Po co wolność?

Sukcesy ostatnich miesięcy spowodowały pewne opóźnienia w projekcie „Myślnik” – nie dlatego, że się on nie udał, dokładnie przeciwnie, dlatego że katapultował mnie do pisania i publikowania zupełnie nowych rzeczy. Przepraszam za tę przerwę. Chciałbym dziś położyć jej kres – wracam z blogiem z okazji święta stulecia niepodległości. Miałem okazję uczestniczyć w jednej z debat, którymi rocznica 11.11.2018 gęsto obrodziła. Debata była o wolności w różnych jej objawach i nieskromnie przyznam, że jestem zadowolony z krótkiego słowa wstępnego, które na niej wygłosiłem. Tak mi się ono spodobało, że pozwoliłem sobie je spisać, oto ono.

A więc pierwsze i podstawowe rozumienie wolności to rozumienie przedrozkminowe, codziennie, powiedziałbym, że zdroworozsądkowe rozumienie wolności. Jest to „wolność do” w najdosłowniejszym ujęciu – jestem wolny, jeżeli nie jestem w więzieniu, jeżeli mogę wsiąść w pociąg i pojechać do Gdańska, a nawet Berlina. Wolność robienia tego co się chce, podążania za pragnieniem, brak ograniczeń w życiu.

Trywialne, ale istotne. Istotne nie tylko dlatego, że wszelka głębsza refleksja nad wolnością zaczyna się wtedy, gdy zakwestionujemy to rozumienie zdroworozsądkowe, tudzież gdy przestanie nam ono wystarczać. Istotne jest również dlatego, że istnieje podkręcona i spotęgowana wersja podejścia zdroworozsądkowego, która jest szczególnie istotna dla nas, Polek i Polaków. Nazywam ją roboczo sarmackim rozumieniem wolności (credits to Michał Dobrzański, jak zwykle) – to jest jeden z rozdziałów planowanych w „21 polskich grzechach głównych”, który się ostatecznie w książce nie znalazł.

Skąd nazwa się wzięła, tego nie muszę tłumaczyć. Sarmackie rozumienie wolności to totalna i niczym nieskrępowana wolność do realizacji zachcianek i upodobań, alergia na wszelkie zakazy. Kiedyś się czyniło zajazd na Litwie, albo porywało pannę z dworu, a dzisiaj sobie jadę samochodem tak szybko jak mam na to ochotę, parkuję gdzie chcę i żadne przepisy mnie nie obowiązują. Jak jest zakaz, to mam go w poważaniu, jak jest płot to go muszę przeskoczyć, tylko po to, żeby nie zmarnowała się moja wolność i możliwość. Musi to na Rusi, a w Polsce, jak kto chce.

Sarmackie rozumienie wolności, w którym dominująca i nieproporcjonalnie silna jest niechęć do obostrzeń i ograniczeń, wydaje się ważna dla zrozumienia kondycji Polski i Polaków. To podejście do wolności wciąż w nas siedzi i rezonuje, wiele naszych polskich rzeczy warunkuje i wiele uniemożliwia.

Poniekąd jego przeciwieństwem jest wolność rozumiana jako uświadomiona konieczność. To już podejście ściśle filozoficzne i ze wszystkich filozoficznych koncepcji wolności siłą rzeczy mi najbliższe (choć nie bez zastrzeżeń, pogląd jest tu dość skomplikowany). Na mapie filozofii określiłbym je pewnie jako rozumienie stoicko-heglowskie, z mocnym, w moim wypadku, akcentem na pierwszy człon tej frazy. Wolność jako uświadomiona konieczność polega na tym – w największym skrócie – że wolny jestem wtedy, kiedy rozumiem zewnętrzne, obiektywne konieczności, uświadomię je sobie i na najgłębszym poziomie przyjmę ja jako własne. W skrócie: gdy zacznę chcieć robić to, co robić muszę.

Uświadomiona konieczność jest oczywiście antypodą wolności sarmackiej. Tam mówiliśmy o niechęci wobec jakichkolwiek, choćby i racjonalnych ograniczeń, tutaj mówimy o dobrowolnym podążaniu po orbicie konieczności.

Gdzieś między tymi biegunami, trochę obok a trochę pośrednicząc oba, jest wolność ekonomiczna, czyli wolność jaką daje 500+. Jeżeli wolność zdroworozsądkowa jest wolnością do tego, żeby wsiąść w pociąg i pojechać, to wolność ekonomiczna przypomina, że trzeba mieć pieniądze, żeby sobie kupić bilet. Nie jest wolny ten, kto ma paszport w kieszeni, ale nie ma pieniędzy na podróż, prowiant i przeżycie. A więc pieniądze jako wolność – to się może wydawać trywialne czy mało szlachetne, ale wydaje się, że w dzisiejszej Polsce jest szczególnie warte podkreślenia. O tym rozumieniu, o finansowym warunku wolności ustawicznie zapominamy. Niby oczywiste, a ciągle wypada nam z pola widzenia. My, Polki i Polacy, szalenie lubimy mówić o wolności, ale mamy skłonność by przeceniać wolność w rozumieniu politycznym, czy duchowym, a przy tym nie doceniać jej najcodzienniejszego, finansowego uwarunkowania.

Patrząc z jeszcze innej, poniekąd znów przeciwnej strony, jest ta klasyczna triada „wolność, równość, braterstwo”, czy też, w wersji uwspółcześnionej, „wolność, równość, solidarność”. Zawsze mnie zastanawiało, czy elementy tej trójcy stoją na równi, czy one aby na pewno są z jednej półki. I wydaje się – nie brnąć w szczegóły – że nie do końca są z jednej. Jest tu pewna asymetria, równość i solidarność to jedno, ale wolność stoi tam trochę osobno, pochodzi z innego porządku. I znów, wydaje się, że to jest szczególnie istotne w dzisiejszej Polsce, w której mamy nadmierną skłonność do myślenia i mówienia o wolności właśnie, zaniedbując jednocześnie dwa pozostałe elementy triady. Wolności w Polsce nie brakuje, jest ona jednak nierównomiernie rozdystrybuowana. Niektórym z nas ciągle jej brakuje, brakuje, bo nie jest ona dzielona po równo, tak właśnie jak żądałyby równość i solidarność. Ujmując z jeszcze innej strony: nasza polska wolność łatwo i samorzutnie staje się wolnością strasznie indywidualną, wolnością tylko jednostki. Znika z horyzontu wolność rozumiana jako coś, czym można chcieć – w ramach równości i solidarności właśnie – obdarzyć drugiego człowieka.

Nie powiedziałem wiele o najsztampowszym podziale, a więc o „wolności do” i „wolności od”. Ale powiem na koniec, bo to dobra puenta. Otóż nam, Polkom i Polakom, wolność zbyt łatwo staje się wyłącznie wolnością do pozytywnej, choćby tylko potencjalnej, realizacji wolności. Brakuje nam natomiast wolności od konsekwencji nieudanego zmierzenia się z wolnością. Co może się każdemu przydarzyć, bowiem wolność jest stanem niełatwym. Mamy wolność, żeby spróbować odnieść sukces, nie mamy wolności od kosztów poniesienia porażki.

*

Jeden komentarz

  1. Cieszy mnie Twój powrót do „Myślnika”
    Ostatni akapit w sedno. W moim rozumieniu nie ma wolności bez odpowiedzialności. Bez odpowiedzialności za realizację swojej wolności. Dlatego mierzi mnie przedrukowana z czasów pierwszej komuny nowomowa z polityczną poprawnością na czele. Jest to bezczelne wprowadzanie ograniczeń wolności w celu zbudowania nowego bolszewizmu.
    Tygodnik „Polityka” ( ! ) w jednym ze swych październikowych numerów pisze o zastopowaniu niektórych badań naukowych na uniwersytetach amerykańskich powodowanych przez już nie lewicujące ale wręcz lewackie nastawienie tamtejszej kadry naukowej. „Polityka” ongiś organ PZPR martwi się lewackim odchyleniem na uczelniach amerykańskich ! Wiem że dotyczy to w równym lub większym stopniu uczelni europejskich. Jeśli komunistom radzieckim udało się tylko częściowo ograniczyć swobodę na uczelniach to okazuje się że metoda A.Gransciego jest bardziej zabójcza i skuteczna od metody marksistowsko stalinowskiej w odbieraniu nam wolności.
    Mój ulubiony cytat z Twej twórczości ” Pamiętajmy bowiem że idee mają konsekwencje”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.