Pół wieku najdalszej podróży

Każdy słyszał o lądowaniu na Księżycu i chyba każdy zna fotografię Aldrina przy fladze wbitej w srebrny grunt. Jedenastka w nazwie niemal przyrosła do słowa „Apollo”, a cały program bywa  utożsamiany  z tym jednym, pierwszym lądowaniem na Księżycu. Owszem, istnieje w powszechnej świadomości „Apollo 13” (głównie dzięki filmowi), z jego „Houston, mamy problem(Main B bus undervolt), ale poza tym cisza. Poza fascynatami astronautyki mało kto już dzisiaj pamięta, że po „Apollo 11” było jeszcze pięć innych lądowań na Księżycu, a przed nim był tragiczny pożar „Apollo 1” na wyrzutni na Florydzie i jeszcze cztery inne loty statku Apollo, wśród nich „Apollo 8”, o którym właśnie kilka słów dzisiaj. Bo jest ku temu dobra okazja: w te Święta minie prawie okrągła, 49. rocznica (21-27 grudnia 1968). Innymi słowy, już za rok będziemy mogli sobie powiedzieć, że oto mija pół wieku, od kiedy człowiek po raz pierwszy poleciał na Księżyc.

„Apollo 8” był jednym z przygotowawczych, kluczowych kroków prowadzących do lądowania „Apollo 11”. „Apollo 8” przebył całą drogę z Ziemi na Księżyc, wszedł na jego orbitę, wykonał dziesięć okrążeń, po czym zszedł z orbity i wrócił na Ziemię. Każdy z tych manewrów był wykonany po raz pierwszy w historii. Stąd też, pod niejednym względem, był to lot ważniejszy, trudniejszy i bardziej przełomowy niż samo lądowanie. Tak pod względem technicznym, jak i psychologicznym. Ale dlaczego właściwie?

Trzeba zacząć od przypomnienia, że wszystkie bez wyjątku załogowe loty przed „Apollo 8” – wszystkie te Gagariny, Tierieszkowe, wszystkie „Mercury” i „Gemini” – były lotami na tzw. niską orbitę okołoziemską. Ta orbita znajduje się na wysokości zaledwie kilkaset kilometrów, lekko ponad krańcami może nie chmur, ale atmosfery. A Księżyc to podróż nieporównanie dalsza. Nie dwa razy dalsza, nie dwadzieścia razy, ale literalnie tysiąc razy. To jest różnica trzech rzędów wielkości, zupełnie inna bajka. Dla porównania, niska orbita wygląda mniej więcej tak:

(źródło)

A podróż Ziemia-Księżyc, tak:

(źródło )

Lot do Księżyca to już nie jest kręcenie orbitalnych kółek o kilkadziesiąt minut od bezpiecznego wodowania (albo lądowania), gdyby coś poszło nie tak. Lot do Księżyca to jest przynajmniej tydzień spędzony w dalekich przestworzach. W kosmosie nigdy nie ma przebacz, ale tutaj już szczególnie: zaufanie do czynnika ludzkiego, ale i do sprzętu wchodzi na zupełnie nowy poziom,  nieznany wcześniej w żadnej ludzkiej branży.

„Apollo 8” to była pierwsza podróż człowieka tak daleko. Pierwszy raz, kiedy istota ludzka przekroczyła ten nieokreślony, a magiczny punkt, w którym wysokość nad ziemią zmienia się w odległość od Ziemi. 22 sekundy po 13:18 czasu Greenwich, 21 grudnia 1968 roku, Mike Collins z Kontroli Lotu przekazał załodze „You are go for TLI”:

czyli zielone światło do ponownego zapłonu silników i odlotu w stronę Księżyca. Te słowa były krokiem milowym nie tylko w historii astronautyki, ale ludzkich podróży w ogóle. Jak później powiedział jeden z dyrektorów NASA, decyzja o wysłaniu „Apollo 8” do Księżyca była tą jedną, najważniejszą i najodważniejszą decyzją podjętą w czasie programu Apollo.

Ale „Apollo 8” to nie tylko odległość, to nie tylko pierwsza podróż tak daleko, po raz pierwszy niemal z prędkością ucieczki, po raz pierwszy poza studnię potencjału pola grawitacyjnego Ziemi, po raz pierwszy poza ziemską magnetosferę. Był to też pierwszy raz w historii, kiedy człowiek odwiedził inne ciało niebieskie, pierwszy raz, kiedy ludzkie oczy oglądały z bliska jego powierzchnię jako coś bliskiego, konkretnego, dostępnego.

Ale – i jak się okazało przede wszystkim – również w drugą stronę. Bo był to też pierwszy raz, kiedy człowiek ujrzał Ziemię nie jako linię horyzontu, ale jako planetę, jako dysk na czarnym niebie. Bo przecież oczywiście, to:

(źródło)

Dla nas, w roku 2017, ta perspektywa jest oczywista, a wręcz zużyta i nudna. Jest starą kliszą kultury, znamy ją z niezliczonych reprodukcji i powtórzeń. Cud podróży na Księżyc przejadł się nam, zbłękitniał. I było to już tak dawno temu (pół wieku!), że nie pamiętamy już czasów, w których było nowością. Pokolenia się zdążyły zmienić i dzisiaj trudno jest nam mieć poczucie, że te zdjęcia okrąglutkiej, niebieskiej Ziemi, zawieszonej nad posępnym, księżycowym krajobrazem, są „naszym” dziełem. Myśmy je odziedziczyli, bez wkładu własnego. Jesteśmy już trochę jak Grecy z czasów klasycznych, zachodzący w głowę, skąd się w ich Helladzie wzięły budowle z czasów tytanicznych. Kto je właściwie zbudował, jak, po co? Co tych ludzi popchnęło tak daleko?

Fotografie Ziemi wykonane z Księżyca przez astronautów Apollo znamy dzisiaj tak dobrze, że nie umiemy już sobie wyobrazić świata, który byłby tej perspektywy pozbawiony. Coraz trudniej jest nam docenić jak wielkim wstrząsem one były w chwili, gdy powstawały. A trafiły przecież nie w próżnię, ale w czasy ważkie, tak społecznie jak politycznie. Były to przecież lata 60., czasy kontrkultury i kontestacji, która miała stać się mainstreamem, a także czasy, w których wiatru w żagle nabierała ekologia. Fotografie z Apolla trafiły w ten czas i zdefiniowały go. Dopiero z księżycowego punktu widzenia wyraźnie było widać, jak fikcyjne są granice polityczne, biegnące na wskroś kontynentów, a zarazem jak realna jest wspólnota losu wszystkich nas, zamieszkujących tę błękitną chmurkę, zawieszoną w ciemnym kosmosie. Nie jest może przypadkiem, że to najbardziej pamiętne zdjęcie nazywa się „Wschód Ziemi” . Ono znaczyło więcej niż milion słów, unaoczniło ostatecznie, że nasza planeta jest światem tak wspólnym, jak kruchym. Na Święta Bożego Narodzenia 1968 roku ludzkość wybrała się na Księżyc, żeby odkryć Ziemię.

A rok 1968 to był dziwny rok, pełen znaków na niebie i ziemi, po obu stronach Atlantyku i żelaznej kurtyny. To był przecież rok wielkich protestów w Francji i w Stanach, rok ofensywy Tet, masakry My Lai i amerykańskich demonstracji antywojennych. Rok praskiej wiosny i jej zdławienia sowiecką inwazją. Rok przewrotu w Peru i w Panamie, a także przejęcia władzy w Iraku przez partię Bass. Był to rok zamordowania Martina Lutera Kinga i Roberta Kennedy’ego, rok wybuchu konfliktu w Irlandii Północnej, czas „wypadków marcowych” w Polsce, zdjęcia „Dziadów” Dejmka i wyrzucenia z kraju pozostałych po wojnie Żydów. Prezydent Johnson podpisał Fair Housing Act, a Paweł VI ogłosił, że Kościół potępia pigułkę. Był to rok podpisania układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, rok pierwszej paraolimpiady i rok, w którym uniwersytet Yale ogłosił, że otwiera podwoje dla kobiet. Był to rok premiery „Odysei kosmicznej 2001”, „Planety małp” i musicalu „Hair”, rok w którym na niebie pojawił się Jumbo Jet, a Led Zeppelin na scenie. Na igrzyskach w Meksyku Bob Beamon skoczył 8.90 metra w dal, a Jim Hines w Sacramento jako pierwszy człowiek przebiegł 100 metrów poniżej 10 sekund.

I był to nie tylko dziwny rok, ale też inny świat, świat w którym wiele rzeczy wciąż wydawało się możliwe, a podróże do planet i gwiazd wydawały się czekać za rogiem. Dzisiaj banałem jest prawo Moore’a, a „oczywistą oczywistością” jest, że jutrzejsza elektronika jest trzysta razy wydajniejsza niż wczorajsza. Wtedy branży IT jeszcze nie było, a tempo rozwoju, które dzisiaj kojarzymy z komputerami i Internetem, dotyczyło podróży kosmicznych. „Apollo 8” ruszał przecież w drogę, ledwie 7.5 roku po Gagarinie. Zaledwie 75 dni po jego powrocie z Księżyca misja „Apollo 9” przetestuje lądownik księżycowy, pierwszy w historii pojazd stworzony wyłącznie do operacji poza atmosferą. A nieco ponad pół roku po „Apollo 8” astronauci „Apollo 11” podniosą wreszcie kamyk z powierzchni Księżyca. To wszystko zwolni – ale dopiero później.

Na razie wciąż był rok 1968. Zaledwie 23 lata po wojnie. W chwili gdy startował „Apollo 8” popioły Auschwitz i Hiroszimy były bliższym wspomnieniem niż początek lat 90. dla nas dzisiaj. Pokolenie, które w wojnie walczyło, wciąż było w sile wieku (niektórzy starsi astronauci mieli za sobą doświadczenie lotów bojowych nad Japonią). Pokolenie powojenne, pokolenie Billa i Hillary Clinton, Steva Jobsa, Lecha Wałęsy i Lecha Kaczyńskiego – dopiero wchodziło w dorosłość. Wydawało się, że wszystko jeszcze uda się zmienić, ułożyć po nowemu. Wydawało się, że nie tylko kosmos, ale i cały świat stoi dla nas otworem.

I przyszło to Boże Narodzenie roku 1968, kiedy „Apollo 8” krążył wokół Księżyca, a astronauci – Anders, Borman i Lovell – przeprowadzili transmisję telewizyjną, gromadząc przed telewizorami czwartą część ludzkości, po raz pierwszy w jej historii. Dzisiaj każdy może ją sobie retransmitować w zaciszu własnego Youtube, pomiędzy Despacito, a flejmem na Facebooku. Wtedy jednak wszystko brzmiało jakoś donioślej, bardziej obiecująco. I warto jeszcze przypomnieć, że na zakończenie transmisji astronauci przeczytali pierwsze dziesięć wersów księgi Rodzaju. Duch Boży wciąż unosił się nad wodami, a na sam koniec kapitan Borman pozdrowił ludzkość słowami, które warto powtórzyć i dzisiaj. „Załoga ‘Apolla 8’ kończy ten program życząc dobrej nocy, powodzenia i Wesołych Świąt – i niech was Bóg błogosławi, was wszystkich, na dobrej Ziemi”.

*

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.