Pornografia negatywności

Do niedzieli trwa we Wrocławiu festiwal „Nowe Horyzonty”, na którym miałem szczęście i przyjemność spędzić kilka dni. Festiwal fenomenalny, w ogóle odnoszę wrażenie, że wobec dominacji najgorszej hollywoodzkiej łupanki w zwykłych kinach, festiwal filmowy stał się oazą normalnego chodzenia do kina. Festiwal to już nawet nie jest lans, ale konieczność. Codzienna oferta kinowa jest po prostu zbyt nędzna żeby był sens wydawać na bilet równowartość miesięcznego abonamentu w Netfliksie. Ale dzisiaj nie o tym.

5 sierpnia byłem na „Nowych horyzontach” na światowej premierze „Dzikich róż” (Polska 2017, reż. Anna Jadowska, przegląd innych recenzji tutaj, strona filmu na FB tutaj, a film będzie od 22 listopada w kinach – zapraszam każdego by wyrobił sobie opinię na własną rękę). Nie będę spojlował filmu, jedyna kluczowa informacja jest taka, że dzieje się on współcześnie, na dolnośląskiej prowincji. Po projekcji zabrałem głos: podniosłem rękę i tak się złożyło, że pierwszy zostałem poproszony o zadanie pytania. I właściwie nie było to pytanie, bo powiedziałem mniej więcej tak. << Excusez le mot, ale człowiek po obejrzeniu tego filmu ma ochotę wyjść z kina i utopić się w Odrze, a ultrasmutne „Ostatnia rodzina” [patrz tutaj], czy rosyjski „Lewiatan” to przy „Dzikich Różach” właściwie obrazy wesołe. [Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że dobę później okaże się, że izraelski film o Holocauście może być bardziej konstruktywny, niż polski film o polskiej wsi.] „Dzikie róże” przedstawiają świat po jakiejś ostatecznej klęsce, a literalnie każda płaszczyzna ludzkiego doświadczenia jest w nim domeną nieszczęścia. Nie ma w tym filmie grama radości, nikt się nigdy nie uśmiecha, miłość umarła, rodzina jest dysfunkcjonalna, wspólnota społeczna nie istnieje, państwo wycofało się z prowincji, nie jest różowo ekonomicznie i nawet religia przestawiona jest jako ponura wydmuszka. Słowem, film przedstawia świat folwarczno-przemocowo-pogański w stanie czystym”. Reżyserka odpowiedziała, żebym się nie topił (nie zrobiłem tego) i że ona widzi jednak iskierki nadziei, po czym padło pytanie drugie. Ktoś z przeciwnej strony sali powiedział, że „Odebrałam to inaczej niż przedmówca. Dla mnie film był bardzo prawdziwy”.

I tutaj się zatrzymajmy. To jest dobry punkt wyjścia: nie uważam bowiem, że „Dzikie róże” są filmem złym. Przeciwnie, artystycznie są bez zarzutu, aktorstwo przekonuje, opowieść jest zręczna, a zdjęcia piękne. Moja po-mówczyni trafnie to ujęła: ten film jest przejmująco wręcz prawdziwy. I na tym właśnie polega problem: prawdziwie i wiernie przedstawia, ale przedstawia świat wyzbyty wszelkiej nadziei. To jest sedno sprawy: oba komentarze były słuszne – i ten o beznadziei i ten o prawdziwości.

Gdzie ta prawdziwość? „Dzikie róże” zebrały już kilka pochlebnych recenzji, więc nie będę powtarzał, dorzucę tylko, że szczególnie przekonujące były dla mnie dialogi. „Ty zawsze musisz wszystko popsuć”. „Nienawidzę tego domu”. „Myślałem, że choć komunię mała będzie miała normalną”. „Choć dzisiaj byś się nie popisywała”. „Szkoda, że nie umarłaś w tym szpitalu”. „Jesteś kurwą tak jak twoja matka”. Kto wychował się w Polsce, a nie słyszał takich odzywek (no, poza ostatnimi dwoma) niech pierwszy rzuci kamieniem. To jest prawda i to jest Polska: brak uśmiechu, przemocowe relacje, rodzinna patologia, absolutna nieumiejętność komunikacji, warczenie zamiast rozmowy. Film świetnie to ujmuje. Słowem, tak, to jest film prawdziwy i tak, to jest film w tej konwencji dobry. Problemem jest właśnie konwencja.

Bo jest w niej prawda, ale  jednostronna. Czy inaczej: w podaniu tej prawdy jest coś niepokojąco jednostronnego. I w tym momencie przewińmy o dzień do przodu, żeby było jasne, że nie tylko o „Dzikie róże” to chodzi”. 6 sierpnia, dalej „Nowe Horyzonty”, Wrocław, godz. 15.45, sala nr 2. Pokaz „Shortlisty”, czyli sześć filmów krótkometrażowych zrobionych przez młodych, polskich filmowców. Pierwszy z nich, „Planeta Ziemia” (Polska 2016, reż. Anna Morawiec). Pierwsze ujęcie… i już wiemy co będzie dalej. Znów szare, zapadnięte polskie twarze. Rzecz dzieje się – uwaga spoiler! – na jakimś giełdo-targowisku skrzyżowanym z bieda-rajdem samochodowym na dziko. Bohaterowie (mama, tata, synek) się snują, od pierwszej minuty widać, że relacja między nimi jest katastrofalnie zła. Bohaterka kupuje nieświeżego hot-doga, wymiotuje po nim, po czym wpada po samochód i umiera. Koniec filmu. W tym momencie usłyszałem szept z fotela obok: „Jeżeli drugi będzie taki sam, to wychodzimy”. Niestety, był. Drugi krótki metraż, „Pola” (Polska 2017, reż. Edyta Rembała). I znów. Pierwsze ujęcie – polski smutek. Mężczyzna o zaciętej twarzy wali młotkiem w zdezelowaną pralkę. Pralka się rozpada. Tryska woda. Kilkuletnia dziewczynka komentuje to słowami „No i się zesrało”. Minutę później dowiadujemy się, że siostra dziewczynki jest ciężko chora, a mama musi wyjechać na czas nieokreślony do pracy za granicę. Na pogrzebach bywa weselej niż w polskim filmie. I wyszliśmy.

Teza oparta na jednym długim i na półtora krótkiego metrażu może się wydawać nieco dyletancka. Ale przecież to jest nie tylko to:  pisałem już na Myślniku choćby o tej „Ostatniej rodzinie”, która również nurzała się w bezzwrotnym pesymizmie. Nie chodzi więc tylko o te trzy filmy, ani nawet w ogóle o kino – ale o ten polski schemat artystyczny, który się już nam utarł tu i ówdzie. Schemat jest prosty: przedstawiamy najgorsze dno den polskości, szare, zmęczone, ostatecznie nieszczęśliwe twarze, wszechogarniającą beznadzieję, z której nikt nie może, ani już nawet nie próbuje się wydostać. Takie swojskie gonzo, polskie samoponiżenie, nurzanie się dla samego nurzania się.

I w porządku, to jest potrzebne. Wywleczenie na wierzch najsmutniejszych prawd jest wartością samą w sobie i jest też rolą sztuki. Ale: który to już raz? Coraz szersza grupa polskich twórców  zachowuje się tak, jakby zachłyśnięcie się smarzowszczyzną (patrz też tu) było ostatnim i najwyższym wcieleniem artystycznego powołania. „Wesele” jest olśniewającym dziełem geniuszu, owszem, ale czy zawsze już będziemy oglądać wariacje na jego temat? Nie na tym przecież polega twórczość, żeby bez końca kopiować stare wątki. To przechodzi w samograj: taplanie się w beznadziejnym świecie warczących na siebie Polaków staje się artystyczną konwencją. Wrażliwość społeczna jakoś niepokojąco gładko redukuje się do swojej parodii, do odhaczenia kilku obowiązkowych motywów z rubryki „kino zaangażowane”. Podejście jest niby empatyczne, niby bardzo prawdziwie przemawia, ale jednak… trąci to oderwaniem, niejednym –izmem, a conajmniej klasizmem. Jest coś niepokojącego w tym, że pornografia biedy, ludzkiego nieszczęścia i strukturalnej beznadziei jest ku ogólnemu zadowoleniu uroczyście prezentowana w lśniącym kinie i że to właśnie nazywamy w Polsce dobrą sztuką.

*

2 komentarzy

  1. Słuszne spostrzeżenia. „Pornografia negatywności” to zdecydowanie niepokojąca tendencja, lecz wydaje mi się, że dość łatwa do uzasadnienia. Artyści chętnie mówią o bólu, cierpieniu i złu, gdyż taki obraz – szokujący, ciężki od emocji – przemawia do każdego odbiorcy. Ludzie mówią „jakie to prawdziwe” ze łzami w oczach, twórcę wynoszą na piedestał, a sami czują się bardziej wrażliwi, bo dostrzegli tragizm sytuacji (swoją drogą, trzeba by naprawdę się postarać, żeby tego nie dostrzec). Przypuszczam, że zwyczajnie trudniej jest przedstawić szczęście tak, by było autentyczne i nie trąciło kiczem, a także by rzeczywiście wzbudzało nadzieję, a nie zazdrość i sceptyczne uśmieszki… Oto jest wyzwanie dla artysty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.