Maską w stronę wiatru (sierpień 2009)

Przeszłość to niepowtarzalna kraina, pełna wątków i wrażeń, do których wracamy z mieszaniną niedowierzania, zażenowania i sentymentu. Dla mnie jedną z takich rzeczy jest podróż na trasie Warszawa-Lwów-Krym-Odessa-Stambuł, którą odbyłem na przestrzeni dwóch i pół tygodnia w sierpniu 2009 roku. Dziewięć lat temu! Jak to cytował Wieszczu, „gdy byłem po części innym człowiekiem niż jestem”. Na szczęście zapiski z tamtej wyprawy przetrwały czule w lichtarzyku twardego dysku i dzisiaj można je puścić w świat. Redaguję tylko żeby się składało w sens, jak najwięcej klimatu i specyfiki zachowując.

Kiedy to dzisiaj czytam, to jest to dla mnie, rzecz jasna, nie tylko podróż po Europie Wschodniej, ale też przez to, co się od wtedy zmieniło, tak we mnie samym jak i w świecie (ukraiński Krym!). I oczywiście nie wiem czy warto do tego wracać, bo, jako się rzekło, ambiwalentna mieszanka sentymentu i zażenowania. I w ogóle, wrzucam to również dlatego, że dokładnie z takich tekstów kpię w swojej nowej książce, która wkrótce („wir zaślepień rozjarzyć gniewem Bożym”). Ale cóż, ogólnie uważam, że trzeba różnym nutom użyczać klawiszy, a jednym z podstawowych założeń „Myślnika” jest forsowny panteizm. Więc chciałbym Was dzisiaj poczęstować czymś  innym niż dotąd. A więc szlak do Turcji przez Krym i Mołdawię – ach, jakże to dawno… Zapraszam!

*

Pierwsza krew, czyli dzień pierwszy

Zaczęło się – jak zwykle – banalnie, czyli od spotkania na warszawskim dworcu. Żadne plany nie wytrzymują jednak konfrontacji z podróżą i oryginalna koncepcja wsiadania do pociągu jadącego do Łańcuta musiała zostać radykalnie przeimprowizowana. Ostatecznie cała czwórka znalazła się jednak bezpiecznie w przedziale. Popłynęła pierwsza krew (z rozdrapanego ucha), pociąg ruszył, dalej było już tylko lepiej.

W płackartnym, czyli dzień drugi

O wyboistym świcie wysiedliśmy na dworcu (peronie) w rzeczonym Łańcucie. W świetle wstającego dnia przejrzeliśmy „Futbol news” i zwiedziliśmy przydworcowy kiosko-sklep, pełniący zarazem funkcję baru, w którym miejscowi o szóstej rano pokrzepiali się zimnym piwem – wiadomo, męczący, wtorkowy poranek.

O ósmej rano byliśmy w Przemyślu. Na peronie spotkaliśmy grupkę zdeterminowanych chasydów, potem ostateczne doformowanie grupy wyjazdowej (czwórka stała się piątką) i busik chyżo pomknął w stronę granicy w Medyce. Jeszcze po polskiej stronie w kieszeni ląduje kamyk (mały, biały, otoczony obtłuczoną zaprawą) i dzielnie przyjmuje doniosłą rolę „ukrytego tchnienia ojczyzny” na daleką wyprawę.

Po stronie ukraińskiej porywa nas miejscowa inicjatywa gospodarcza i oferuje podwózkę do Lwowa. Wątła rezerwa czasowa dodatkowo uszczuplona przejściem na GMT+3 sprawia, że zgadzamy się bez kapryszenia. Po drodze rozmowa o przygotowywaniu ukraińskich dróg do mistrzostw Europy 2012 i po godzinie jazdy znajdujemy się pod lwowskim dworcem. W jednym z przydworcowych barów wypijamy pierwsze oficjalne piwo z toastem „za wyjazd”, ceny niskie, potem wymiana waluty i w dorohu.

Na peronie piątka staje się ósemką – spotykamy trójkę przyjaciół z miasta królewsko-papieskiego, którzy całkiem przypadkiem – ot, życie i jego zagadki – też wybierają się na Krym i którzy będą nam towarzyszyli przez najbliższe kilka dni. Na pociąg Lwów-Symferopol biletów nie mają, ale dogadanie się z prowadnicą (pociągowy odpowiednik stewardessy, zakładając szerokie rozumienie tego terminu) skutkuje udostępnieniem utajonych miejsc. My zajmujemy wykupione wcześniej miejsca w sąsiednim wagonie i wczesnym popołudniem ruszamy w 26-godzinną podróż.

Wagon płackartny (z czterech istniejących, drugi „od dołu” standard na ukraińskiej kolei) jest po prostu kuszetką, ale bez zamykanych przedziałów – nie ma drzwi, a w korytarzu są po dwa dodatkowe miejsca do spania. Obsługa pociągu dba o wszystko – rozdaje pościel, zamyka łazienki na czas postoju na stacjach, przygotowuje wrzątek. Pełna kultura, trzymamy wazon.

Otwartoprzedziałowość ma tę niebanalną zaletę, że idąc wzdłuż wagonu siłą rzeczy widzi się wszystko to, co robią ekipy jadące w kolejnych przedziałach. Do „bachtinowskiej wędrówki w szekspirowskiej mgle przez kręgi dantejskiego piekła” jest daleko – ale z każdym wypitym piwem trochę bliżej.

W wyniku tych wędrówek ponownie reintegrujemy się do ósemki, a potem (zaskakująco) do dziesiątki i dwunastki. Współtowarzysze podróży są najpierw ubawieni, potem zmęczeni, potem jedno i drugie. Koledzy przygrywają na instrumentach, aż w końcu ktoś niedwuznacznie pyta – Wy oddychat’ ili z kanciertami?

 Na szczęście wieczorem gaszone jest światło i wszyscy grzecznie kładą się spać.

Tych nieskończonych lądów, czyli dzień trzeci

Wgryźć się do mózgu rdzenia
Gdzie żyje prawda krwawa
I łowić sens istnienia
Na ukraińskich trawach.

Przedpołudnie i wczesne popołudnie wygląda tak samo i standardowo – piwo i gitara. Zaoczyliśmy (chyba) Dniepr, a jakiś czas potem wjechaliśmy już na Półwysep Krymski. Na stacji w Dżankoj wysiadamy, ale nie po to, żeby kupić alkohol, ale żeby się rozejrzeć. Z tego rozglądania wychodzi nam tyle, że Krym to połączenie Południa i Sowietów.

Co to znaczy? Że są dwa pierwiastki, które rzadko wchodzą ze sobą w równanie (chyba jeszcze na Kubie). Pierwszym z nich jest południowość – słońce tutaj jak w Grecji, trawa spalona jak w Chorwacji, i ogólnie, warunki przyrody i atmosfery jak nad Mare Nostrum. Drugim elementem jest postsowietyzacja – której wyjaśniać nie trzeba. Mieszanka wiadoma i zadziwiająca. Dla przykładu: postój Dżankoj to z jednej strony torów zwęglona słońcem, brunatna ziemia i rozkoszne świerszcze, a z drugiej – potworne, betonowe piramidy (czy radzieckie budynki mogą nie mieć okien?). Po kwadransie ruszamy dalej.

Wczesnym popołudniem wysiadamy na dworcu w Symferopolu, który jest głównym komunikacyjnym węzłem Krymu. Jak się później okaże, we wszystkich marszrutkach kursujących po Krymie są permanentne problemy miejscami, często problemy ze znalezieniem właściwego połączenia, a najczęściej – problemy z odnalezieniem się w ogóle. Natomiast z każdej, najbardziej zapadłej dziury kurs do Symferopola będzie zawsze, co tłumaczy też wieczny ścisk i tłum na symferopoliańskim dworcu. Generalnie, wiadomo. Krym czasów radzieckich był docelowym punktem dla wszystkich wczasowiczów i ten obyczaj Ukraińcom i (przede wszystkim!) Rosjanom pozostał.

Po dwóch godzinach jedziemy już podmiejskim pociągiem (elektriczką) do Bakczyseraju. Podróż umila wędrowny zespół (gitarzysta, akordeonista plus wokalistka-tamburynistka) przygrywający za „co łaska”. Stety, czy niestety, nasz gitarowy zespół wędrowny tym razem grać nie chce (trzeźwość? zbyt pełne portfele przy początku podróży?).

W Bakczysaraju wyhacza nas na dworcu babuszka i proponuje nocleg u siebie. Część w pokojach, część w namiotach na podwórku. Po prawie dwóch dobach podróży zaznajemy epifenomenu czystości.

A potem siadamy przy stole w ogrodzie,  winorośle plączą się siatkach, a „wieczór kołysze się zamaszyście”.

My, ludzie prości, mamy szaleństw dosyć,
Szklanka pełna wróży, długi wspólny wieczór.

Popas w Bakczyseraju, czyli dzień czwarty

Od rana zwiedzanie. Najpierw sławny Pałac Chanów, potem Czufut Kale – liczące kilkanaście stuleci skalne miasto. Pięknie, prawie jak w Meteorach. Zwiedzamy karaimską medresę, a w drodze powrotnej pomnik „wiecznej sławy obrońcom Krymu”.

Sen antyesencjalisty, czyli dzień piąty

Rano zwijamy obóz, myjemy się i idziemy na wokzał. W warunkach relatywnie niedużego ścisku pokonujemy kilkadziesiąt kilometrów dzielące nas od Jałty. Przedzieramy się przez góry, w końcu ukazuje się Morze Czarne. Szkolny entuzjazm wzbudza drogowskaz „Jałta 45”.

A prawdziwa Jałta jest wielkim, tłocznym i drogim kurortem. Pełno tu wszystkich i wszystkiego – od najdroższych hoteli do starszej pani, której pomogliśmy wynieść torbę z autobusu. Jak się okazało, nie było to łatwe, bo w torbie były kartofle dla rodziny. Chyba na miesiąc, bo torba ważyła dobre czterdzieści kilogramów.

Z dworca idziemy ku morzu. Mijamy targowisko z zadziwiającą ilością owoców i warzyw (nigdy w życiu nie widziałem tyle arbuzów), kupujemy pyszny i jeszcze ciepły chleb. Docieramy na nadmorski deptak, nad którym niepodzielnie króluje Włodzimierz Ilicz. Chłopcy grają trochę na gitarach, ale chodzenie po prośbie za „hrywną dla muzykantów” nie przynosi rezultatów. Potem idziemy do maleńkiej cerkwi zagubionej wśród budek z piwem „Krym”. Zapalamy świece.

Z chwilą dotarcia do Jałty dalsza nasza wędrówka ustala się i upraszcza pod względem geograficznym – odtąd po prostu przemieszczamy się z Jałty na północny wschód wzdłuż południowego wybrzeża Krymu. Pierwszym punktem pojałtańskim jest winiarnia w małej wsi kilka kilometrów od miasta, ale prędko okazuje się, że nie dość, że wieś jest na górce (a plecaki swoje ważą), to jej nie ma – stoi tylko budynek winiarni. Rezygnujemy więc i po krótkiej lekturze przewodnika kierujemy się kolejne kilkanaście kilometrów dalej do miejscowości Uties.

tylko tutaj można spróbować min. wyśmienitego Kagora po 1 UAH za 100 ml lub kupić unikatowy napój do plastikowej butelki (1 l kosztuje od 7 do 20 UAH w zależności od gatunku). W Uties należy koniecznie wejść na szczyt skały dominującej nad przylądkiem Płaka i spojrzeć na imponujący stąd widok masywu Ajudah. Gdyby wypitego wina okazało się zbyt wiele, zawsze można przenocować w którymś z setek oferowanych tutaj pokoi – cała miejscowość jest jednym wielkim hotelem i żyje tylko z turystów… („Krym. Półwysep rozmaitości… oraz Lwów, Kijów, Odessa”, red. A. Grossman, wyd. Bezdroża, Kraków 2007, s.187-188).

Uties wybraliśmy skuszeni powyższym opisem i okolicznościami ogólnymi: zmęczeniem po wczesnej pobudce, która przełożyła się na wczesną konsumpcję, no i faktem, że część z nas nie miała namiotów i potrzebowała choćby złudy dachu nad głową. Przewieźliśmy się więc najdłuższą w Europie (i ponoć jedyną idącą przez góry) linią trolejbusową i wysiedliśmy w… no, generalnie w jakiejś głuszy, na bardzo wysokim, klifowym wybrzeżu Morza Czarnego. Serpentynami w dół tylko cztery kilometry i już po niecałej godzinie stanęliśmy pod bramą Utiesu.

I wtedy się zaczęło. Strażnik z karabinem powiedział niet! i okazało się, że teren Utiesu jest zamknięty i bez przepustki wejść nie można. Pojawiła się pierwsza, na razie lekka konsternacja. Pogłębił ją wywiad środowiskowy, z którego wynikało, że poza tą zamkniętą zoną nie ma w okolicy nic absolutnie. W końcu okazało się, że trzeba przejść trzysta metrów dalej, przekitrać przez dziury w płocie przy śmietnikach, no i że dalej już spoko. Wytypowaliśmy grupę jako tako odważnych rusofonów do zbadania terenu, znalezienia noclegu, generalnie do razwiedki bojem. I wtedy zaczęło się na dobre.

Uties jest wcielonym snem antyesencjalisty – nie da się powiedzieć czym ono jest. Jest skrzyżowaniem miasteczka, zony, sanatorium, blokowiska, ogródków działkowych, kurortu nadmorskiego i Bóg wie czego jeszcze. Weszliśmy przez tę dziurę w płocie i… to wyglądało naprawdę dziwnie. Najpierw uderzyła nas potworna gęstość zabudowy, potem wyrósł przed oczami jakiś blok, z którego okien wychylali się ludzie oferujący nocleg pokojach. Potem jedna kobieta złapała mnie za rękę, zapytała ile nas jest i na ile nocy, po czym poprowadziła w dół po schodach do czegoś, co wyglądało jak leżący w rozpadlinie ogródek działkowy bez działki, odemknęła kłódkę z łańcucha spinającego furtkę, potem się okazało, że tam siedzą jeszcze jacyś ludzie. Pani zaproponowała nocleg dla dwojga osobom w jakiejś rozpadającej się budce z dykty, generalnie, uciekać!

Jasne było, że w Uties nocować nie będziemy, ale nie bardzo było wiadomo jak się z niego wydostać. Coraz bardziej realna stawała się perspektywa dokupienia piwa i pójścia z namiotami po prostu w step. Znaczy w klif. W teren. W cokolwiek. Wróciliśmy do głównej bramy, gdzie strażnik poinformował nas, że marszrutki odchodzą wyłącznie z głównej drogi, czyli te cztery kilometry w górę wzgórza. Po paru chwilach pertraktacji poznaliśmy też wersję dla wtajemniczonych. Otóż marszrutki są i odchodzą stąd, dosłownie o sto metrów, ale niestety z drugiej strony bramy, przez którą nie możemy przejść. Na szczęście wkrótce nastąpiła zmiana warty i jakoś nas przepuszczono.

Pojawił się jednak nowy problem. Jedzie co prawda jeszcze dziś jedna marszrutka, ale jest zupełnie pełna i nie ma ani biletów, ani możliwości żebyśmy nią pojechali. Dopiero dłuższa, poparta hrywnami perwersja słowna sprawiła, że kierowca zgodził się nas wziąć („w tym kraju jak masz pieniądze to wszystko jest możliwe, a nawet legalne”). Mieliśmy jednak leżeć na ziemi i udawać, że nas nie ma.

W warunkach mocno bojowych dotarliśmy do Ałuszty – większego miasta jeszcze dalej wybrzeżem na północny wschód. Zapadał już wieczór i ponownie powstała kwestia noclegu. Tutaj sytuacja była o tyle gorsza, że plaża ani żadne „na dziko” nie wchodziło w grę. Byliśmy po prostu w centrum sporego miasta, a plaże miejskie odpadały jeśli chodzi o namioty. Udaliśmy się więc na dworcową giełdę i dłuższą chwilę prowadziliśmy negocjacje, kto weźmie wosiem cziełowieka na jedną noc. Były z tym problemy, w końcu jedna kobieta się zgodziła i to za dziwnie niską cenę (pozostałe popatrzyły na nią z miną w której było zapisane oskarżenie o psucie wolnego rynku).

Kak dalieko?
– Normalna!

Okazało się, żo normalna to jest jeden długi przystanek trolejbusem plus parę minut przez sowieckie blokowisko (które jest totalne). Wciągnęliśmy powietrze, ale na miejscu się okazało, że nasza babuszka jest jedynie pośredniczką, a właściwa właścicielka mieszkania zaprezentowała nam uśmiech złotych zębów i usłyszawszy cyfrę osiem powiedziała niet i nie pomogły żadne argumenty. Tak to zapadała noc i zostaliśmy znów na lodzie.

Powrót to kwadrans piechotą wzdłuż trakcji trolejbusowej. Z czyichś zmęczonych ust pada znamienne wyznanie: „Jezu! Ile tu się dzieje! Przecież to co myśmy przez ostatnie pół godziny zrobili, to ja normalnie robię przez, nie wiem… miesiąc!”.

Co dalej? Uderzyliśmy raz jeszcze na giełdę noclegową, choć ze świadomością, że nasza pozycja negocjacyjna znacznie się pogorszyła. Dysponowaliśmy jednak tajnym asem – mianowicie tą częścią grupy, która pilnowała plecków i przez babuszki nie była widziana. Koniec końców, coś się udało wynegocjować. Poszliśmy i tym razem okazało się, że… po niewiele wyższej cenie niż poprzednia wylądowaliśmy w hotelu o europejskim standardzie.

Ten schemat powtarzał się przez cały czas pobytu na Ukrainie – trafiając na coś nowego, nigdy nie wiedzieliśmy, na co trafiamy. Każde miasteczko do którego przybywaliśmy mogło się okazać zapadłą wsią w której nie ma nic, gigantycznym protosowieckim, rozpadającym się blokowiskiem, albo eleganckim kurortem. Generalnie, „spraw nie pojmiesz”.

Przodem do księżyca, czyli dzień szósty

Rano na ałusztańskim dworcu rozstajemy się z chłopakami i z ósemki robi się piątka. Kupujemy piwo na drogę i jedziemy (a droga jest piękna tym razem) do wsi Rybaczoje, kolejne dwadzieścia kilometrów dalej wybrzeżem. Rybaczoje jest miejscem zadziwiającym, składa się z szosy, która biegnie o dwadzieścia metrów od plaży, rzędu budynków i straganów porastających tę szosę z obu stron, oraz samej plaży, kamienisto-piaskowej, zapełnionej ludźmi i namiotami. „Camping” polega na tym, że śpi się w namiocie na plaży, płaci się ileś hrywien i ma się dostęp (podobno) do kranu. Nocleg na dziko polega zaś na tym, że śpi się w namiocie na plaży, nie płaci się nic i nie ma dostępu do kranu. Wybieramy bramkę numer dwa.

Po ciemku rozstawiamy namioty, a potem leżymy na karimatach i patrzymy w gwiazdy. Krótki kurs astronomii (trójkąt letni plus Jowisz) zostaje ochrzczony programem „Kwant”. Piwo „Krym”, program „Kwant” i Morze Czarne. „Ja to zawsze miałem problemy z tą geografią… te zadania… Teraz jesz kebab w Warszawie. Oblicz, która godzina jest w Sao Paulo…”.

Na koniec wieczoru (czyli na środek nocy) wyjaśniamy sobie zjawisko pełni: „Po prostu… Wtedy kiedy jesteśmy tyłem do Słońca, a przodem do Księżyca”. I – rzecz jasna – maską w stronę wiatru.

Nowy Świat, czyli dzień siódmy

Rano zwijamy namioty, zostawiamy karimaty i przez znaczną część dnia (marszrutka dopiero o 15.00) zażywamy socjalistycznego plażowania. Kąpiel, lektury, piwko, obserwowanie ludzi. Potem jedziemy do Sudaku – wielkiej, wartej zwiedzenia i polecenia twierdzy, w której odbywa się akurat turniej rycerski – co podnosi cenę biletu o rząd wielkości. Przekładamy więc jej zwiedzanie na dzień następny, po czym udajemy się do Nowego Światu (tak właśnie).

W Nowym Świecie rozbijamy się z braku campingu w parku miejskim, który jest de facto spacerniakiem opadającym od miasteczka ku morzu. Stawiamy trzy namioty w zwartym szańcu. Niepokoi to starszą panią, która przychodzi do nas z pieskiem i peroruje, że zdies’ pałatek nie lzia. Ale obiad już dochodzi, więc ją ignorujemy.

A obiad cudowny – na Krymie takie bogactwo warzyw i owoców, że wychodzi super, nawet jeśli nie umiemy ich przyrządzać, przyprawiać, podawać.

On byw u Krymu, czyli dzień ósmy

 Za to rano przychodzi gość, którego już nie możemy ignorować. Ma 40 l., psa i ambicje oczyszczania terenu. Mówi, że mamy pięć minut. Termin trochę przekraczamy, ale generalnie – ulatniamy się.

Szukamy za to winiarni, której zwiedzanie mamy zaplanowane (dla odmiany), znajdujemy ją po pewnym czasie, ale okazuje się, że dziś można tylko oglądać, a nie ma degustacji. A do oglądania są dwa pokoje obwieszone zdjęciami jakiś ludzi. Dziwne. Nie ma łazienki.

Potem jedziemy autobusem do Sudaku i zwiedzamy twierdzę. Jest naprawdę imponująca i rozległa, ale krótki wywiad z nagabniętą przewodniczką potwierdza przeczucia – powyżej linii zaznaczonej na kamieniach na linii kostek jest to rekonstrukcja. Tłumy, przestrzeń, coś jak Akrokorynt, ale z mnóstwem turystów. Część tylko w spodenkach, z piwkiem i łańuchem na szyi.

I mnóstwo dziwnych zdarzeń. Na przykład: grupa tańczących sambę. Obyczaj przyczepienia tasiemek (dwie hrywną za sztukę do drzewa). Wieszamy czerwoną (miłość) i zieloną (Legia). Widok ze szczytu piękny.

Potem szybki posiłek i jedziemy do Starego Krymu, który jest cichym, spokojnym miasteczkiem, położonym malowniczo pośród pagórków, dębowo-grabowych lasów i źródełek […] Zabytki Starego Krymu raczej nie przyciągają wielu turystów, za to odczuć można specyficzną atmosferę, przywodzącą na myśl owe czasy, kiedy roiło się tu od rozmaitych ludów i języków… („Krym. Półwysep rozmaitości…”, op. cit., s. 296). Pomysł jest prosty: chcemy pojechać tam, gdzie coś jeszcze z rzeczonej atmosfery (może) przetrwało.

Wysiedliśmy na zagubionym dworcu i ogarnęła nas radość etnograficzna – byliśmy w dupie. Absolutny spokój, cisza i senność. Zwiedzamy maleńkie i cudne Muzeum Tatarów Krymskich („Koran nie dopuszcza spirytualiów… no ale wino było…”) i spacerujemy chwilę po miasteczku, które było kiedyś stolicą chanatu (a więc to tutaj albo do Bakczyseraju posłować musiał Skrzetuski). Potem siadamy na przedwieczorny posiłek w klubie nocnym
„Diesel” – rachunek jest astronomicznie niski.

A potem wychodzimy w ciemność i chłód krymskiej nocy (po raz pierwszy tego lata jest zimno!), wychodzimy z miasteczka i szukamy źródełka świętego Pantaleja, obok którego można się ponoć rozbić. Ciemno. Łąki, drzewa i wądoły. Oczywiście nic nie znajdujemy i rozbijamy się po prostu w polu, które rano się okaże pastwiskiem.

Tej nocy po raz pierwszy słyszymy śpiew muezina.

Na przekór ponieśmy ku niebu ektenie, czyli dzień dziewiąty

Rano udajemy się na poszukiwanie źródełka świętego Pantaleja. Okazuje się, że nie jest to tylko źródełko ze świętą wodą – jest tam też maleńka, cudowna cerkiew. Świątynie prawosławne są, jak wiadomo i by tak rzec, o wiele bardziej świątynne niż katolickie. Ze źródełka można się napić czystej wody, ale nie rozwadnia ono misterium tremendum. Cerkiewka przy źródełku Pantaleja jest jednak o tyle wyjątkowa, że tutaj nie trzeba do niej wchodzić, żeby to poczuć. W cerkwi w centrum Jałty był ten kontrast między hucznym miastem na zewnątrz, a blaskiem świec wewnątrz – tutaj sytuacja się odwraca, niesamowita jest właśnie zewnętrzność, samo wrzucenie cerkwi w przyrodę. Składamy żiertwu na chram.

A potem zwijamy obóz i idziemy zwiedzać meczet, z którego wołał nocą muezin. Trafiamy nawet na oprowadzającego – mówi on mieszanką rosyjskiego, tatarskiego i czegoś jeszcze innego. Potem sprint na marszrutkę i jedziemy do Teodozji.

Która wygląda zniechęcająco. Nagromadzenie niekorzystnych wrażeń: dworcowa ubikacja to jeden (z wykrzyknikiem), potworne blokowiska to dwa, wygląd plaży miejskiej to trzy, wałęsające się psy i atmosfera ogólnego rozkładu to cztery. Między tym wszystkim sunie w wykopie pociąg towarowy wiozący jakiś gruz. Komunizm to władza rad i elektryfikacja – a tutaj nie ma ani jednego, ani drugiego. Lokomotywa jest spalinowa i zatruwa powietrze oparem czadu.

Idziemy monstrualnie długim deptakiem nadmorskim im. Lenina, na którym gęstość straganów wynosi dziesięć na metr bieżący. Kupujemy ordery i Moskwę-Pietuszki. Spać nie ma gdzie, więc wracamy na dworzec i chcemy kupić bilety do Kerczu, bo siedem kilometrów za miastem (w sensie za Teodozją, w kierunku na Kercz) mieści się „Baza turystyczna Zołotoj plaż”. Pani w okienku wyjaśnia, że w tym celu nie trzeba wsiadać w autobus mieżdugorodnyj, bo wystarczy normalna linia miejska. Ale wcześniej ma miejsce ta scenka: do okienka podtacza się zalany w trupa jegomość i chce kupić bilety do Symferopolu. Pani odmawia i mówi, że on pjany. Gość rezygnuje, odtacza się na bok. Ktoś refleksyjnie stwierdza:

– On użie gotow, sztoby ujeżdżat’ w Simfieropol.

Z tego wszystkiego i my kupujemy wino i udajemy się na przystanek autobusowy. Ale zanim przyjechał pierwszy autobus,  kolejny ikoniczny obrazek. Oto na światła podjeżdża luksusowy jeep. Przez uchylone okna wylewa się dudniąca, potworna muzyka. Widać kierowcę i pasażera – obwieszonego złotem typa, przy którego wyglądzie facjata Ali Agcy wydaje się niewinna i uduchowiona. Przez otwarty dach wychylają się do pasa pasażerki tylnego siedzenia – młode, skąpo ubrane, za to ostro umalowane. Jedna z nich trzyma w ręku butelkę piwa, druga rozrzuca ręce, obie wydają z siebie pisk, samochód rusza z piskiem.

Potem okazało się, że autobusy są napchane tak potwornie, że nie mamy żadnych szans zmieścić się w którykolwiek z nich. Trzeba jechać taksówką, czyli wynajętym typem z prywatnym samochodem. Ustanawiam swój życiowy rekord negocjacyjny:

On: Trista.
Ja: Piat’dziesiat.
On: Sziest’diesiat
Ja: Sogłasno!

Jedziemy te siedem kilometrów, mijamy nieskończoną ilość dyskotek i w końcu docieramy na miejsce. Okazuje się, że „baza turystyczna” składa się z wąskiego pasa trawy między szosą, a plażą, na której sztrandują urlopowicze. Przyjeżdża się w miejsce gdzie nie ma nic, stawia samochód, puszcza z niego muzykę, rozbija namiot, wykopuje latrynę.

Rozbijamy się w końcu na plaży. Gotujemy, patrzymy na błyskawice w oddali. A w nocy burza. Namioty nie przeciekają, ale trzeba wyjść, poprawić wyrwane wichurą śledzie. Potem grzmoty odchodzą nad Morze Czarne.

Atomelektrostancja Szcziołkino, czyli dzień dziesiąty

Kolejnym punktem naszej podróży miał być Kercz, ale… Szcziołkino to miasto-ofiara socjalizmu. To najmłodsze krymskie miasto zostało założone w 1978 r. zupełnie od zera, z przeznaczeniem dla budowniczych i przyszłych pracowników powstającej w pobliżu wielkiej elektrowni atomowej. Nazwano je na cześć Kiryłła Szcziołkina (1911-68), ojca radzieckiej bomby wodorowej. Problem miasta od początku tkwi w tym, że wybudowano bloki, zasiedlono je ludźmi, wyłożono miliard dolarów na budowę elektrowni, a system socjalistyczny się rozsypywał i władze nie mogły już dłużej ignorować ogromnej kampanii sprzeciwu (a protesty były od samego początku), jaka była skierowana przeciw tej budowie, m.in. głodowali tutaj krymscy „zieloni”. W efekcie budowę przerwano, a mieszkańcy miasteczka zostali zostawieni samym sobie. Dziś Szcziołkino liczy 16 tys. mieszkańców i wreszcie przestało się wyludniać […] Jest tu piękna, piaszczysta, bezpłatna plaża, z pasem pokruszonych muszelek na skraju wody. Morze jest wprawdzie mętne, ale ciepłe i płytkie – 100 m od brzegu nadal sięga do pasa. W dodatku latem w nocy fosforyzuje plankton – wystarczy poruszyć ręką w wodzie […] Widok nieco psuje platforma wiertnicza, choć dla niektórych jest to dodatkowa atrakcja […] osobliwością miejsca jest to, że ponad 40% mieszkańców ma wyższe lub średnie specjalistyczne wykształcenie. Jednak równie ciekawy jest kolejny fenomen: 97% mieszkańców wynajmuje turystom pokoje! […] Uwaga, w mieście nie ma ulic, są tylko numery domów […] Nieszczęsna elektrownia atomowa AES (atomelektrostancja) za miliard dolarów znajduje się między Lenino i Szcziołkino, przy jeziorze Aktaszskoje (przystanek Strojbaza). Ciekawy jest szczególnie szkielet wielkiego reaktora. Miejscowi szabrują masowo złom, więc ciekawe jest, ile jeszcze postoi… (ibidem, s.306-307)

Skuszeni tymi opisami w zmieniliśmy cel i zamiast do Kerczu zdecydowaliśmy się jechać do Szcziołkino (spotkani przypadkowo Polacy wzmogli jeszcze naszą ciekawość, bo w ich przewodniku Pascala wyczytaliśmy, że miasto wygląda dość osobliwie – prosto z plaży wyrastają dziewięciopiętrowe bloki). A więc powrót na dworzec w Teodozji i marszrutka do Szcziołkino. Piwo na drogę i jazda.

W drodze cały czas leci techno z magnetofonu (to akurat pasuje, bo kiedyś odbywał się tu sławny [ponoć] na całą Europę Wschodnią festiwal „Republika Kazantyp”), a po półtorej godziny faktycznie ukazuje się w środku stepu olbrzymi, betonowy sarkofag niedoszłego reaktora. A potem jeszcze kilka kilometrów i jesteśmy na miejscu.

Piętnasta, upał. Giełda babuszek (97%) i wkrótce wynajmujemy pokój u jednej z nich. Mycie, pranie, odświeżanie – ostatni dłuższy postój przed dłuższą podróżą do Stambułu. Pani jest miła i domaga się dodatkowych 20 hrywien za skorzystanie z kuchni. Jemy, pijemy i idziemy w, a raczej za miasto.

Szcziołkino faktycznie wygląda tak jak to opisano w przewodniku – dziki brzeg morza i nagłe blokowisko. Dorobiło się też już jednak całego turystycznego minicentrum, korzystającego z tego, że okolica jest naprawdę przepiękna. Plaża, piękne wydmy. Idziemy na przylądek Kazantyp mocząc nogi w Morzu Azowskim. Koniec lądu jest piękny – skały, widok na rozświetlone miasto. Nad nami meteory – Perseidy dochodzą do maksimum.

Pierwyj raz jedu Simfieropol-Odessa, czyli dzień jedenasty

Szcziołkino (35˚ 50′ E) jest najbardziej na wschód wysuniętym punktem naszej podróży. Rano zwijamy się i rozpoczynamy drogę do Stambułu. Awtowakzał i autobusik do Symferopola. Po czterech godzinach jesteśmy na miejscu, zakupy, piwko (i jeszcze więcej piwka) i wsiadamy w nocny pociąg do Odessy. Tak samo płackartny jak poprzednio, ale nowocześniejszy, elektroniczne wyświetlacze, które pokazują, czy tualiet zaniat’ czy swobodnyj, czystsza pościel itd. Jedziemy całą noc.

Kuter odpłynął przed godziną, czyli od dnia dwunastego do piętnastego, czyli podróż Odessa-Stambuł

I zbudzić się nad ranem
Gdy śpi Odessa dzika
I włóczyć się z naganem
I tropić Benię Krzyka.

Dworzec w Odessie robi wrażenie wstrząsające. Wysiadamy na peron o wysokości dwóch metrów i szerokości trzech, a potem idziemy dobre czterysta metrów (peronem!) w stronę gigantycznego dworca z napisem witamo w misto-gieroj Odessa (generalnie, wszędzie w podróży oficjalne napisy są po ukraińsku, a nieoficjalne na murach lubią głosić, że Krym eto Rossija). Wychodzimy z dworca na miasto i na dworcowych schodach (tak, to te słynne potiomkinowskie!) siadamy na naradę. Tutaj rozdzielamy się na dwójkę i trójkę – spotkanie za trzy dni w Stambule. Oby.

Ale za nim w dalszą drogę – wędrówka po Odessie. Faktycznie, miasto zasłużyło sobie na miano „perły Morza Czarnego”, tyle że mocno zużytej życiem, czy właściwie pół-umarłością.

Widok na morze, śniadanie i na dworzec autobusowy. Wsiadamy w autobus do miejscowości Izmaił leżącej już nad Dunajem. Kalkulujemy, że skoro na mapie jest zaznaczone, że w Izmaile jest port, a w Tulcei po stronie rumuńskiej jest przystań promowa, to coś tam musi pływać, żeby nas przewieźć te kilkanaście kilometrów przez deltę. Niestety! Miasteczko jest piękne, ciche i spokojne – widać, że lata świetności ma lata świetlne za sobą. Morskij wokzał jest majestatyczny, ale pusty. I nie mylimy się: rozmowa z dyżurującym (nie wiadomo po co) urzędnikiem przynosi smutną wieść, że kiedyś były promy, a dwa razy w tygodniu nawet statek do Bułgarii, ale od kiedy Rumunia weszła do Ewrosajuza, a Ukraina niet, to regularnych kursów nie ma. Czasem tylko jakiś kuter przypłynie, ale akurat dziś był i odpłynął przed godziną i nie wiadomo kiedy teraz przypłynie. Mówiąc krótko – nic się nie da zrobić. A wpław z plecakiem ciężko.

Wracamy więc na dworzec autobusowy (po drodze zaczepia nas dwóch Anglików pytając o tańszy hotel – aktualnie mieszkają w jedynym w mieście po 400 hrywien za noc i wydaje im się to trochę za dużo) i cudem łapiemy autobus do miejscowości Reni, o której wiemy, że w jej pobliżu jest (chyba) przejście graniczne. Reni dzieli od Izmaiłu 45 kilometrów, ale po pierwsze droga jest daleka od linii prostej, a po drugie jedziemy po bezdrożach tak totalnych, że trwa to półtorej godziny. Kiedy zjeżdżamy do wsi Pierwomajskoje prędkość średnia spada do piętnastu kilometrów na godzinę. Jesteśmy na absolutnym końcu, czy może właśnie na początku świata. Babadag wysiada. My tu dojechaliśmy do dziewiętnastego wieku.

W końcu Reni. Miasto jest dziwne. W większości zaciemnione, sprawia wrażenie opuszczonego. Jak to się mówi – wiatr tutaj ma pętlę. Spotykamy parę Polaków i z pomocą kierowcy znajdujemy miejsce do spania. Budynek jest ciemny, nosi napis „Dworzec morski” i chyba jest/był hotelem. Gość z recepcji wynajmuje nam czteroosobowy pokój chyba na lewo, bo nie żąda paszportu ani nic, prosi tylko, żeby wszystko było akuratno i sugeruje, że wszystko będzie lepiej załatwić rano.

Kontrasty i nieprzewidywalność. Cena jest niska, a okazuje się że mamy olbrzymi dwupokojowy apartament, z przedpokojem i łazienką. Ilość metrów kwadratowych (a zwłaszcza sześciennych – bo strop bardzo wysoko) jest naprawdę porażająca, a wrażenie przestronności potęguje zasadniczy niedomiar mebli. I zaraz potem kolejna przygoda, tym razem z akcentem na nieprzewidywalność.

Oto bankomat zjada kartę. Wydaje się, że w takich okolicznościach jest to już kres całkowity. Ale nie – rozmowa z hotelowym cieciem i zaraz telefon do szefowej banku. Spoko, będzie na miejscu o wpół do dziesiątej.

– Siewodnia ili utrom?
– Siewodnia!

Poszliśmy na piwko i faktycznie, o godzinie 21.37 zjawiła się baba o wyglądzie zdegradowanej bufetowej. Razem z jakimś milczącym typem. No to dramat – myślę – co oni tu wskórają? Zaczynam zagajać rozmowę, oni coś odburkują, sytuacja jest jednoznacznie ciężkawa. Ale pojawia się olbrzymi komplet kluczy, otwierają się drzwi, zapala się neon (jak w bajce, albo jak w delirium) i okazuje się, że tu w ogóle jakiś bank jest. Oni wchodzą, otwiera bankomat i po minucie podają kartę.

– Wasza?
– Da, spasiba…

Rano forsujemy granicę. Sytuacja graniczna jest taka, że między Mołdawią a Morzem Czarnym przejścia ukraińsko-rumuńskiego nie ma (mieli otworzyć, ale nie otworzyli). Trzeba się transferować przez Mołdawię – najpierw przejście ukraińsko‑mołdawskie, potem mołdawsko-rumuńskie. Między nimi dwukilometrowy spacer mołdawską szosą. I dalej: na wjazd do Mołdawii potrzeba wizy, ale utarte jest (chyba), że na ten fragment to akurat nie… sytuacja jest generalnie niejasna.

Rano już nie ma obcyndalania i jest picie koniaku na czczo (– Czy było picie poranne? – Było już tylko picie poranne!), żeby temu wszystkiemu sprostać. Strażnik przegląda paszport i notuje nazwisko na maleńkiej karteczce, którą trzeba zachować do dalszych procedur. Potem podchodzi się do budki celnika, który z groźną miną kieruje się w stronę naszych plecaków, ale tylko po to, żeby podnieść  filiżankę z kawą, koło której nieopatrznie je postawiliśmy. Procedura jest jednak procedurą i z tymi z paszportami i świstkiem kilkakrotnie wędrujemy między celnikami ukraińskimi i mołdawskimi. W końcu nas puszczają i możemy wejść na Mołdawię.

Z pobocza podnoszę mały czarny kamyk na pamiątkę, po czym łapiemy stopa. Dodatkową komplikacją jest tu fakt, że przejście mołdawsko-rumuńskie nie jest przejściem pieszym, trzeba je pokonywać samochodem. Za 20 hrywien dowozi nas do granicy Mołdawianin, który nie wiadomo po co kręci się po tej drodze. Potem „przekazuje” nas jakiemuś innemu typowi w kolejce na granicy.

Wychodzą jednak problemy. „Nasz” kierowca jest bardzo miły, pyta jak się żyje w Warszawie, chwali rosyjski akcent, ale okazuje się wkrótce, że układ z celnikami jest dosyć kruchy, to znaczy  taki, że albo się przewozi papierosy, albo innostrańców. A „nasz” ma i jedno i drugie, czyli jest przypał. Papierosy zostają w depozycie na granicy, kierowca się wścieka i z prędkością miliona kilometrów na godzinę wwozi nas do Rumunii. Tak mu śpieszno wracać po te papierosy, że podwozi nas tylko na przedmieście miasta Galati (kilka kilometrów za granicą). Zostajemy sami wśród wałęsających się wśród ruin krów.

A więc możemy wreszcie odetchnąć i zjeść śniadanie.

Podwózka bliżej centrum i znalezienie kantoru są nieco problematyczne (wszyscy demonstracyjnie nie mówią po rosyjsku), ale po pewnym czasie siedzimy już w autobusie do Konstancy. Dookoła wyrastają dawno nie widziane zachodnie supermarkety.

Quid melius Roma? Scythico quid frigore peius?
Huc tamen ex ista barbarus urbe fugit.

W Konstancy trafiamy na święto morza – parada okrętów, orkiestry, fajerwerki. Nocujemy w wynajętym pokoju u pani, która na zapytanie „czy to jest ulica Marka Aureliusza?” (bo takiej szukaliśmy) odpowiedziała, że owszem, możemy u niej przenocować.

A potem już tylko jedenastogodzinna podróż do Stambułu. Na granicy osobliwości wjazdowe – zdobywanie wizy tureckiej polega na tym, że na ścianie wisi cennik, gdzie wypisane jest mnóstwo nazw państw (włącznie z Santa Lucia) i przy każdej cena w dolarach. Nikt niczego nie sprawdza, płaci się i stempelek ląduje w paszporcie. A ściany obwieszone Atatürkiem.

Dwie godziny później jesteśmy w Stambule – ale to już zupełnie inna historia.

By gdy zagasną twarze –
przetrwały chociaż słowa,
Nim wrócą komisarze
I zacznie się od nowa!

*

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.