Trzy minuty w Polsce

Czasami zdarzają się rzeczy na granicy surrealizmu, albo i poza nią. Ta, o której chcę tutaj opowiedzieć spotkała mnie przed kilkoma tygodniami, ale zaczęła się dużo wcześniej. Dla Glenna Kurtza, amerykańskiego pisarza, dziennikarza i muzyka rozpoczęła się w  marcu 2009 r. w Palm Beach Gardens na Florydzie, kiedy przeglądał szpargały po rodzicach i dziadkach. I tam, w głębinach szafy, między pudełkami ze Scrabble i z nigdy niesklejonymi modelami samolotów, znalazł rzecz o bezcennej wartości, unikalną pamiątkę przeszłości, zapis świata, którego już nie ma. Co to było? Żeby wyjaśnić, musimy przewinąć taśmę o prawie półtora wieku wstecz.

W latach 80. XIX wieku, w Nasielsku, w tym małym miasteczku w północnej części województwa mazowieckiego, które dzisiaj kojarzymy – jeśli w ogóle z czegoś – to z tego, że leży na linii kolejowej Warszawa-Gdańsk i że czasami, przed pendolinem, zatrzymywały się tam czasem pospieszne, w tymże Nasielsku urodził się mały Dawid. W ostatniej dekadzie XIX stulecia wyjechał z rodzicami do USA, zaczął tam nowe życie. I to życie się udało: zakorzenił się, wyszedł na swoje. Latem 1938 roku, już jako stateczny pan, wybrał się wraz z żoną Lisą do Europy, żeby wspólnie obejrzeć Stary Świat. Byli w Wielkiej Brytanii, we Francji, w Szwajcarii, w Holandii. I gdzieś między Amsterdamem a Paryżem odwiedzili też Nasielsk. I tak, mieli ze sobą kamerę, Kodaka, model z 1936. Afjona tamtych czasów. I nakręcili film, który siedemdziesiąt lat później znajdzie w szafce ich wnuk, Glenn. Film, który jest jednym z kilku  istniejących kolorowych materiałów wideo przedstawiających polski sztetl. I oczywiście, jedynym w ogóle, przedstawiającym przedwojenny Nasielsk. Oto on.

(Film można też obejrzeć bezpośrednio na stronie Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie)

Niecałe półtora roku po nakręceniu tego filmu wojska niemieckie przekroczą granicę oddaloną zaledwie osiemdziesiąt kilometrów od miasta. 4 września Nasielsk znajdzie się pod okupacją. I zacznie się apokalipsa. Wszystko to co jest na filmie – zniknie. Jeszcze w grudniu 1939 roku w czasie dwudniowej akcji deportacyjnej Niemcy wywiozą z Nasielska wszystkich Żydów. Nie będzie już synagogi, zniszczony zostanie cmentarz żydowski. Z około 3000 Żydów, stanowiących 2/3 ludności przedwojennego Nasielska wojnę przeżyje tylko 80. Słownie: osiemdziesiąt osób. Matematycznie: 2.7%. Reszta zginie w komorach gazowych w sierpniu 1942 roku.

Dziadkowie Glenna nigdy nie zorientują się jaki skarb mają w posiadaniu, jego rodzice też nie. Film po prostu przeleży siedemdziesiąt lat w szafce. Ale Glenn, gdy tylko zobaczył co jest na filmie, natychmiast zrozumiał skalę znaleziska. Zapis świata w jego przedostatnie lato, tuż przed Zagładą.  Film znalazł swoje zasłużone miejsce w muzeum (patrz link wcześniejszy), ale Glenn nie znalazł spokoju. Przeciwnie, rozpaliła się w nim ciekawość, ciekawość ze strefy pośredniej. Najbardziej go bowiem zafrapował nie wymiar osobisty, rodzinny (to w końcu pamiątka po jego dziadkach – i to taka, którą ma naprawdę niewielu z nas), ani ten uniwersalny, że oto jest nagranie wideo tuż sprzed Holocaustu, że to jest 180 sekund wyrwanych zapomnieniu, trzy minuty, które oszukały historię. Najbardziej go zaciekawił wymiar czysto ludzki, szczegóły. Bo przecież film przedstawia konkretnych ludzi w konkretnym czasie i w konkretnym miejscu. Jak się można domyślać, w biedniusieńkim przedwojennym Nasielsku pojawienie się cudzoziemca, i to takiego, który przypłynął specjalnie statkiem zza Wielkiej Wody, co więcej, z kamerą filmową – to było wielkie wydarzenie. Wszyscy się zbiegli, zwłaszcza dzieci. I patrzą ciekawsko w obiektyw. Kim oni byli? Co się z nimi stało? Czy da się  ich jeszcze rozpoznać, odnaleźć, dodać imiona i prawdziwe historie do anonimowych twarzy?

W ten sposób Glenn rozpoczął wielką misję, łączącą elementy historycznej kwerendy, z pracą detektywa i pisarza non-fiction. Porównując wzór na drzwiach synagogi,  widoczny na jednym z kadrów, z materiałami w archiwum w Izraelu, ustalił, że w ogóle chodzi  o Nasielsk (tego przecież nie było wiadomo na pewno od początku). Ale przede wszystkim dotarł, odnalazł, połączył ze sobą ludzi. Kluczowa rzecz zdarzyła się tutaj w grudniu 2011 roku, kiedy dostał magicznego maila od zupełnie nieznanej sobie osoby z Detroit. Osoba ta usłyszała o poszukiwaniach Glenna, obejrzała film, po czym w jednej z twarzy dzieci, po których przesuwała się kamera Davida – rozpoznała swojego dziadka, jako 13-letniego chłopca.

(źródło)

Był to Maurice Chandler, urodzony w Nasielsku jako Maurycy, w 1925 roku. Jedyny ocalony ze swojej całej rodziny. A dzisiaj krzepki amerykański dziewięćdziesięciopluslatek, który wszystko doskonale pamięta. I potem się już potoczyło: jedne odkrycia prowadziły do następnych i kilka wątków ze zdawałoby się nieodwołalnie przepadłej, przedwojennej przeszłości udało się Glennowi odgrzebać i połączyć w całość. Zdarzały mu się rzeczy absolutnie kosmiczne, takie na przykład, że odnajdywał w archiwach towarzystw genealogicznych maile z zapytaniami z połowy lat 90., odpowiadał na nie (po 15 latach!)… i dostawał odpowiedzi. I działało. Niejedna osoba z korzeniami w Nasielsku dowiedziała się o przeszłości swojej rodziny, obejrzała nigdy wcześniej nie widziane fotografie swoich przodków i krewnych. Nierzadko są jedyne takie zdjęcia jakie istnieją. Nie chcę przedłużać: Glenn wszystko to opisał w swojej książce, która wyszła w 2014. Polecam i zapraszam, choć niestety nie ma jeszcze po polsku. Ale można nabyć drogą kupna choćby tutaj.

 

A teraz ja: dlaczego o tym w ogóle piszę? Bo w głębinach Amazona trafiłem na książkę Glenna, przeczytałem ją i się zaciekawiłem? Nie. Otóż zbiegiem okoliczności, od słowa do słowa plus kilka magicznych koincydencji, pewnego czerwcowego wieczoru roku bieżącego sam znalazłem się w Nasielsku. Glenn od kilku lat regularnie odwiedza Nasielsk z grupą przyjaciół, sprząta dawny cmentarz żydowski, rozmawia z ludźmi, opowiada o swojej książce. I nagle w środku tego wszystkiego znalazłem się też ja. Najpierw w małej knajpce, którą polecam jeśli ktoś będzie w N. i nie ma alergii na ziemniaki, a potem w miejscowej szkole, gdzie Glenn opowiadał o swojej książce. Oglądaliśmy film i słuchaliśmy tej historii. Dzięki swojemu jako tako zaawansowanemu dukaniu po angielsku mogłem nawet pomóc w tłumaczeniu tego wszystkiego.

Cały ten wieczór jest dość niezwykły, bo obejrzeć sobie powyższy film na spokojnie, w internecie, w we własnym zaciszu, to jedno, a obejrzeć go w samym Nasielsku, w szkole, która przed wojną była szkołą żydowską, której dyrektorka pokazuje ślad po mezuzie w futrynie drzwi, obejrzeć go w sali, z której okien widać te same kadry, które są na filmie sprzed 79 lat – to zupełnie co innego. I dzieją się rzeczy naprawdę niesamowite. Kiedy Glenn mówi o tym jak zidentyfikował Chaima Cwajghafta (wszystko w książce!), kamieniarza który miał warsztat tuż obok szkoły, wiatr rozwiewa akurat za oknami biały dym z nieodległego komina. I jest trochę tak, jakby nic się nie stało, jakby pan Cwajghaft właśnie mozolił się ze szlifierką, wykorzystując długi wieczór wczesnego lata i myśląc o nieodległym fajerancie.

Albo w części już świetlicowej, po skończonej pogadance, kiedy wstał starszy mężczyzna i mówił, że ten las, co dzisiaj zarasta resztki żydowskiego cmentarza… on sadził osobiście , bo na przełomie lat 40. i 50. ganiano nasielskie dzieciaki do porządkowania cmentarza. Tyle, że wówczas to słowo znaczyło coś dokładnie przeciwnego niż dzisiaj. Nie przywracanie pamięci, a jej niwelację. Planową implementację zarośnięcia lasem i ciszą.

Ale najbardziej niesamowita rzecz wydarzyła się na samym końcu. Jest było po wszystkim, już zwijamy sprzęt, rozmawiamy jeszcze w podgrupkach. Zgadujemy się z jednym mężczyzną, który mówi, że jego to wszystko bardzo interesowało, bo jego mama dobrze pamięta przedwojenny Nasielsk. I w sumie, to mama ciągle żyje. I w sumie, to ma się dobrze. I właściwie, to ona mieszka ciągle w Nasielsku, to może on do niej zadzwoni, czy możemy ją odwiedzić.

I odwiedziliśmy. W przytulnym pokoiku na pierwszym piętrze, wypełnionym pamiątkami i artefaktami rozpinającymi się od późnego Gomułki po wczesnego Netfliksa, przemiła pani po osiemdziesiątce opowiada nam o Nasielsku sprzed wojny. A ciętości umysłu i bezbłędnej pamięci każdy z nas jej powinien zazdrościć. I teraz uwaga. Jest tam z nami osobiście… syn Maurice Chandlera, tego z filmu. I syn po prostu dzwoni do ojca, włącza głośnomówiący, żeby mogli sobie z panią porozmawiać. Nachylam się nad stołem, przeczuwając tłumaczeniowe wygibasy, po czym… pan Chandler-ojciec przechodzi płynnie na polski – który oczywiście zna, bo dlaczego ma nie znać, przecież urodził się tu właśnie, w Nasielsku. I dochodzi do sceny absolutnie kosmicznej, kiedy na stole leży iPhone 7, a osiemdziesięciokilkulatka z mieszkanka w Nasielsku zaczyna rozmawiać z dziewięćdziesięciolatkiem gdzieś na Florydzie. I chociaż nigdy się przed wojną nie spotkali, to gawędzą sobie jak dobrzy znajomi. Wymieniają nazwiska, witryny sklepów, przerzucają się informacjami gdzie można było kupić i ile kosztowały cukierki. I wszystko to z mrożącą krew w żyłach spójnością, jakby nic się nie stało, jakby nie było wojny, jakby te siedemdziesiąt lat wymazać.

A potem powrót, noc zapadająca na Mazowszu, piaski, wydmy, sosny, najkrótsze noce w roku. I tylko nie ma już tych miasteczek gdzie biblijne pieśni wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem. Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni opłakiwali święte mury Jeruzalem.

*

4 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.