalne, ani w uszlachetniającą moc cierpienia.

 *

4 komentarzy

  1. Cenię Twoje posty za merytoryczność i refleksyjność, ale tutaj prawie na początku pojawia się brutalne uproszczenie, które podważa wiarygodność dalszej części tekstu. Piszesz:

    „Na stronie 138 czytamy wprost, że „współczesny polski mesjanizm powinien polegać na realizacji katolickiej nauki społecznej”. Czyli… jednak to? Mesjanizm, jutrzenki swobody, słońca zbawienia mają się jednak redukować do wojny z aborcją i z in vitro? A niestety to jest częste wrażenie przy lekturze, że jedyne konkretne policies jakie z mesjanizmu wprost wynikają, to władza w ręce biskupów plus zamiłowanie do katastrof.”

    Ale tak się składa, że katolicka nauka społeczna (mimo, przyznaję, niefortunnej, drętwej nazwy, która musi wydawać się niewierzącym odpychająca) to „trochę” więcej niż kwestie aborcji i in vitro. To w gruncie rzeczy bardzo atrakcyjna doktryna społeczna, która wyznacza, w ogromnym uproszczeniu, punkt pośredni między zindywidualizowanym liberalizmem a komunistycznym kolektywizmem (sprzeciwiając się im obu).

  2. Wróciłem na krótko i zaraz wracam na południe Europy – więc krótko. Książki Rojka nie czytałem ale tak sobie myślę że Jan Paweł II chcąc by Polska weszła w struktury europejskie nie myślał w kategoriach -” władza w ręce biskupów plus zamiłowanie do katastrof” – chodziło mu raczej o -” pamiętajmy bowiem, że idee mają konsekwencje” – a te konsekwencje to między innymi -” zdrowa skandynawska socjaldemokracja”. To cytaty z Twojego tekstu.
    Zdrowa socjaldemokracja nakładająca knebel politycznej poprawności doprowadziła Europę na skraj katastrofy. To nie cierpienie pobitej i wielokrotnie zgwałconej polskiej pary w Rimini stanowi o jej mesjanizmie a jej odwaga w zgłoszeniu i nagłośnieniu tego bestialstwa. Bez polit poprawnej troski o kolor skóry młodych bandytów, bez fałszywego poczucia że jest się rasistą można było bandytów nazwać bandytami. I nagle się okazał, że włoska policja ujęła sprawców i nagle się okazało, że zgłosiły się inne nie tak dotkliwie upokorzone ofiary tej szajki i nagle okazało się, że gwałt przez przybyszów z innego kręgu kulturowego zgłosiła młoda finka.
    Mieliśmy katastrofę o podobnym podłożu we wschodniej części Europy i to głównie dzięki katolickiej Polsce narody wydobyły się z tego szamba bez nadmiernych cierpień i teraz myślę sobie że ten nasz polski mesjanizm polegający na nazywaniu rzeczy po imieniu miał w zamiarze Jana Pawła II wyciągnąć narody europejskie z kolejnego nieco tylko uperfumowanego szamba.
    W Twoim tekście najbardziej podoba mi się ten piękny kawałek o ideach które maja konsekwencje – Ty też pamiętaj o tym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.