Parenting metodą Muminków (II) : czwarty trymestr

Kontynuacja sławnego tekstu o ciąży i oczekiwaniu na narodziny. Dzisiaj opowiadamy od porodu po trzeci miesiąc życia Waszego Adasia lub Zosi. Wszystko czego chcecie, ale trochę boicie się dowiedzieć.

PRZEDPORODZIE, PORÓD, PO PORODZIE

1. Jak to się mówi: oczekiwanie na poród jest jak czekanie na lotnisku, z tym, że ani nie wiemy, kiedy jest przylot, ani na kogo czekamy.

2. A pierwszy debunk jest taki, że podstawowym problemem z porodem jest zdążyć do szpitala. Ale nie jest. A przynajmniej rzadko jest, a szczególnie rzadko przy pierwszym dziecku. Z jakiegoś powodu kultura podsuwa nam całe mnóstwo mylących obrazów: wszystkie te samochody rozpaczliwie pędzące do szpitala, wszystkie te porody w taksówkach. Jak to zwykle bywa: kultura masowa i stereotyp po prostu kłamią. Takie sytuacje zdarzają się (przy pierwszym dziecku) bardzo rzadko.

Dużo większym problemem jest sprawa odwrotna: co zrobić gdy poród się opóźnia. Jest to problem w tym sensie, że – co ciekawe – ani szkoła rodzenia, ani internety Was na to nie przygotują. A jest to sytuacja trochę matriksopodobna: termin mija, chodzicie sobie to tu, to tam i trochę nie wiadomo co dalej. System nie do końca na coś takiego jest przygotowany, a już na pewno łatwo wpaść w sytuację, w której kompletnie nieprzygotowanie będziecie Wy.

Co robić, kiedy termin mija, a nic się nie dzieje? To jest naturalne, więc naturalne jest też pytanie, co właściwie z tym począć? Od kiedy trzeba być pod stałą kontrolą? Jak długo jest to bezpieczne? A co w sytuacji, gdy pieczołowity plan się sypie, bo w wybranym szpitalu nie ma miejsc dla ciąż „dochodzących”? No i lekarze: jedni mówią, że „wie pani, trzeba być rozsądnym” i sugerują, że trzeba się już położyć, ale tylko między słowami, a poza tym nie wiadomo gdzie, bo nie ma wolnych łóżek. A jutro będzie inny lekarz, który się skrzywi i powie, że nic złego się przecież nie dzieje, więc po co zajmować miejsce, które przyda się komuś bardziej potrzebującemu? Generalnie, na początku jest matriks.

3. Nie jest chyba najsensowniejszą strategią spodziewać się orgazmicznego, joga-slasz-zen porodu, który będzie Bóg wie jakim przeżyciem mistycznym. Poród nie jest najlepszą chwilą, żeby potwierdzać i udowadniać swój stosunek do życia. Na mistykę może nie starczyć czasu i uwagi, zwłaszcza w Polsce. Lepiej nastawić się bojowo. Na walkę, jeśli nie z ludzką cielesnością, to z logistyką. I tak jak pierwsze często przebije samo siebie, tak drugie (zwłaszcza w Polsce), nigdy nie poskąpi fakapu i przypału. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli poród przejdziecie jako tako i wszyscy w miarę przeżyją, to trzeba być wdzięcznym, bo antypody są blisko.

4. Tak więc, miękko i delikatnie nie polecałbym wyrafinowanych oczekiwań ideowych. Ale: poród może być bardzo podbudowującym doświadczeniem praktycznym. Że da się ze wsparciem bliskiej osoby i dobrego personelu zrobić coś niezwykłego, coś, co nie jest samą przyjemnością, ale, jeśli wszystko pójdzie w miarę gładko, można mieć to poczucie, że się było razem i dzielnie to zrobiło. I to jest chyba ważniejsze i bardziej rokujące na przyszłość niż te sprawy okołozeniczne z kolorowych czasopism.

5. Szpital św. Zofii w Warszawie, ogłoszenie na ścianie (wisi na prawie ogólnodostępnym korytarzu, więc zakładam, że można je upubliczniać). Średni koszt jednego porodu to około 3500 PLN. Szpital dostaje z NFZ ryczałt 2000 PLN za poród. Myśl i skojarz. Na pewne rzeczy w naszej prorodzinnej Polsce pieniądze są, a na niektórych możemy sobie pozwolić, żeby oszczędzać. Jesteśmy widać bardzo bogatym krajem!

NIEMOWLĘ NOSZENIAKÓW

6. Ciąża nie kończy się na porodzie – pierwsze trzy miesiące życia Adasia/Zosi to właśnie czwarty trymestr, tyle, że poza ciałem matki. Ale czy faktycznie poza? Czwarty trymestr to czas, kiedy różne rzeczy kończą się jeszcze formować i układać w dziecku, wiele się w nim jeszcze domyka i poprawia. W czwartym trymestrze dziecko jest w stanie żyć wyłącznie na mleku matki, bez żadnego pokarmu zewnętrznego, czy choćby wody. Trudno powiedzieć jak dokładnie widzi i słyszy, ale z łatwością umie całkowicie wyłączać kontakt ze światem zewnętrznym (jeżeli w ogóle kojarzy, że coś tak abstrakcyjnego i odległego jak “świat zewnętrzny” w ogóle istnieje). Jeśli mama albo tata przytulają, to żadna inba niestraszna, można je zabierać na koncerty, w głośne miejsca, wszędzie. Można oglądać z nim „Narcos” ([salsa music blares, sudden gunfire]) i będzie przy nim dobrze zasypiać. Adaś/Zosia po prostu cały czas myśli, że jest jeszcze w brzuchu mamy

7. A dlaczego niemowlę noszeniaków? To się wzięło z wątpliwości ile nosić dziecko na rękach. Wiadomo, że noszenie uspokaja. Niektórzy (hello, Internet!) jednak ostrzegają, że za dużo noszenia to niezdrowo, a konkretnie, że dziecko nadmiernie noszone się do tego noszenia się przyzwyczaja i nie da się go później odłożyć bez płaczu. (Świetlicki cierpi na vatentia senilis, a dziecku może się przydarzyć nastrój nieodkładalny). To jest chyba jednak nieprawda: dziecka nie da się nosić zbyt dużo, bo czwarty trymestr. Adaś/Zosia jest przyzwyczajona do bycia przytulonym w brzuchu mamy, noszenie i kołysanie jest dla niej stanem normalnym. Tak jak jest dla niej normalny lęk, że rodzice porzucą niemowlę, zmieniając obozowisko. Niemowlę lubi być noszone i nie da się go nosić zbyt dużo – nie da się go tutaj rozpieścić.

8. A skoro noszeniaków to i chusty. Tutaj, niestety, wkraczamy na grząski teren. Chusty są super… ale. Jest niestety trochę ale. Przede wszystkim włożenie dziecka do chusty jest po prostu trudne. To znaczy może jest łatwe, jak się już tego nauczycie, ale w punkcie wyjścia jest trudne. Robi się to to niby punkt po punkcie, ale jest to raczej sztuka niż procedura, więcej, jest to sztuka wymagająca sporych zdolności manualnych, wyczucia i różnych takich rzeczy, które dostaje się na loterii urodzenia i których trudno się ot tak nauczyć. Wiecie o co chodzi: są na świecie rzeczy, które trzeba robić zawsze na wyczucie i są rzeczy, które robią „klik” i już jest z głowy – potwierdzają, że wszystko śmiga. I są też ludzie, którzy bardzo nie lubią rzeczy, które „klik” nie robią. Jeśli to właśnie wy – to z chustą możecie mieć problem.

Ponadto, chusta jest jednak mało uniwersalna: nie jest odpowiedzią na wszystko. Po domu można jej używać, ale poza domem to głównie spacery latem. Jest dość niepraktyczna zimą i jest dość niepraktyczna przy podróżach samochodem, bo wąskim gardłem jest jej wiązanie – a trzeba by na nowo wiązać po każdej, choć najkrótszej podróży. No i na koniec: Adaś/Zosia mogą po prostu motania w chuście nie lubić. Ta operacja wymaga  specyficznego ułożenia ciała, które może się jemu/jej po prostu nie podobać, a z tym już trudno cokolwiek zrobić. Ale w górę serca: od ~6 miesiąca można nosić Adasia/Zosię/Klarę w nosidle:

(źródło)

9. Pojawienie się Adasia/Zosi sprawia, owszem, że jest trochę inaczej… ale inaczej-inaczej. To nie jest to „inaczej”, o którym Wam mówiono. To jest inne „inaczej”.

10. Ale szok i rewolucja są mniejsze niż się można spodziewać. To, czego się nasłuchacie i naczytacie w czasie ciąży, robi swoje i później jest już zaskakująco łatwo. Chociaż nie bez warunków brzegowych tutaj: jeśli macie po dwadzieścia lat, to ten punkt się nie stosuje. Oraz nie stosuje się jeśli Adaś/Zosia nie była – odpukać – chciana i planowana. Oraz jeśli pojawia się w związku, w którym, heh, w którym w punkcie wyjścia nie jest zbyt dobrze. Generalnie to jest tak, że nie zaskakuje nas postawa Sokratesa wobec śmierci, bo ona bardzo naturalnie wypływa z jego stosunku do życia. Nie zaskakuje nas jak Donald Trump powie, że przespałby się z własną córką, albo coś równie strasznego, bo to jest logiczną konsekwencją tego, jak on wygląda i kim jest. I tutaj tak samo: Adaś/Zosia mogą być bardzo naturalną konsekwencją Waszej miłości. I w tym sensie nie ma zaskoczeń, jest wdzięczność.

KONFRONTACJE

11. Pojawienie się Adasia/Zosi oznacza znacznie większą niż dotąd konfrontację z systemem. Co to znaczy? Cóż, niewątpliwie żyją wśród nas pasjonaci hipochondrii, biurokracji, czy wymiaru sprawiedliwości – i ja to szanuję. Nie mniej, większość z nas raczej i miarę możliwości unika kontaktów z lekarzami, papierkami i tym podobnymi spawami. I to się może udawać całkiem dobrze… dopóki nie ma Adasia/Zosi. Ich pojawienie się oznacza, że częstotliwość kontroli, załatwiań etc. wzrasta bez mała dziesięciokrotnie. Przed konfrontacją z systemem trudno już uciec – trzeba dilować z tym co jest.

12. I jeśli chodzi o konfrontacje lekarskie to cóż, nie jest dobrze politycznie jeśli one wypadną Wam np. w apogeum strajku lekarzy rezydentów. Dlaczego? Bo jest oczywiście słuszne, pożądane i zbawienne, żeby lekarze zarabiali więcej, pracą byli obciążeni mniej i żeby służba zdrowia była solidnie dofinansowana. Tak jest. Natomiast najłatwiej jest wspierać służbę zdrowia z oddali. Kontakty z polskimi lekarzami (niektórymi!), a szczególnie ich (niektórych!) umiejętności komunikacyjne sprawiają, że bardzo eroduje chęć by stać po ich stronie.

13. Pierwsze dni życia dziecka to prawdziwa kaskada interakcji z medycyną: dziecko jest osłuchiwane i opukiwane z definicji i ze wszystkich stron. Sto rzeczy trzeba sprawdzić i wpisać do karty. I tutaj się zaczyna problem, który dorzuca swoją cegiełkę (czytaj: worek cegieł) do ogólnego poczucia, że doświadczenie pierwszych dni jest huśtawką wysokiej amplitudy. Poród bywa bowiem łatwiejszy lub trudniejszy, ale w większości wypadków przychodzi na świat ogólnie zdrowe dziecko. Zacny, różowy lub blady, płaczący bobasik, generalnie cud natury. Ale potem szybko wchodzi wrażenie, że droga stąd już tylko w dół, a kontakt twarzą w twarz z rodzicami dziecku tylko szkodzi. A młoda matka w szpitalu staje pod pręgieżem norm i tabelek.

14. Ten poporodowy czas w szpitalu to zarazem czas, w którym obowiązkowo okazuje się, że to czy tamto z dzieckiem nie jest idealnie. Bo nigdy nie jest idealnie, a diagnostyka jest już naprawdę wysoko postawiona – dajcie mi człowieka, a zdiagnozuję mu coś. I to potrafi zbić z pantałyku, zwłaszcza jeśli rozdzielczość diagnostyczna nie idzie w parze (a w Polsce niemal nigdy nie idzie) z wrażliwością komunikacyjną i umiejętnością rozmowy.

15. Najciekawsze, że do tego wszystkiego nie potrzeba nawet diagnoz i lekarzy. Wystarczy natura. Dziecko się rodzi i to jest bigly super, ale zaraz potem zaczynają się nieuniknione schody o wyższych lub niższych stopniach. I to jest dość podstępne: nie zdążyliście się jeszcze nacieszyć, jak wspaniała ona jest, a tutaj już, że trądzik, że wysypka,  że coś. Najpierw jest piękne, rumiane dziecko, które ma dużo punktów na skali, a potem jest tylko gorzej i niedoświadczonym rodzicom (a przy pierwszym dziecku, każdy jest niedoświadczony) bardzo trudno jest połapać się, co jest groźne, a co nie, co jest wynikiem ich błędu, a co nie.

16. Na Mistrzostwach Świata w Londynie (2017) Mo Farah zdobył złoty medal na 10 000 m i srebrny na 5 000 m. Mówił później, że przegrał ten drugi wyścig dlatego, że bieg na 10 kilometrów kosztował go więcej sił niż przypuszczał – the 10k took more out of me than I thought. Na froncie dziecięcym jest podobnie i trzeba na to uważać. Dziecko pozwala sięgnąć głęboko do rezerw siły i energii (psychicznej raczej niż fizycznej), ale trzeba na to uważać: nie można się łudzić, że damy rady funkcjonować na wysoko-głębokich obrotach przez cały czas. Kiedy napięcie spada okazuje się nagle, że wszystko kosztowało nas dużo więcej energii niż myśleliśmy.

OTWARCIA RÓŻNE

17. Dwie ciekawostki o karmieniu piersią. Pierwsza: tak naprawdę to jest nie tyle “karmienie” co odżywianie doustną kroplówką. Adaś/Zosia nie je ciał roślin i zwierząt, dostaje za to idealnie spreparowany, w pełni pasujący do jej potrzeb preparat. Mówi się, że największym naszym polem styczności ze światem zewnętrznym jest układ pokarmowy i to co jemy. Ale nie u niemowlęcia noszeniaków: to mama je, to ona trawi, przekształca w krew, a potem w mleko – i dopiero wtedy trafia to wszystko do Adasia/Zosi.

18. Ciekawostka druga: dziecko przez pół roku może nie wziąć do ust nie innego niż mleko mamy. Niby nic, ale jednak coś.

19. “Równość ludzi to historyczny przypadek” pisał S.J. Gould. O co chodzi? O to, że wszystkie nasze problemy z zaprowadzeniem realnej, społeczno-politycznej równości między ludźmi i tak rozgrywają się w superłatwych warunkach, w których, biologicznie rzecz biorąc, ludzie są identyczni, bo nie ma już neandertalczyka, Homo erectus, ani tych hobbitów z Jawy (jej, ale to ostatnie jest niesamowite! chciałbym o tym kiedyś osobno napisać – czy da się w ogóle przeczytać te podrozdziały „recent survival” i „Ebu Gogo” bez gęsiej skórki?). Przyswojenie, zrozumienie i pełne wdrożenie tej szalonej idei, że all people are equal jest projektem, który ciągle nas przerasta, mimo, że biologia rzuciła nam strasznie łatwą piłkę, w której inne gatunki z rządu człowiekowatych zniknęły ze sceny, zanim myśmy zaczęli jako tako cokolwiek ogarniać. Różne kolory skóry różnych ludzi i tak nas przerastają: co by było gdybyśmy się musieli mierzyć z tym, że niektórzy mają inną budowę ciała, inni wzrost i są realnie odrbębnym gatunkiem? No właśnie.

To rezonuje z sytuacją rodzicielską: rodzice są równi i partnerscy, ale zarazem nie są. Trudno zapomnieć o pewnych podziałach biologicznych, począwszy od rzeczy oczywistych, takich choćby jak ta, że to mama karmi Adasia/Zosię, co buduje więź zupełnie innego typu i na innych zasadach niż więź z tatą. Ale są przecież i rzeczy subtelniejsze, takie choćby, że mamę nocne buszowanie Adasia/Zosi obudzi nieporównanie łatwiej niż tatę. I to ostatnie jest może najlepszym przykładem: bo nie da się przecież podjąć na jawie decyzji, że będę uważniej spać i łatwiej się budzić.

I – oczywiście – cała waga sytuacji w tym, żeby umieć podejść na poważnie i ani tych różnic małostkowo nie przemilczać, ani też nie dowodzić, że nie istnieją. A zamiast tego starać się robić swoje, po partnersku, i tak.

RODZICIELSTWO TO INNI

20. Żadna to nowość, ale trzeba powiedzieć: jest coś absolutnie patologicznego w radykalizacji obu stron sporu o karmienie piersią. I ta dziewczyna, która karmi, i ta, która nie karmi, obie po równi mają wielką szansę (czy raczej antyszansę) paść ofiarą szaleńczej presji, że robi źle. Znaczy, w ogóle każdy rodzic w każdej sytuacji i przy każdej decyzji ma wielką szansą paść tego ofiarą, ale kobieta w temacie karmienia: szczególnie. To jest o tyle ciekawe, że tak na zdrowy rozum i chłopską logikę ciężko to w ogóle uzasadnić: dlaczego akurat karmienie piersią taka kontrowersja otacza? Ale otacza. Generalnie, ludzie totalnie nie kumają, ze są „rożni ludzie, różne potrzeby, różne zestawy panvitan” i ze jedna kobieta karmi piersią, a druga nie karmi.

21. I szerzej. Było już o tym w pierwszej części, ale to jest tak charakterystyczne, że trzeba powtórzyć i tu. Dostaniecie mnóstwo rad od różnych ludzi. Niektóre użyteczne, niektóre mniej. Niektóre bierno-agresywne, niektóre otwarcie agresywne. A większość z nich, szczególnie tych, które dostaniecie od innych matek (zwłaszcza tych starszego pokolenia) to bezlitosne uogólnienia ich własnego doświadczenia. I racjonalizacje własnych decyzji – podszyte mocnym lękiem, że dzisiaj się okaże, że one kiedyś coś zrobiły źle.

22. Bo tak bardzo często już jest, że te kobiety, które doświadczenie macierzyństwa mają już za sobą, są nader chętne, żeby na podstawie anegdotyczno-szczątkowych informacji oceniać – krytycznie! – zachowania macierzyńskiej innych. Oceniać i krytykować, albo przynajmniej dawać do zrozumienia, że istnieje tylko jeden jedyny, jedynie słuszny sposób zajmowania się dzieckiem i jeśli ktoś robi inaczej, albo chociaż ma wątpliwości, to jest źle.

Wydaje się, że sprawy ciąży, porodu i macierzyństwa, są masowo a fundamentalnie nieprzepracowane. Każda dziewczyna przechodzi przez nie z mniejszymi lub większymi kłopotami i każda ma doświadczenie, że się wstydziła, czy nie wiedziała. Ale potem się jakoś ułożyło i stąd już prosta droga do wyparcia i zasklepienia. I potem z tej zasklepionej pozycji, w której sprawy trudne są z definicji tabu, przelewamy własne wątpliwości na innych rodziców – krytykując ich natrętnie i niepotrzebnie.

23. Trzecia strona medalu: pojawienie się Adasia/Zosi to duży reset w sprawach międzyludzkich. Niektóre relacje wchodzą na zupełnie nowe tory i obroty, niektóre gasną. Ale bardzo wiele się rozkręca na nowo: niech Was nie zdziwi, jeśli odezwie się do Was z gratulacjami koleżanka z podstawówki, z którą nie rozmawialiście przez literalnie dwie dekady (Magdo – pozdrawiam!). To jest naprawdę bardzo nowe otwarcie. I bardzo dobrze.

SZCZEPIONKI I HOCHSZTAPLERZY

24. Paradoksalnie, im więcej konfrontacji ze służbą zdrowia, tym łatwiej zrozumieć skąd się bierze altmed. Bo nie byłoby przecież hochsztaplerów, antyszczepionkowców i innych, gdyby kontakt z lekarzami (tymi legitnymi, dr. med., „zachodnia medycyna” itd.) polegał na tym, że dostajesz szybki termin wizyty, a potem klarowną i spójną diagnozę.

Gdyby była jasna i czysta alternatywa, że  medycyna mówi, że jest tak a tak, a alternatywą jest leczyć się czosnkiem, to by nikt tego czosnku nie tykał. Problem w tym, że terminy to jedno, ale ponadto dostajesz rozbieżne diagnozy. I nie mówią tu o jakiś ekstremalnych przypadkach nieznanych chorób, których nikt nie umie zdiagnozować. Nie. Chodzi o banalność zła medycznej codzienności i głęboką polską nieumiejętność komunikowania się i brak w ogóle zrozumienia jak ważna jest komunikacja  (reklama: będzie o tym w mojej nowej książce). Jeden lekarz mówi to, drugi tamto. Albo jeszcze gorzej – and this is true, jak mawia, John Oliver – w jednym i tym samym szpitalu zrobią Wam jedno badanie, którego wyniki jeden lekarz przedstawi w jeden sposób, drugi inaczej, a w wypisie będzie jeszcze coś innego. Serio. I nie mówię tu o ulotnej interpretacji, ale że literalnie, w epikryzie coś jest napisane, a różni lekarze tylko różne fragmenty Wam przeczytają. Generalnie, wodozmózgizm postępujący. I od razu człowiek jakoś łapie o co chodzi z tymi wszystkimi medycynami alternatywnymi: one mamią nie tylko ratunkiem w przypadkach beznadziejnych, ale też konkretem i autorytetem, który medycyna prawdziwa czasem sobie sama odbiera.

25. Szczepionki. Przychodzicie do tej przychodni, a tam ściany obwieszone bigfarmą i Nestle, która zasłynęła tym, że chciała prywatyzować wodę. Przez każdą szczelinę gabinetu wciskają się ogłoszenia, nachalne reklamy chorób, na które tylko ta jedna, szczepionka ze jedyne 599 PLN pomoże. Bo przecież kochasz swoje dziecko i nie chcesz oszczędzać na jego zdrowiu, prawda?

I to właśnie powinno być zakazane. Za dużo opcji szczepionkowych do wyboru to woda z mózgu i na młyn antyszczepionkowców. Szczepionki to powinna być jedna państwowa procedura dla wszystkich, bez przestrzeni na indywidualne decyzje i samodzielne manewry. Coś jak prawo jazdy (no, poza tym, że prawo jazdy nie jest obowiązkowe), które jest takim samym dokumentem dla wszystkich i nie ma żadnej gadki, że jak zapłacisz piencet złoty więcej, to masz bonusowe opcje, że możesz jeździć 70 km/h w zabudowanym, albo do pełnego promila.

PARĘ UWAG POZA MAINSTREAMEM

26. A teraz parę rzeczy z offu (kto chce czuć się bezpiecznie w swoim radykalnym centrum, może opuścić tę część). Czy jest sens mówić Adasiowi/Zosi, że jest najwspanialsza, najlepsza, najpiękniejsza na świecie? W sensie, czy to “naj” jest naprawdę potrzebne? Chyba nie. Choćby dlatego, że to przecież nieprawda. Nikt nie ma “naj” dziecka na świecie, bo ono nie istnieje i nie da się tego w żaden sposób zmierzyć. Te werbalne konkursy Miss i starcia o rekordy IQ nikomu nie służą, a na pewno nie Adasiowi/Zosi. Przyzwyczajają ją za to do drobnych kłamstewek, do kultury ściemniania i rywalizacji, i od maleńkości pompują w maleńką główkę, że w życiu głównie o to chodzi, żeby być naj- na jakimś polu. A przecież chyba nie po to chcieliście mieć Adasia/Zosię, prawda?

27. Odruchowo też mówimy Adasiowi/Zosi, że jest piękna i grzeczna. Zwłaszcza Zosi tak powiemy, prawda? I to jest też pułapka. Podkreślanie piękna jest o tyle zrozumiałe, że tak jak czarna dziura nie ma włosów, tak noworodek jest niejako człowiekiem bez właściwości – nie ma ulubionych lektur, poglądów politycznych, ani anegdotek do opowiedzenia. Noworodki sa jak porty: wszystkie są takie same. I faktycznie, jedyne co można o nim powiedzieć, to że jest piękny/brzydki, tudzież że dużo albo mało płacze. Więc walimy po taniości i małej linii oporu tę mantrę, że grzeczne, że śliczne, etc. Ale to jest śliski kierunek. Bo w życiu – zwłaszcza w życiu małej Zosi – nie o to będzie chodzić, żeby podobać się innym i żeby bez szemrania i własnego zdania podporządkowywać się oczekiwaniom.

28. I jeszcze jedno: zwróć(i)cie, że wszyscy, począwszy pod położnych i pielęgniarek, a na rodzinie i znajomych kończąc, mają tendencję, żeby mówić, że “Adaś/Zosia jest podobna do ojca”. O podobieństwie do matki wspomina się jakiś milion razy rzadziej – tendencja jest ewidentna. No i jest to trochę creepy, jak sobie uświadomicie darwinowsko-kulturowy sens tych wypowiedzi. Z tymi wszystkimi sugestiami i wątpliwościami, że wszyscy musimy przekonać ojca, że to właśnie on jest ojcem – bleee…

VARIA DALSZE

29. Bale i lokale: jest bardzo dużo miejsc na mieście (tzn. w Warszawie), które są perfekt przystosowane do dzieci. W szczególności, jeśli miejsca stylizują się na „fajną klubokawiarnię”, robioną przez „ludzi z pasją” – to bardzo dobrze rokuje. Gorzej jak miejsce jest już starsze albo sieciówką: wtedy bywa mocno różnie. Zdarza się, że jest wielkoświatowa sieć kawiarni , w której wszystko jest na tip-top i Ameryka… a łazienka wygląda jak śmierć, tzn. nie tylko nie ma przewijaka, ale jest też cholernie zimno (w Polsce często się oszczędza na ogrzewaniu, ale na ogrzewaniu łazienek najbardziej często) i panuje klimat w stylu niski brutalizm i goły beton. Na tym polu mały tryumf lokalnej inicjatywy nad wielkim kapitałem.

30. Ogólnie to: LUDZIE OGARNIJCIE SIĘ JEST WIEK DWUDZIESTY PIERWSZY A NIE SIEDEMNASTY JAK GDZIEŚ JEST UBIKACJA TO MUSI BYĆ PRZEWIJAK – NO JAK NIE MA TO SIĘ NIE DZIWCIE ŻE RODZICE PRZEWIJAJĄ PRZY LUDZIACH, Z TEJ PRZYCZYNY, ŻE MUSZĄ, Z DZIECKIEM NIE WYJDZIESZ OT TAK NA MRÓZ EXCLAMATION POINT EXCLAMATION POINT JEDEN JEDEN JEDENAŚCIE

31. Ale kapitał kontratakuje na froncie meblarskim. Bo: Ikea i tylko Ikea. Nigdy nie kupujcie żadnych mebli do samodzielnego składania gdzie indziej niż w Ikei. W ogóle, najlepiej nie kupujcie niczego poza Ikeą. Chyba, że macie pasję majsterkowicza, samoupupiającą się osobowość (byłem, sprawdziłem, wy już nie musicie), no i nadmiar czasu.

32. Ciekawa rzecz jest taka, że w czasie czwartego trymestru dziecko zmienia się ogromnie, od niewyparzonego jeszcze noworodka, do trzymiesięcznego bobasa – różnica jest kosmiczna. Ale: trudno ją uchwycić w twardych krokach. Trzymiesięczne dziecko, tak samo jak trzydniowe, ciągle jeszcze nie wiąże sznurówek, nie mówi pełnymi zdaniami i nie liczy z przekroczeniem progu dziesiątkowego. Zmiany są w umiejętnościach miękkich, koordynacyjnych, ale i tak są gigantyczne.

33. Z niemowlęciem czas płynie inaczej . Generalnie, płynie szybciej – ciągle się łapiecie na tym, że jest już później niż się wydawało (w kalendarzu, nie w życiu). Czemu tak? Bo jest więcej rzeczy do ogarnięcia, oczywiście. Ale nie tylko. Paradoksalnie, kiedy pojawia się Adaś/Zosia, czas zaczyna płynąć zarazem bardziej monotonnie, jak i bardziej wielotorowo. Monotonnie, bo rzeczy do zrobienia przy małym dziecku są dość powtarzalne, co ten czas zbija w jeden filc, który znika nie wiadomo kiedy. Ale i bardziej wielotorowo, bo jest więcej płaszczyzn do ogarnięcia. Konsekwencja w drążeniu jednego tematu staje się konsekwencją w obskakiwaniu kilku po kolei, a kiedy jesteśmy przy jednym, to nie myślimy o innych. I kiedy zrobimy pełną rundę i wracamy do tematu początkowego, to zawsze będziemy zdziwieni jak dawno się nad nim nie nachylaliśmy.

34. „Ciążowy mózg” trwa całe życie, a przynajmniej przez czwarty trymestr. Rzeczy dużo łatwiej wylatują z głowy, łatwiej czegoś zaniedbać, o czymś zapomnieć. Życie staje się bardziej bieżące, improwizowane, wracamy do stałej wędrówki między ogniskami, które trzeba podsycać i pożarami, które trzeba gasić. Trzymanie wszystkiego w kupie staje się trudniejsze, a bardziej palące staje się pytanie, czy warto trzymać wszystko w garści.

Na poziomie trywialnym dzieje się tak dlatego, że człowiek jest bardziej obciążony, zmęczony. Ale na poziomie głębszym: bo zaczynamy działać bardziej pluralistycznie, bardziej wielopłaszczyznowo niż dotychczas. Uświadamiamy sobie, że iluzja kontroli, to nie była żadna kontrola, tylko dość małostkowe odcięcie się od całych płaszczyzn i wymiarów życia. Które teraz wracają, w wielkim stylu. I to przypomnienie o wielowymiarowości życia i świata jest cenną i szlachetną nauką.

35. Jak się nietrudno domyślić, praca w domu i dziecko w domu to mieszanka wstrząśnięta i wybuchowa. Praca w domu jest osobliwym mariażem akordu i prokrastynacji, który lubi otwarte przestrzenie dla zebrania myśli i zabrania się za coś. Przy niemowlu noszeniaków to jest o tyle trudniejsze, że „zawsze jest coś”. Trudność polega nie tylko na tym, że czasu do dyspozycji własnej jest obiektywnie mniej ale też na tym, że przychodzi on (czy raczej przydarza się) w innej formie, bez długich prostych, na których pełny bak i seria zielonych świateł. Czas jest bardziej poszatkowany. Nawet jeśli Adaś/Zosia jest w miarę spokojna (chwilowo albo w ogóle), to i tak ten czas, który macie, jest niebezpiecznie podatny na zaprzedanie go fejsbukowi – no bo trzy minuty tu, dwie godziny tam, znów kwadrans wtedy. Myślicie, że niemówl zasypia tylko na chwilę, więc sprawdzacie fejsa, on śpi godzinę, a wy nagle orientujecie się, że wciąż tępo skrolujecie, a przysłowiowo ambitnej lektury w rodzaju „Poszukiwanie straconego czasu” ciągle nie otworzyliście.

36. Śmieszno-niesamowita rzecz jest taka, że niemowlę robi mnóstwo rzeczy najzupełniej dorosłych, wplecionych w rzeczy czysto dziecięce. Ziewanie, przeciąganie się, miny – niektóre wyglądają jakby były najzupełniej świadome… trwa to sekundę czy dwie, po czym niemówl znów zapada w swoją niemowość i niemowlowatość.

37. Albo kiedy śpi. Adasiowi/Zosi ewidentnie coś się śni, czasami zaczyna się uśmiechać przez sen, czasami gwałtownie wierzgać, jakby się czegoś bała. Creepy element jest wtedy, jak się zastanowicie co właściwie jej się śni? W jej osobistej pamięci jest przecież wciąż za mało rzeczy, żeby mózg mógł je zmiksować w sny. Co więc się śni? Co ją straszy?  Cień nieznanych zwierząt poza kręgiem światła? Nagły dreszcz chłodu, kiedy słońce zapada na afrykańską sawanną? Z jakich w ogóle niewyobrażalnych przedświatów ona do nas przybywa?

38. Jak się pojawi Adaś/Zosia, to nagle dobitnie sobie uświadamiacie, że nasz świat jest już naprawdę zatomizowany i to przysłowie o wiosce, której potrzeba, żeby wychować dziecko, chwieje się mocniej niż kiedykolwiek. Jeżeli nie ma niemowlaka w Waszej najbliższej rodzinie, jeżeli nie pracujecie w przedszkolu, albo jako au-pair, to jest duża szansa, że nie zajmowaliście się nigdy żadnym dzieckiem – przed własnym. Generalnie, dopóki nie macie Adama/Zosi, to inne dzieci są jakby w oddali: niemowlaki to słodziaki, które pięknie wyglądają i z którymi inni ludzie mają jakieś niejasne problemy. I to daje ciekawe efekty, jak się już Adaś/Zosia urodzi. No punkt wyjścia możecie mieć zero, ale uczycie się hiperszybko. Pierwsze przepraszające przewijania sprawnie zmieniają się maszynę. Zarazem, nie da się uniknąć zaskoczeń, na pewno wydarzy się coś, czego żadna książka nie przewiduje. W szczególności, zaskakuje to tempo zmian, zwłaszcza w czwartym trymestrze. Nie ma się co przyzwyczajać, nic nie rozpływa się w powietrzu, bo nawet nie zdąży się zestalić. Dziś Adaś/Zosia śpi tyle i tak, a jutro kompletnie inaczej. Dzisiaj kciuk desperacko pcha do buzi, więc jejku, jejku, zgryz będzie mieć zniszczony, czy to jest normalne?… a tydzień później kciuk jest passé, za to siłowanie się z kocykiem – to jest dopiero radość!

39. Zawsze uważałem, że lista najwspanialszych wynalazków ludzkości składa się z jutuba, statku Apollo i ściereczki Domol. Praktyka pokazuje, że to podium trzeba rozszerzyć do czwórcy: bo są też pieluszki. Oczywiście jednorazowe (a wielorazowe? cóż, „mieszkaliśmy w jeziorze […] i nikt nie narzekał”), a najwspanialsze jest to, jak one się szczelnie trzymają. Niezła głowa to wymyśliła. Radykalne malfunkcje zdarzają się dużo rzadziej niż się wydaje, a jak się nawet zdarzą, to nie ma takiej kupy, która wytrzyma konfrontację ze strumieniem wrzącej wody bieżącej i mydła. Między nami, spoko.

40. Jak głosi dawna pieśń (bardzo polecam wrzucić tę nutę – będzie kiedyś więcej o niej): jesteś cudem świata. Jesteś posłańcem wiosny. Jesteś młodością roku.

*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.