O update bez wojny

Największym wyzwaniem, przed którym stoimy, jest: nauczyć się aktualizować nasz świat inaczej niż przy pomocy wojen. To w największym skrócie.

Nie jest niczym odkrywczym powiedzieć, że ostatnie lata i miesiące to kumulacja wydarzeń, które wieszczą – zdaniem wielu – koniec naszego świata. Brexit, Krym, Ukraina, Syria, Trump – by wymienić tylko rzeczy najbardziej oczywiste. Czarnochmurne „będzie wojna” jest już niemal standardem knajpianych pogawędek, a i niejeden poważny publicysta najpełniej otwartym tekstem pisze, że świat powojenny dobiegł już końca i nasze czasy to znów jest czas przedwojenny.

Ja osobiście, jak pisałem już gdzie indziej, uważam, że wojny raczej nie będzie… ale to tylko część prawdy. Bo prawdą jest też i to, że wojna przecież już trwa, tyle że jeszcze do nas nie doszła. Jeszcze nie stała się światowa. A przede wszystkim – i to jest najpilniejsze clue – jeżeli autentycznie chcemy się obyć bez III wojny światowej, to musimy nauczyć się wprowadzać aktualizacje do naszego świata inaczej niż przez ogólnoplanetarne kataklizmy.

Bo, w najgrubszym zarysie, dotąd wyglądało to właśnie tak, że wprowadzenie fundamentalnych nowości do świata odbywało się zawsze (na ogół?) w wyniku wojen. Doktryna szoku nigdy nie była dla nas nowością. Potrzeba było wojny secesyjnej, żeby znieść w Stanach niewolnictwo, potrzeba było jednej wojny światowej, żeby dać prawa wyborcze kobietom, potrzeba było drugiej wojny, żeby stworzyć jako tako działające organizacje ponadnarodowe. Płynie stąd niepokojąca konkluzja (zwłaszcza jak się popatrzy i posłucha, jak trzeszczy w szwach współczesny świat), że i następny update nie obejdzie się bez porządnego kataklizmu. Stąd też, jeżeli chcemy ten nowy świat oglądać i dożyć go – musimy nauczmy się aktualizować bez uciekania się do tej roboczej apokalipsy. Musimy się nauczyć podnosić solidarność społeczną na nowe poziomy bez używania armagedonu jako resetu.

To co się działo dotychczas nie nastraja dobrze. Życie zbiorowe naszego dzielnego gatunku jakoś tak się dziwnie plecie, że do realnego działania popycha nas tylko niebo spadające na głowy. Tylko apokalipsa absolutna jest dostatecznie skuteczną motywacją. Jeśli popatrzymy wstecz, to w chwilach i latach poprzedzających każdą kolejną katastrofę zobaczymy całe mnóstwo tych, którzy nic nie widzieli i nic nie słyszeli, ale też i drugie mnóstwo, ludzi, którzy widzieli, wiedzieli, wołali, ostrzegali… i nic z tego nie wynikło. Bo fundamentalnie nie potrafimy zapobiegać. Jeżeli jest coś, w czym jesteśmy naprawdę dobrzy – to we wszechstronnym i całościowym ignorowaniu problemów, póki one nie wybuchną. Choćby były nie wiem jak palące i nabrzmiałe, to póki nie pękną, nie przeleją się i nie eksplodują – to za nic nas do niczego nie zmuszą. Jesteśmy gatunkiem, który dużo lepiej sobie radzi w podnoszeniu ze zgliszcz, niż w zapobieganiu pożarom.

I to właśnie trzeba zmienić, to jest ta skóra, którą musimy zrzucić. Sęk oczywiście w tym, że za bardzo nie wiadomo, jak to zrobić. To pytanie zawiśnie nieuchronnie w powietrzu – ale też nikt nam nie obiecywał, że wszystko będzie różowe. Czy chociaż, że ten „Myślnik” będzie czysto optymistyczny.

*

2 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.