Widzenia o przyszłości świata

Pisałem jakiś czas temu na łamach Myślnika o mesjanizmie, a ściślej, krytykowałem go jednoznacznie, uznając go za złą i groźną receptę dla Polski i świata. Autor książki o mesjanizmie, która była do tego pretekstem, napisał na fejsbuku, że jego koncepcję „zasadniczo odrzucam”, ale że i tak recenzja jest najwnikliwsza ze wszystkich napisanych. A ktoś jeszcze inny zwrócił uwagę w komentarzach, że kreśląc argument (czy może tylko metaforę) „gmach świata stoi w przestrzeni publicznej, więc potrzeba demokratycznej zgody na jego renowację” – nakreśliłem przestrzeń do dyskusji. I to mnie zastanowiło.

Czy możemy i powinniśmy liczyć na kompromis, na dogadanie się, na porozumienie między radykalnie sprzecznymi pomysłami na świat? Nie. To jest iluzja, więcej, iluzja potencjalnie groźna. Kompromis nie jest ani najwyższą wartością na tym świecie, ani nawet wartością samą w sobie. Żadna ogólna zgoda nigdy nie zapadnie. Zwolennicy skrajnych opcji nie usiądą nigdy do żadnego stołu, nie ustalą protokołu szczupłego porozumienia, nie będzie można na nim czegokolwiek oprzeć. Nie ma się co łudzić: to jest nawet mniej niż państwo teoretyczne – bo to jest niemożliwe nawet w teorii. Nie da się połączyć sprzeczności w żaden konstruktywny sposób, więcej, praktyka uczy, że świat co prawda ciągle się zmienia… ale nigdy w ten sposób. Przeciwstawni radykałowie nigdy się nie dogadują, a jeśli się nawet dogadują – to świat i tak idzie swoją drogą.

Kompromis bowiem czy nie kompromis, nowy świat nie wyrośnie – nigdy nie wyrasta – wprost z wizji wizjonerów. Niezależnie od tego, czy one są spójne czy nie. Wizje nigdy nie spełniają się w literalnym brzmieniu, świat nigdy nie jest taki, jak ktoś go sobie wymyśli. Tylko pomyślcie: czy Chrystus, wędrując przez Galileę, wizualizował sobie krucjaty popełniane w jego imieniu? Czy był w stanie przewidzieć, że jego nauka będzie kiedyś łączona z niechęcią do progresywnych podatków? Wyznawcy gilotyny nigdy nie przypuszczają, że sami od niej zginą, a Lenin palnąłby sobie w łeb, gdyby zobaczył Breżniewowski ZSRR, nie mówiąc już o Rosji lat dziewięćdziesiątych. Przedrewolucyjny francuski arystokrata załamałby się widząc francuską Republikę z 14 lipca jako świętem narodowym, a Platon sam wypiłby cykutę, gdyby zamiast ideału „Państwa” zobaczył chrześcijańską Europę z Jowiszem na krzyżu. Z ideami jest trochę jak z dziećmi: nigdy nie wiadomo co z nich wyrośnie, co się stanie, którędy i dokąd pójdą. Niemniej, dokądś nas prowadzą – świat się zmienia nieodmiennie i nieodwracalnie. Ale to dokąd nigdy nie pokrywa się z niczyimi przewidywaniami ani marzeniami.

Cały świat jest trochę jak miasto społeczne Warszawa (oczywiście: miało być stołeczne, ale głupio poprawiać taką fajną literówkę). Niemcy chcieli je zniszczyć, komuniści przebudować w jeden wielki MDM, znów deweloperzy w lśniący park wieżowców, a ruchy miejskie – zamienić w Kopenhagę. Nikomu się to ani do końca nie udało, ani nigdy nie uda. Warszawa jest wypadkową. Większość z poszczególnych dążności jest w niej wyraźnie widoczna, ale żadna nie tak, jakby sobie tego ktokolwiek życzył. Adolf Hitler, Bolesław Bierut, Prestige High Life Developments sp. z.o.o. i Jan Śpiewak równo i jednakowo mogą załamać ręce, że miasto nie wygląda dzisiaj tak, jakby chcieli.

I tak jest ze wszystkim. Ludzki świat ma w sobie kosmiczną inercję, ruszyć jego bryłę z posad jest trudno, ale utrzymać ją na jakimkolwiek spójnym kursie – jeszcze trudniej. To jest zadanie zgoła niewykonalne. Świat sunie przed siebie i na niewiele zważa, a my gramy w parodię curlingu: rozpaczliwie szczotkujemy, każdy w swoją stronę i każdy ze skutkiem zerowym.

A teraz część pozytywna. Bo z tego wszystkiego nie wynikają wnioski wyłącznie czarnowidzcze. Ot, przewrotność: właśnie z tego, że wpływ każdej poszczególnej siły na losy świata jest zupełnie złudny, z tego właśnie płynie otucha, a nawet umiarkowana nadzieja. Ale jak, na co i dlaczego?

Zacząłem od tego, że wizja kompromisu, ogólnej zgody i porozumienia ponad (albo pod) podziałami jest iluzją, która nigdy się nie ziszcza. We wspomnianym tekście o książce Rojka pisałem o mesjanistach na prawicy i socjaldemokratach na lewicy – dwa skrajne różne nurty, które chciałyby ciągnąć świat w przeciwne strony. Ale: jedyne co wiemy na pewno o świecie za lat dwadzieścia i sto dwadzieścia, to że on na pewno nie będzie wyglądał ani tak jakby chcieli socjaldemokraci, ani tak, jakby tego chcieli mesjaniści. To po prostu tak nie działa: żadna konkretna wizja nie spełnia się nigdy w całości. Przyszłość jest nieprzewidywalnym konglomeratem najróżniejszych dążeń, popędów, sił i czynników. Stąd też: tak jak w roku 2017 socjaldemokraci nigdy nie dogadają się z mesjanistami, tak… z perspektywy roku 2037, a już na pewno 2137, może być wyraźnie widoczne, że wysiłki po obu stronach, tak sprzeczne w ich lokalnej teraźniejszości, miały jednak swój wpływ na bieg dziejów. W mniejszym stopniu i nie tak jakby chcieli ich piewcy, ale jednak. Z punktu widzenia logiki roku 2017 wysiłki socjaldemokratów i mesjanistów są najzupełniej sprzeczne, ale, kto wie, właśnie z perspektywy dekad czy stuleci, mogą się one oba okazać konstruktywnym wkładem w świat. I mimo, że ciągnęły w przeciwne strony, to jakoś – w sposób dziś niezrozumiały – popchnęły go do przodu. Albo przynajmniej popchnęły gdzieś.

Nie chcę popadać w delikatny heglizm, ale przecież kusi żeby napisać, że dopiero z perspektywy tej dalekiej przyszłości ujawnić się może (wstecznie!) ukryty sens obu dążeń, które się w jakiś tajemniczy sposób złożą w całość. Ale nie wierzę, że to będzie jakaś spójna całość, nie wierzę, że w tym jest jakaś ukryta logika, czy jakikolwiek plan. Ale jedno jest niewątpliwe: nasi potomkowie, patrząc wstecz z roku 2137, lub choćby 2037, będą mieli perspektywę, która pozwoli im bardziej docenić wysiłki obu stron.

*

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.