„Wołyń”, czyli pierwotność

„Wołyń” Smarzowskiego to nie jest film łatwy ani w odbiorze, ani w ocenie. Starą dobrą skalę szkolną (sprzed reformy) da się wszędzie zastosować, ale tutaj wypada ją zaaplikować na kilku odrębnych polach. Dlatego pozwolę sobie rozbić tę recenzyjkę na kilka części.

A więc, „filozoficznie”, czy filozoficzno-egzystencjalnie, dałbym „Wołyniowi” solidną piątkę z minusem. Nie jest może idealnie, ale film naprawdę świetnie pokazuje… właśnie: co przede wszystkim? Nonsens, grozę, piekło przemocy i wojny, oczywiście. Ale w XXI wieku samo oddanie tego na ekranie to już nie jest zadanie na piątkę, to już za mało. Zrobił to już niejeden film wcześniej, nie mówiąc nawet o tym, co każdy może sobie zobaczyć kiedy w wyszukiwarkę jutubka wpisze „war in syria gore 18+”. A więc za co ta piątka? Otóż za to, że „Wołyń” świetnie pokazuje to, co nam dzisiaj tak – jak zawsze – potrzebne, a więc oddziaływanie na człowieka fanatycznej ideologii, czy to nacjonalistycznej, czy religijnej. Oddziaływanie, chciałoby się dopisać czcząc pamięć Osiatyńskiego, tak jak je rozumiem, czy też właśnie tak, jak go nie rozumiem.

W jakimś sensie oglądałem „Wołyń” jako ekranizację książek Snydera (tych dwóch). Film Smarzowskiego jest ilustracją dokładnie tego, co czytamy w „Czarnej ziemi”, a więc, najkrócej mówiąc, że najbrutalniej i najstraszniej dzieje się tam, gdzie instytucje państwa zostaną zniszczone. A szczególnie najgorzej tam, gdzie zostaną zniszczone więcej niż raz, czyli tak właśnie jak się stało na Wołyniu, gdzie jesienią 1939 r. struktury państwa polskiego zostały usunięte przez struktury radzieckie, a niecałe dwa lata później – te radzieckie, przez niemieckie. Jest w tym konkretna teza, mianowicie, że największe tragedie nie są bynajmniej skutkiem działania aparatu państwowego, ale właśnie skutkiem jego zaniku. Największych zbrodni nie popełnia państwo, ale właśnie brak państwa je umożliwia. Dzieją się one tam, gdzie państwa są zbyt słabe, albo zostają zgoła zniszczone – w próżni, która po nich pozostaje. To jest konkretna teza o historii, ale też wymierna, etatystyczna lekcja da nas.

Ale wracając do „Wołynia”. Tak to dokładnie tam wygląda. Zniszczenie państw, wojna, która wiecznie trwa, coraz to nowe obroty apokalipsy w iście smarzowskim tempie. Co chwila nowi najeźdźcy, co chwila nowe flagi i godła, co chwila nowe szaleństwo. Trochę jak w „Duchach Goyi”. Polityczno-wojenny obłęd, którego nie da się zrozumieć, ogarnąć, przyswoić.

Jeśli miałbym wybrać dwie sceny, które to najlepiej ilustrują, to byłaby to, po pierwsze, ta, kiedy przychodzi wiadomość, że „we wsi założyli szkołę”. I ktoś na to mimochodem rzuca ważkie słowa, w których prześwituje cały ten Snyder: „ciekawe, po jakiemu będą w niej uczyć?” Po drugie, jest scena w której bohaterka uczy bohatera młócić cepem. Metaforyka prosta jak budowa tegoż narzędzia: żniwa, zbiory, słońce, które ziemią kołysze, a potem siew, a nuż coś wyrośnie. Niestety, nawet dziesięciu sekund sobie nie pomłócą, a w obejściu pojawia się żołnierz, z bliżej nieokreśloną opaską na rękawie. I już wiadomo, że któraś z Wielkich Idei wzywa chłopaka na przesłuchanie do miasteczka, z którego są wszelkie szanse, że nie wróci. I ziemi znów nikt nie obrobi.

Politycznie dałbym filmowi trójkę z plusem. Dlaczego? Nasza dzisiejsza wrażliwość sprawia, że dużo większym wyzwaniem jest zrobić film – napisać książkę, wiersz, sztukę – z pozycji ofiar, niż z pozycji sprawców. W tym drugim wypadku wiadomo czego trzeba: bicia się w piersi, przyznania się do winy. A w tym pierwszym? Tu pole minowe jest znacznie gęściej zastawione. Z jednej strony trzeba jakoś tam oddać honor prawdzie, a z drugiej i poniekąd ważniejszej – unikać łatwych oskarżeń. Sztuka i sala sądowa nie lubią się a dzieło artystyczne nie może być aktem oskarżenia. Niełatwo, nawet w ramach twórczej wolności, manewrować między tanią martyrologią, podręcznikiem historii i wymogami sztuki. No i artystyczną prawdą, o której nigdy nie wiadomo, czy akurat wyzwoli, czy właśnie zniewoli.

Czy Smarzowskiemu się to udaje? Powiem tak: na pewno bardzo się stara, żeby się udało. Bardzo się stara, żeby film nie był jednostronny, żeby nie można go było uznać za jednostronnie antyukraiński. Próbuje zniuansować sytuację, pokazać, że żadna ze stron nie jest bez winy, że sytuacja była złożona, a polityka Rzeczpospolitej we wschodnich województwach – brutalna, szowinistyczna i nonsensowna. Problem w tym, że to są, cóż, nie chcę napisać, że starania uczniaka, który boi się podpaść, ale faktycznie, jest to strasznie defensywne i to mocno widać. Ani to dobrze nie wychodzi, ani nie osiąga zamierzonego efektu. W początkowych partiach filmu, w tych scenach wesela i scenach w knajpie postaci wyrzucają z siebie całe kaskady deklaracji, które robią wrażenie, że mają odhaczyć to, co musi być powiedziane, żeby audiatur est altera pars było spełnione. To nie brzmi naturalnie, widać, że jest wciśnięte nieco na siłę. Najłaskawsza wobec Smarzowskiego interpretacja jest taka, że film nie jest antyukraiński, ale antynacjonalistyczny, że nie bije w nacjonalizm ukraiński ale w nacjonalizm w ogóle. I to by się nawet ładnie trzymało kupy, problem w tym, że te próby narzucenia uniwersalizmu są… po prostu toporne. Jak nad tym spokojnie pomyśleć, to wychodzi na to, że ten klucz uniwersalny ma być narzucony głównie przez gorączkową nadprodukcję obrazów i znaczeń w pierwszej części filmu. To jest osiągane cepem, jako wypracowanie na temat, naciśnięcie trywialnych klawiszy. Słowem, zasadniczy brak finezji, polotu nie wspomnę.

Natomiast artystycznie, cóż, oceniam film na trójkę. Jest dużo dobrej roboty w przedstawianiu realiów, choćby od strony różnorodności językowej (naliczyłem tych języków co najmniej sześć: hebrajski, jidysz, niemiecki, polski, rosyjski, ukraiński). Niestety, dużo więcej jest rozczarowań. Fabuła się rwie, skacze i nie ma się poczucie, że to jest pod kontrolą i po coś. Dominuje wrażenie chaosu, co gorsza chaosu nieuzasadnionego. „Wołyń” jest oczywiście znacznie lepszy niż „Katyń” Wajdy, ale niestety przy obu filmach to samo wrażenie, że to są dzieła polskiej kultury z gatunku tych, których samo powstanie jest domyślnie uważane za sukces tak wielki, że nie wypada już krytykować ani nawet oczekiwać jakości. Grunt, że warunki polityczne i finansowe pozwoliły film w ogóle nakręcić. Nie czepiajmy się więc, że wątki się rozjeżdżają, że jedno się z drugim nie skleja, a trzecie jest tanim chwytem. I to jest trochę to wieczne polskie przedszkole, w którym ranga tematu i polityczna inbiczność mają ciągle sprawiać, że nie widzimy ogólnych braków koncepcji i staranności wykonania.

Film wydał mi się przeładowany, zbyt wypełniony podnarracjami, zdarzeniami, zwrotami akcji. Za dużo treści, za mało selekcji. Rzecz jasna, można argumentować, że to celowy zabieg, a nawet jeśli nie celowy, to że jest w nim pewien artystyczny sens. Nie kupuję tego argumentu. Zabrakło po prostu pomysłu w jaki sposób nakreślić panoramę tamtych czasów i stron bez uciekania do gorączkowej, chaotycznej quasi-syntezy, w której przewidywalna mikrotyrada nad samogonem ma nam wystarczyć za całą społeczną diagnozę. Zabrakło tej jednej, konkretnej wizji, która poprowadzi opowieść, a na którą się stawia, nieraz wbrew racjonalności i logice, podejmując ryzyko, które tkwi gdzie w sednie twórczości. Brak takiej wizji i pomysłu to zasadniczy, a może w ogóle największy zarzut jaki można postawić twórcy.

Nie ułatwia sprawy i to, że Smarzowski z niepojętym uporem powtarza sam siebie. W „Wołyniu” oglądamy wielu aktorów znanych z poprzednich filmów, a jeszcze więcej pada grepsów, znanych już z „Wesela”, od którego dzieli nas już niemal półtorej dekady. Mnie to strasznie nudzi, a wręcz żenuje, a jeśli trochę śmieszy – to jednak w rejestrze, który nie do końca przystoi temu filmowi.

I zostaje skomplikowana kwestia okrucieństwa na ekranie. O której powiem tak: mam wrażenie, że Smarzowskiemu lepiej wyszło pokazanie brutalności czasu pokoju, niż czasu wojny. Ta mała, nieoczywista, codzienna przemocowość broni się w „Wołyniu” poniekąd lepiej, niż ta wielka, wojenna. Groza życia w tej części świata gdzie świat jest bezwzględny, a człowiek musi być brutalny, nawet jeśli akurat nie ma rzezi. Gdzie dobrze wiadomo, że człowiek człowiekowi potworem, gdzie wilk jest bezpieczniejszy dla człowieka niż bliźni, gdzie wiadomo, że do wsi lepiej się nie zbliżać (znów, świetna scena!) Ta wiecznie czająca się tuż pod powierzchnią groza życia jest świetnie pokazana – i za to brawo.

Natomiast jeśli chodzi o cały film, to zupełnie nie kupuję rozłożenia akcentów. Dużo lepiej byłoby pójść według wzorca klasycznego, czyli dać stężeniu przemocy rosnąć w czasie i dopiero w zakończeniu pozwolić mu osiągnąć stopień zagłady absolutnej. I to nie jest tylko moja luźna opinia: wydaje się, że taki był zamiar samych twórców filmu (jest dużo takiej „unoszącej się w powietrzu”, utajonej grozy, która miała się chyba rozładować później, jest dużo „zapowiedzi” w rodzaju sceny ucinania warkocza [Pan Zagłoba lubi to] czy bitki na weselu), tyle, że ten zamysł spalił na manowce. Jak tylko się film rozkręci, to zaraz dostajemy tej przemocy za dużo i za wcześnie. Smarzowski trochę przeliczył się ze swoją zdolnością bycia Hitchcockiem, a zarazem chyba przestraszył sam siebie. Zaczął od permanentnego trzęsienia ziemi, od pokazania świata tak brutalnego, że trudno już później cokolwiek podkręcić. I to był błąd, albo po prostu niewypał. Było w tym filmie miejsce na smarzewszczyznę ekstremalną, ale powinna ona się skupić w sekwencjach finałowych. I to by miało swój sens. Zamiast tego mamy dwie godziny pełne przemocy w takim stopniu, że zaczynamy być już nią znudzeni, przyzwyczajeni do niej – w złym sensie tego słowa. I z tego już trudno nas wytrącić, żadna grobowa muzyka tu już nie pomoże. Służę konkretnym przykładem: scena zdzierania skóry z ręki żołnierza – ona jest grubo za wcześnie w filmie i przeciąga strunę za bardzo. Jest na tyle traumatyczna sama w sobie, że nie pozwala już dalej przemocy stopniować, operować nią. Dawka brutalności jest cały czas tak duża, że w finale nie da się już podbić stawki do wysokości biblijnej.

A o co chodzi z tą tytułową „pierwotnością”? Tutaj sam sprawdzam, czy umiem posługiwać się suspensem. Bo owszem, ciągle tego nie wyjaśniłem. A właściwie: wyjaśniłem… ale ten akapit skasowałem. Bo była to już refleksja o sobie samym, z filmu wychodząca, ale nie dotycząca go bezpośrednio. Nadmiar intymności, nawet jak na standardy internetowego ekshibicjonizmu. Cytując klasyka, „komu to potrzebne”? Tytuł zostawiam, ale akapit kasuję. I któż się domyśli o co chodziło? A kto się domyśli – tego zapraszam na priv po odbiór uścisku dłoni prezesa.

*

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.