Podsumowanie sezonu 2016/17

8 września schowałem buty na strych i zakończyłem bieganie na ten sezon. Niewątpliwie najbardziej udany w moim życiu (jak dotąd). Dla miłośników sportu i liczb, szczegóły co i jak.

Po pierwsze, od 10 października 2016 do 8 września 2017 wyszedłem łącznie na 165 treningów.

Po drugie, to daje średnio 3.46 treningu tygodniowo – bardzo nieźle, jeżeli wziąć pod uwagę, że generalnie myślałem w kategoriach trzech tygodniowo.

Po trzecie, 46 razy biegałem na bieżni mechanicznej na siłowni i 117 razy w terenie.

Po czwarte, nie wiem ile przebiegłem w sumie kilometrów. Dla biegających od czasu do czasu – dużo. Dla biegających poważniej – mało. Ale nie liczę tego w sumie, jakoś nigdy mnie ogólny kilometraż nie rajcował. A boję się podłączyć zegarek do komputera, bo jak dostanę za dużo statystyk – to w nich  utonę.

Po piąte, moja zasadnicza idea była zawsze taka, żeby nigdy nie było trzech dni bez biegania pod rząd. Jak patrzę w notatki, to widzę, że pod kątem regularności było naprawdę nieźle. W grudniu były cztery dni bez biegania nie wiem czemu, w styczniu też cztery z powodu wyjazdu do Włoch. Potem w lutym aż siedem, ale planowe, z powodu wyjazdu w Góry Sowie, ale tam chodziłem na różnie zajęcia typu tabata i heart attack na sali. W czerwcu znów trzy dni wolnego przed startem w Konstancinie, czyli też planowe. I w lipcu pięć dni wolnego, bo byłem chory. Czyli wychodzi na to, że zasada „nie ma 3 dni wolnego pod rząd” na przestrzeni 10 miesięcy została złamana tylko 5 razy, w tym najprawdopodobniej tylko raz z powodu lenistwa i ogólnej degrengolady. Czyli: nieźle!

Po szóste, najmniej udane treningi. To jest zawsze najciekawsza kategoria. Przeglądam swój dzienniczek i widzę tam różne budujące kwiatki. Kilka przykładów:

Po siódme, najbardziej udane biegi? Specjalnie zacząłem od tych mniej udanych, żeby teraz móc powiedzieć, że każdy bieg po takiej klęsce żywiołowej jak wyżej, kiedy wychodziłem, biegłem i przełamywałem się i było okej – każdy taki bieg był najbardziej udany. Siedem razy w tym sezonie poprawiałem życiówkę na 10 km, ale żadna nie przyniosła mi tyle satysfakcji ile odwrócenie karty i zrobienie dobrego, fajnego, jestem-jak-szampan-lekki-doskonały treningu po treningu klęskowym, nieudanym, świńskim truchcie w beznadziei i padającym śniegu.

Po ósme, no  dobra. Jakie biegi mi się poza tamtymi najbardziej podobały? Jest z czego wybierać. Na pewno ta siedmiokrotnie poprawiania życiówka na 10 km, kolejno 51:54, 50:53, 49:49, 48:52, 48:36, 48:20 i 47:10. To zejście do 47:10 wydaje mi się dość kosmiczne, no i dało mi wreszcie poczucie, że ten wynik odpowiada mojemu poziomowi wytrenowania. Wcześniej on cały czas był grubo niedokręcony – konsekwencja biegania raczej prywatnie, a zawodów i bicia rekordów rzadko.  46:59 tego dnia było absolutnie w zasięgu, ale już przy innych założeniach taktycznych. W każdym razie, podróż poniżej 47 minut zostawiam już na nowy sezon. Albo i na jeszcze następny. Na pewno podobał mi się bieg z 28 sierpnia, kiedy natłukłem aż 30 kilometrów, a wcześniej 19 sierpnia, kiedy pobiłem swój rekord na takiej prywatnej trasce, na której kiedyś zaczynałem biegać. Tu najwyraźniej widzę progres: w 2012 roku rekordem tam było 32:29, a teraz zrobiłem… 26:37. Super było 2 sierpnia, kiedy przebiegłem 21.2 km przez góry ze Złotego Stoku do Lądka-Zdroju:

Na pewno wspaniale było 31 lipca, kiedy wybiegłem sobie na drogę wojewódzką 392 Lądek-Zdrój – Kłodzko. Była pełnia lata, pornografia zieleni, rodziła się południca. Wstęga szos przez pola, przystanki na Orlenie, wspaniałość. Nigdy nie biegam z telefonem, ale tutaj udało się przyfocić:

Na pewno świetne było osiem treningów w osiem dni pod rząd na obozie w Karkonoszach w lipcu, w tym takie bajery jak lub:

Wspaniale było 7 lipca, kiedy obiegłem jezioro Hańcza:

Oraz 1 maja w tych samych stronach,  kiedy przebiegłem z woj. podlaskiego do warmińsko-mazurskiego, pod granicę z obwodem kaliningradzkim w Żytkiejmach i z powrotem. Fenomenalny bieg, bo w nocy. Puszcze, bagna, miesiąc na dół schodzi z chmur. Po łozach wilcze źrenice paczą na mnie jako świéce i motywują do nieprzewidzianych interwałów. Bobry pluskają w jeziorach dookoła.  No i 14 października zeszłego roku, 1:29:58 biegu sportowo trochę może bez sensu, ale za to przyjemnie z innych powodów:

czyli #TakBrooklyński Most.

Po dziewiąte, Niewątpliwie bardzo sensownie ten sezon wyglądał od strony wagi. Cały czas spadała, no i w lipcu 2017 zrobiłem rekord średniej wagi miesięcznej: 75.52 kg. I parę dni później, 3 sierpnia, rekord wagi absolutny: 74.3 kg.

Tak więc, po dziesiąte, yes we can! 

*

2 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.