Może święta, lecz mylna

Obejrzałem w końcu sławną „Ostatnią rodzinę”, czyli głośny film Jana P. Matuszyńskiego o Beksińskich. Oczekiwania były duże, rozbudzone własną fascynacją postacią Zdzisława (jak nie kochać faceta, który ma w mieszkaniu ustawione 27 stopni Celsjusza?), wieloma pochwałami, które zebrał film, fantastycznie skrojonym trailerem i przynajmniej fragmentarycznie świetnym tekstem Jakuba Majmurka. A jednak, niestety, spotkało mnie anticipointment: oczekiwania przeszły w rozczarowanie. Dlaczego tak się stało?

Plus plusy pogania

Nie ulega wątpliwości, że „Ostatnia rodzina” jest filmem dobrym, solidnym i dopieszczonym. Wszystko się w nim składa, dodaje, wszystko jest na miejscu. Lista jego zalet, plusów dodatnich, a często subtelnych, jest długa i imponująca. Jest ich tak dużo, że nie da się wymienić wszystkich, ograniczę się więc do wskazania tych miejsc, w którym film sprawdził się, mimo że miał pod górkę. Sprawdził się on bowiem na polach trudnych, sprostał wyzwaniom, na których wiele innych dzieł wyłożyłoby się.

A więc, po pierwsze, film zręcznie unika strategicznego błędu, jakim byłoby nadmierne skupienie się na  uprawianej przez Zdzisława sztuce. A jest to pułapka, w którą łatwo wpaść, natomiast trudno się z niej wydostać nawet najzręczniejszej fabule. „Ostatnia rodzina” omija ją  przemyślnie i sprawnie. Po drugie, ten film rozciąga się na niemal trzy dziesięciolecia, a mimo to nie jest rwany, nie jest chaotyczny, nie jest zbiorem rozwianych w czasie strzępów. Jest logiczną całością, co, jak uczy doświadczenie, jest rzeczą niełatwą przy takich założeniach chronologicznych. Po trzecie, nieoczywista pochwała należy się za niewspomnienie w żaden sposób o przełomie roku 1989 roku. Nie wiem czy zwróciliście uwagę, ale  zmiany społeczne czy polityczne nie są w tym filmie nawet tłem. Ich nie ma w ogóle. Widać tylko jak zmienia się sprzęt, którym posługuje się Zdzisław. Tradycyjny aparat fotograficzny zmienia się w cyfrowy, a magnetofony szpulowe – w dyktafony. I to jest więcej niż zgrabne.

Po czwarte i chyba najważniejsze, dziwactwa i szaleństwa poszczególnych Beksińskich są pokazane celnie a subtelnie. Jest ofensywa idiosynkrazji, ale nigdy nachalna. Trudno się tutaj powstrzymać przed wymienieniem kilku przykładów, bo to są rzeczy naprawdę smakowite. Mamy więc delikatnie wrzucony głęboki anglicyzm („ – A co by było, gdybym był z facetką? – Grzecznie pożegnałbym się i zjadł swój kapelusz”), który sygnalizuje młodszego z Beksińskich świat tłumaczeń z tegoż języka. Trzykrotnie i zgrabnie wspomniane są toaletowe obsesje Beksińskiego-ojca („Po krótkiej przerwie na wizytę w toalecie”, „Przepraszam, ja do ubikacji muszę na chwilę”, „Nigdy nie przyzwyczaję się do niedziałającego sanitariatu”). Antyklerykalizm Tomasza jest zaznaczony w sposób doskonale dyplomatyczny, bo zarazem bardzo mocny, jak i całkowicie przezroczysty dla nieświadomych. Łatwo to przeoczyć, ale w jednym z domowych ujęć mamy przebitkę na muszlę klozetową, a zegar w rogu ekranu pokazuje wtedy godzinę  21:37. Wreszcie, specyficzne podejście późnego Zdzisława do logistyki życia, ten cały outsourcing wszystkiego co się tylko da, te ekipy sprzątające, jednorazowe talerze, kupowanie żywieniówki tonami i na zapas, wszystko to zaznaczone jest w filmie w sam raz i akurat, dokładnie tak jak trzeba. Ani za dużo, ani za mało. Czapki z głów i ręce do oklasków.

Strefa problem

Niestety, na tym wszystkim kładzie się jeden długi cień, który zaburza odbiór na tyle, że nie pozwala uznać filmu za w pełni udany. Sprawia on, że „Ostatnia rodzina” staje się nużąca, czy wręcz nudna. O co chodzi?

Prosty fakt: to jest film ponury i smutny. Ów fakt liczy się jeszcze do zalet, bo ogólna tragedia ludzkiej egzystencji jest w nim pokazana bardzo umiejętnie, momentami wręcz genialnie. Problem w tym, że stężenie przekracza sto procent i traci przez to swą moc. Struna jest przeciągnięta, zła jest po prostu zbyt dużo. Film przechodzi od pewnego momentu w pornografię smutku i polsko-życiowej patologii emocjonalnej. A ta pornografia zamiast pobudzać – znieczula.  Od pewnego momentu film się zaczyna dłużyć, nagle orientujemy się, że nie dostaniemy już nic więcej, że on już tylko powtarza ten sam motyw. Czekamy na kolejny zły obrót losu, na śmierć Tomka, Zdzisława, to się staje przewidywalne, nudne. W rozplanowanie, w rozłożenie akcentów wkradł się gdzieś błąd, zgromadzony materiał jest świetny i wycyzelowany… ale po złożeniu w całość okazuje się zaskakująco jednostajny. Mocno polecam linkowany już trailer – on wiele obiecuje również dlatego, że jest ułożony inaczej,  że są w nim przebitki lekkości, są momenty w tonacji durowej. Niestety, w całości filmu tego właśnie zabrakło.

Można rozważyć puentę, że „Ostatnia rodzina” jest przykładem tego, że istnieje pewne krytyczne stężenie nut z tonacji „źle, źle, zawsze i wszędzie”, powyżej której załamuje się spójność artystycznego przekazu. I w tym właśnie sensie sztuka nie jest zwierciadłem rzeczywistości. Tak jak bowiem nie ma odpowiednio strasznych statystyk i dostatecznie wielkich słów, żeby oddać tragedię i zło naszego ludzkiego realu, tak twórczość artystyczna potrzebuje jednak kontrapunktu, potrzebuje przynajmniej iluzji polifonii, czy zróżnicowania obrazu. Jeżeli wszystko jest konsekwentnie i bez wyjątku czarne, wtedy przestaje oddziaływać tak, jak mogłoby i powinno. Pełnowartościowe dzieło artystyczne nie może chyba o życiu ludzkim wypowiadać się w pełni jednoznacznie. Jeżeli jest o radości, to musi być ona podcięta jakimś elementem smutku. A jeśli tematem jest właśnie smutek, to muszą być w nim jakieś iskry radości, dokładnie te, których  w „Ostatniej rodzinie” zabrakło.

*

 

2 komentarzy

  1. A jednak. Źle źle zawsze i wszędzie, jeśli to właśnie było refrenem jego życia, jeśli to było podłożem jego wspaniałych ale obsesyjnie makabrycznych i ponurych obrazów – to należało tego nie oddawać w filmie? Nie rozumiem. Takie filmy trzeba robić, żeby ostrzec. Unaocznić jak natura neurotyczna potrafi funkcjonować w obszarach mrocznej, plemiennej izolacji, wtapiając się w niczego nie podejrzewające otoczenie. Nie każdy film musi być „ku pokrzepieniu serc”. Czasami trzeba się zadumać i przestraszyć, żeby poznać całą prawdę.

  2. Bardzo przenikliwe choć spóźnione recenzje zarówno poprzednia jak i „Ostatnia rodzina” .
    W ponurym tle jednak Polska za „pierwszej komuny” z tym wielkopłytowym ciasnym i niesprawnym mieszkaniem potęgującym fobie mieszkańców. Gdyby tę rodzinę przenieść do ówczesnej Francji czy RFN czy było by równie ponuro ? Czy Zdzisław Beksiński malował by tak jak tworzył w tym klimacie ? Czy byłby w ogóle artystą?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.