O zachowaniu na Facebooku: zaproszenia

Dawno temu, w tych odległych czasach, w których istniały kafejki internetowe, a gwiazdki Unii Europejskiej świeciły dużo jaśniejszym światłem niż dzisiaj, istniało coś takiego jak netykieta. Netykieta, czyli umowny zbiór zasad zachowania się w internecie, miała być czymś w rodzaju przeniesienia ideologii savoir-vivre do komputera. Oczywiście, w jakimś sensie netykieta istnieje i dzisiaj, ale samo słowo jest już przebrzmiałe, nie słyszy się go za często, jest już ono trochę pamiątką z innej epoki. Z epoki wczesnej posttransformacji, kiedy wszystko było młode i kiedy wciąż nam się wydawało, że Wielki Świat jest tuż zaraz za rogiem, Wielki Świat, do którego mieliśmy się dostosować, a który obiecywał równość i wolność w wersji online.

Ile z tej równości i wolności dzisiaj zostało – to widzi każdy, kto ma dostęp do sieci. Z nadziei na cybernetyczny egalitaryzm zostało tyle, że cyfrowy wpierdol, który kiedyś dostalibyśmy od mietrucha78, dziuni27 albo inby_1000, dzisiaj dostaniemy od półznajomych występujących z otwartą przyłbicą pod imieniem i profilówką. Z nadziei na pluralizm i otwarty dostęp do wiedzy zostało tyle, że potworzyły się bańki postprawd, które nie tylko się wzajemnie nie uznają, ale wręcz nie znoszą myśli o wzajemnym istnieniu. Słowem, zgoda, żyjemy w przyszłości, ale niestety nie w tej, o której myśleliśmy, kiedy po raz pierwszy przełączaliśmy modem na ON. Jeśli jednak w tym świecie nieco wyblakłej utopii czułbym jeszcze siłę wojować przeciwko rozkładowi jakiegoś obyczaju – to byłyby to zaproszenia wysyłane przez fejsbuka.

Ogólnie rzecz biorąc, fejsbuk to prawdopodobnie najbardziej ambiwalentne dzieło rąk ludzkich ever. Bo jak inaczej opisać coś, co spójnie łączy ze sobą najzupełniej sprzeczne elementy, z jednej strony wyniszczające psychicznie zjawisko newsfeedu, a z drugiej komunikator messenger – jeden z najwspanialszych wynalazków ludzkości, zaraz obok arystotelejskiej logiki, pigułki antykoncepcyjnej i ściereczki Domol. Ale właśnie jako to apogeum ambiwalencji fejsbuk szczególnie się domaga choćby iluzji savoir-vivre’u.

Co z fejsbukiem jest nie tak? Jak to zwykle, z samą technologią nic nie jest nie tak, natomiast wiele jest nie tak z tym jak ją stosujemy. W pewnym momencie ogarnęło nas bowiem lenistwo i uznaliśmy, że jeśli chcemy kogoś gdzieś albo na coś zaprosić, to wystarczy jej/mu wysłać zaproszenie do wydarzenia na fejsbuku. Tylko że nie wystarczy!

Gdybym więc miał toczyć wojenkę o jakieś apele, to byłby to apel o to, że jeśli realnie zależy nam na kimś i jeśli naprawdę chcemy kogoś gdzieś zaprosić, to nie wystarczy zaprosić do wydarzenia – trzeba jednak zainwestować w esemesa albo w maila. Albo w priva na jakimkolwiek komunikatorze. Naprawdę, w dzisiejszych czasach wysłanie nawet stu jednobrzmiących zaproszeń to nie jest jakiś duży problem. Jeśli chcemy kogoś nie byle odkliknąć, ale realnie zależy nam czyjejś obecności, to zaprawdę powiadam Wam – zadbajmy o to, że skontaktować się również przez jakieś medium one-on-one. Oto nowy dekalog dobrego wychowania, paragraf pierwszy, punkt pierwszy. Obowiązuje każdą i każdego.

Przyczyna ku temu jest prosta i nie jest nią bynajmniej jakiś fałszywie rozumiany arystokratyzm, czy małostkowa niechęć do nowych mediów. Przyczyna jest najściślej praktyczna: tego wszystkiego co się wylewa z social mediów jest po prostu za dużo. Jeżeli masz, powiedzmy, siedmiuset znajomych (co nie jest jakąś wygórowaną liczbą w epoce tindera) i każdy z nich zorganizuje jakieś wydarzenie raz na pół roku, to się to przekłada na średnio trzydzieści zaproszeń tygodniowo. Dużo za dużo, żeby to ogarnąć.

Ale ilość to jedna sprawa. Druga sprawa to nazewnictwo i ogólnie, fakt, że wydarzenia na fejsbuku poza stroną logistyczną mają też pewien wymiar, by tak rzec, performatywny. Strona wydarzenia rzadko jest nagim życiem i gołą informacją – na ogół w mniej lub bardziej udany sposób przekazuje też, nazwą i wyglądem, podprogowe a nadprogramowe informacje o charakterze imprezy. I bardzo dobrze! Niemniej, tu właśnie rodzi się problem. Bo dopóki informacja o wydarzeniu zaczyna się od where&when, a sama nazwa jest nudna i jednoznaczna, na przykład „Urodziny Alicji”, albo „Paktofonika – koncert”, to wszystko jest pod kontrolą. Najczęściej jednak z okienka wyskakuje nam cała masa informacji, które trudno rozszyfrować. I w połączeniu z punktem pierwszym, to znaczy z ilością zaproszeń, które otrzymuje statystyczny fejsbukowicz, dostajemy tutaj gąszcz, w który trzeba się głęboko wklikać, żeby zrozumieć nawet nie tyle kto i na co nas zaprasza, ale o co w ogóle kaman.

Nie jesteś jeszcze, Czytelniku, przekonany? A więc przejdźmy do części warsztatowej. Wyobraź sobie, że wchodzisz na fejsbuka i wyświetla Ci się tam takie oto kombo zaproszeń na następujące wydarzenia:

Dom, którego nie ma
Sam sobie napiszę
Nieaktualne!!! Pchełka już ma dom
Zgęstka 3.0
Treki wiąż
Chcemy Ubera w Radomiu
Tęsknię teledysk
UWAGA – fajna para szuka pokoju!
Czeska środa
Polacy protestują przeciwko Polakom protestującym w imieniu wszystkich Polaków
Niebanalny trójkąt urodzinowy
NIE dla fanatyków na UAM
Mercedes w124, 3.0 TD 1992r. Automat SPRZEDAM
Po miłości kres tribute to Cohen
Koniec rejestracji na festiwal
Stop wałkom w ratuszu
Ostatnie podrygi ostryg
Kurs na rzeczy
BURZA PILAWA
25×3+28
Przełożone ze względu na niekorzystny stan wody
Sylwester z Andrzejem Dudą
Uwolnić Barabasza!

Ile czasu zajmie Ci połapanie się o co w tym wszystkim chodzi i co jest ważne, a co nie? Dużo. Myślę, że za dużo. Mam nadzieję, że to wystarczająco dowodzi tego, co chcę powiedzieć. Że jeżeli gdzieś albo na coś zapraszasz bliźniego swego, to masz moralny obowiązek zaprosić ją/jego przez jakąś wiadomość prywatną. Choćby najzwięźlej. Choćby przeklejką. Ale musi to być coś wysłane do tej osoby konkretnie – samo zaproszenie na fejsbuku nie daje Ci prawa twierdzić, że zadbałeś by tę osobę zaprosić. Amen!

*

 

Jeden komentarz

  1. Też uważam, że zaproszenia na Facebooku są rakiem na (potencjalnie) zdrowej tkance stosunków międzyludzkich.

    A z innej beczki, nie myślałeś o dodaniu Disqusa do bloga?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.