Anglicyzmy: drażniące i nie

Zawsze chciałem o tym napisać, ale dobrze, że piszę dopiero teraz. Pogląd zdążył mi się już twórczo skomplikować i sam dzisiaj nie wiem, po której stronie stoję, czy może siedzę na płocie. Ale przejdźmy już do adremu, znaczy,  do mięsa tego kawałka.

Anglicyzmy. Zapożyczenia, zassania i wchłonięcia. Żyjemy w czasach totalnej dominacji cywilizacji anglofońskiej, która wdziera się w nasze życie w każdej postaci, kształcie i kolorze. I wdziera się do języka. Nadmiar anglicyzmów może łatwo drażnić i cóż łatwiejszego niż z nich kpić. Ale ale: czy jest coś bardziej reakcyjnego niż oporować przeciwko zmianom w języku? Przełamać duopol PO-PiS jest trudno, ale przełamać opozycję „naiwna makaronizacja” vs. „naiwny puryzm” – oj, to jest dopiero coś!  I w ogóle: „walka” o czystość języka, „walka” przeciwko zmianom i zapożyczeniom jest o tyle dziwna, że to nawet nie jest walka z wiatrakami, ale walka przeciwko nie wiadomo czemu, prowadzona w imieniu nie wiadomo kogo. Walka niczym się tutaj nie różni od pola bitwy. Ludzie po prostu używają język  tak jak chcą i lubią… i nagle okazuje się, że ze swoją walką o czystość zostajemy sami sobie, bo po prostu nie ma nikogo nikogo, kto chciałby mówić jak my. Na scenę wchodzą nowe pokolenia, dla których nowy sposób mówienia jest czymś oczywistym – a my niepostrzeżenie stajemy się dinozaurami.

I jeszcze jedno zanim przykłady. Trwanie przy „starych” formach języka, to taki bardzo szczególny przypadek zdrady ze strony świata. Nauczyliśmy się w szkole mówić tak a tak. Trwamy przy swoim. Dookoła coraz więcej ludzi mówi „po nowemu”, a nasza „czystość” i „wierność” starym uzusom coraz bardziej degeneruje się w ciekawostkę, w osobliwość, w archaizm wreszcie. I czujemy się oszukani: coś, co miało być naszą cnotą, stało się dziwactwem. Nikt już nie szanuje tego, że mówimy tak jak nas uczono w szkole, bo nikt po prostu nie pamięta, że kiedyś się tak mówiło.

Ale dość rozważań, przejdźmy do krzyża argumentu, czyli do przykładów. Które z poniższych anglicyzmów lubicie? Które dislubicie? Hity czy kity? Jakie byłyby Wasze propozycje? Oto moje. Kręćmy się!

brunch – w znaczeniu „drugie i drogie śniadanie fajnych ludzi”.

kałszkwał – w znaczeniu „gwałtowna eskalacja spornych komentarzy w mediach społecznościowych”. Ja szanuję!

-ing – w sensie, dodawanie końcówki present continuous do  polskich słów. „Grobing” w znaczeniu „chodzenie na groby 1 listopada”. „Plażing” zamiast „plażowanie”. „Parawaning” wiadomo. „Łomżing” wiadomo (abstynentom przypomnę, że nie chodzi tu o spacerowanie po grodzie nad Narwią).

sezon – w znaczeniu „cykl odcinków serialu”. Ja kiedyś starałem się mówić „seria”. Ale wymiękłem.

inba – od „inb4”, ptak o nieznanym imieniu, rzeczownik o fascynującej kolokacji. I pojemności: bo to zarazem sensacja, jak i zabawa, impreza, ale też skandal lub awantura. Na początku była inba, a przez nią wszystko się stało.

brzmi jak plan – w znaczeniu „wydaje się, że to jest dobry plan”. Jak dla mnie to jest jednoznacznie ambiwalentny nowopotworek językowy: albo do kochania, albo do nienawidzenia.

na koniec dnia – w znaczeniu „koniec końców”. Ambiwalentny jak poprzednio. I ciekawostka: jak przy świątecznym stole ktoś powiedział zdanie „zimą lubię sobie na koniec dnia usiąść w fotelu z kieliszeczkiem brandy”, to byłem nieźle zaskoczony – wow, ktoś użył tej frazy w jej oryginalnym znaczeniu!

baraki – w znaczeniu „koszary”. Jezu.

dramatyczny – w znaczeniu „spektakularny”. „Dramatyczny widok”. I dramatyczny przypadek.

wspierać coś – w znaczeniu „być odpowiednim do czegoś”, „być spójnym, zgodnym z czymś”, „obsługiwać coś” (np. przeglądarkę).

islamista – w znaczeniu „muzułmanin”. To jest w ogóle ultraciekawe słowo. W moim doświadczeniu to jest tak, że kiedyś na wyznawcę islamu mówiło się właśnie „muzułmanin”. No i było też słowo z literatury obozowej „muzułmanin” (czy wręcz „muzułman” u Grzesiuka) w znaczeniu dochadiaga, czyli człowiek wyniszczony głodem do tego stopnia, że już nie walczy o przeżycie. Ale potem przyszedł 11 września (9/11 znaczy), temat wojny z terrorem stał się pierwszoplanowy, no i jakoś niepostrzeżenie „islamiści”, w znaczeniu „radykalnych wojowników muzułmańskich” rozciągnęli swoje znaczenie na wszystkich wyznawców Allaha w ogóle.

generał publiczny – w znaczeniu „szeroka publiczność”. Hit czy kit? Jak dla mnie – mocarne określenie.

garażówka – w znaczeniu „prywatny kiermasz szpargaliów i rzeczy nieużywanych”.

hejt, hejtować – ha, właśnie! Czy to jest coś innego niż zwykła przemoc słowna? Czy gaszenie ludzi jak pety w internecie to jest samoistne zjawisko, które zasługuje na odrębne słowo?

adresować problem – w znacznie „odnosić się do problemu”. Ja zgrzytam zębami bigly.

adres getysburski – w znaczeniu „przemowa wygłoszona przez prezydenta Lincolna 19 listopada 1863 w Gettysburgu”. Na szczęście nie kojarzę używania „adresu” w znaczeniu „przemowa” przy innych okazjach… for now! Ale skoro Gettysburg, to mamy też:

wojnę cywilną – w znaczeniu „wojna secesyjna w USA”. Umarłem jak pierwszy raz to usłyszałem i umieram ponownie za każdym razem jak słyszę.

lajk – nie w znaczeniu „polubienie na Facebooku”, ale w znaczeniu „na przykład”. Lajk kiedy wymieniam różne śmieszne anglicyzmy.

dedykowany – w znaczeniu „zaprojektowany i pomyślany dla konkretnej grupy, dla pewnego konkretnego typu problemów”.

kłirowy – wiem, że ani nie znaczy to samo co LBTQ, ani nie ma tylu spółgłosek pod rząd, ale heloł, czy nie jest to piękne określenie? Ta kombinacja k-ł-r na początku jest super!

2018  – w sensie, używanie numeru roku bez słowa „rok” po liczbie. Jak w zdaniach „mamy 2018, a ona myśli że ciągle jest 1998”.

dostarczyć – w znaczeniu „wywiązać się z obietnicy, umowy, wypełnić plan”

dilować z czymś – w znaczeniu „radzić sobie z czymś, odnosić się do czegoś, brać się z czymś za bary”.

mecz – w znaczeniu „dopasowanie”. Hit czy kit? Niby głupio brzmi. Ale jak inaczej powiedzieć, że z kimś się zmeczowaliśmy na Tinderze?

zrobić różnicę – jestem na tyle stary, że pamiętam Mistrzostwa Świata (pardon, teraz się mówi Mundial) w RPA w 2010, kiedy nagle wszyscy komentatorzy zaczęli tak mówić. „Wszedł na zmianę i zrobił różnicę”. Znaczy, w znaczeniu „wnieść istotny wkład, zmienić przebieg gry, losy spotkania, przedsięwzięcia”.

Południowa Afryka – od razu a propos, używane w znaczeniu „RPA”. Nazwa kraju skalkowana z angielskiego. Dla mnie to jest dramat jak ktoś tak mówi albo pisze.

mapa drogowa – w znaczeniu „strategia, ogólny plan”.

event – w znaczeniu „stypa, seminarium, dancing, konklawe, impreza, generalnie wszystko co się dzieje albo dziać może w przestrzeni społecznej”.

fokus, kurwa! – w znaczeniu „skupcie się państwo”

Obrazek, jaki się z tego wyłania, jest – na mój gust – taki, że anglicyzmy są fajne tam, gdzie stają się zabawą językiem. Tam gdzie jakoś zmieniamy znaczenie, z czymś igramy, gdzie w ogóle coś robimy przeszczepiając słowo czy frazę do polszczyzny. Dobrym przykładem będzie tu wyrażenie „wiralować się”, w znaczeniu „roznosić się szeroko po mediach społecznościowych”. Słowo niby odtwórcze, skopiowane, ale jednak nie do końca. Piękna jest ta strona zwrotna czasownika, która nagle trochę znikąd wskakuje i zmienia kąt, wnosi świeżość. I takie rzeczy to ja (przynajmniej na własny rachunek) kupuję.

A kiedy nie jest spoko? Wtedy, kiedy ściągamy frazy z lenistwa i tworzymy bierne kopie. Szczególnie wtedy, gdzie chodzi nie tyle o przenoszenie gołych słów z angielskiego do polskiego, ale o bezmyślne kopiowanie rekcji i kolokacji angielskich, w miejsce istniejących polskich. To raz. A dwa: kopiowanie całych zwrotów frazeologicznych, idomów, przysłów, przerzucanie ich z języka w język. To są te „na koniec dnia”, „zrobić różnicę”. To jest to co szczególnie boli. I te już funkcjonują – a ciekawe jakie będą następne nasze nabytki (czy raczej ubytki – próchnica języka)? Między kamieniem a twardym miejscem? Wedle lotu kruka? Możliwości są nieograniczone, znaczy, niebo jest granicą i jest opcja na cały pakiet.  Na pełne dziewięć jardów.

Lękajcie się jednak – jesteśmy dopiero jakoś w połowie podróży przez dziewięć kręgów piekła purystów. A z następnego kręgu dochodzi solidne zgrzytanie zębów powodowane przez przenoszenie do polszczyzny nie tyle samych zwrotów, ale sposobów budowania zdań i sytuacji językowych w ogóle. Dwa przykłady tutaj. Pierwszy może uznacie za przestrzelony, ale jest na czasie  i kusi, żeby wrzucić. Oto jest rozmowa Adama Michnika i Sławomira Sierakowskiego. Panowie zwracają się do siebie per „ty” i trudno uciec od wrażenia, że się znają i lubią. I okej – ale gdzie tu anglicyzm? Otóż wszechobecne zwracanie się do siebie per „ty”, nawet w oficjalnych formach, jaką przecież jest wywiad, jest niewątpliwie manierą przyniesioną ze świata anglojęzycznego. Czy to jest coś złego? Niby nie, ale popatrzcie jak to działa. „Tykanie się”, w anglo-świecie będące wyrazem egalitaryzmu, po naiwnym przeszczepieniu na polski grunt staje się klasowo-kastowe i wykluczające. Buduje wspólnotę fajnego Adasia i Sławka, którzy sobie gawędzą, przeciwko czytającej gawiedzi, która z tego „tykania” jest wyłączona.

A drugi przypadek, czy właściwie ocean przypadków, zachodzi wtedy, kiedy zawędrujemy do dziedziny redakcyjno-tłumaczeniowej, czyli kiedy zaczynamy mówić nie tyle o przewlekaniu amerykańskich słów do polszczyzny, ale o standardach tłumaczeń i redakcji, a ściślej, o tragicznym braku tychże standardów. Bo jakoś tak już nam się utarło w tej naszej III Rzeczpospolitej, że jeśli książka (w szczególności książka niedawno wydana i non-fiction) jest tłumaczona z angielskiego na polski, to wcale nie musi być naprawdę przetłumaczona. Wystarczy ją przerzucić szuflą z jednego w języka w drugi.  Napisać przy pomocy polskich słów, zachowując angielską skłądnię, a nierzadko i gramatykę. Nie zachowując za to estetyki, a nierzadko i sensu.

I stosując tutaj radykalny parsprototoizm, chciałbym skorzystać z jednego tylko przykładu. Książka  Jennifer Grayson pt. Unlatched. The Evolution of Breastfeeding and the Making of a Controversy. Wyszła w 2017 roku po polsku (choć może lepiej powiedzieć „wyszła w Polsce”) jako „Odstawieni. Ewolucja karmienia piersią. Historia kontrowersji”. (Źródło podaję dla porządku, ale nie afiuszjmy szczegółów – nie chodzi o ten konkretny przykład, tylko o zanika standardów w ogóle, #RadykalnyParsprototoizm).

Oto kilka fragmentów z tej książki. Zaprawdę powiadam Wam, przyjdźcie i powiedzcie mi, że w książkach tłumaczonych na polski redakcja i korekta mają się dobrze. Nie mają się. Te tłumaczenia są jednym wielkim anglicyzmem.

Zacznijmy od tego:

Trudno powiedzieć, czy to niechlujstwo tłumaczeniowe, czy co to w ogóle jest. Po angielsku, owszem, powiemy Charlotte Rampling movie na „film, w którym gra Charlotte Rampling”, ale po polsku tak nie powiemy. W tym przypadku Charlotte Rampling movie należy przetłumaczyć jako „film Françoisa Ozona”, albo po prostu „film z Charlotte Rampling”.  Ale zrobienie tego wymaga prawdziwego tłumaczenia, a nie tylko komplikowania fraz w drugim języku.

I teraz lecimy dalej. Hengonujcie się.

Tak, nie mylicie się. „Krzyżowiec zdrowia publicznego”.

„Do tego stwierdzenia nie należy lekko podchodzić”. Słowa polskie, sens angielski, przysłowie mongolskie. Czego chcieć więcej? Tym razem nawet wiadomo o co chodzi, przynajmniej jeśli się zna język oryginału. I to jest też ważny morał tutaj: czytając książki w ten sposób „tłumaczone” na polski dobrze jest znać język oryginału, żeby domyślać się o co chodzi.

Tutaj znów, wiadomo (chyba) o co miało chodzić. O to, że myliłam się, licząc (nie chcąc) na to, że historia znajomej da mi wgląd w czasy sprzed wieży Babel (choć przydało by się). Sens w miarę da się jako odczytać. Ale to jest tak rozpieprzone, że szkoda gadać. Zdanie o urodzie rozjeżdżonego czołgowiska.

Krótkie pytanie do tego fragmentu: jak dobrze nazwać, co w tym zdaniu jest nie tak? Bo ja umiem powiedzieć tylko tyle, że jak je czytam, to mój umysł zwija się w jakąś taką obrzydliwą, mokrą ścierkę.

Dlaczego na początku przedostatniej linijki jest spójnik a ? Przecież „a” to przeciwstawienie, a tutaj nie ma przeciwstawienia. W jakim sensie „pełzanie wszędzie” jest przeciwne „pomykaniu po podłodze”. Powiedzcie mi, ale tak z ręką na sercu, czy jak czytacie to zdanie i dochodzicie do tego „a”, to czy Wam coś nie pęka w mózgu? Bo mi pęka. W sensie, ten spójnik to jest ewenement. Jedna litera, a tak rozpieprza wszystko, że aż nie wiadomo jak zbierać. Jak to powiedział książę Hamlet: coś tu jest wyjęte ze stawu.

And now, this:

Tutaj naprawdę trucizna do ucha weszła za mocno. W tłumaczeniu książki napisanej z amerykańską dobrotliwą pop-politpoprawnością znalazło się zdanie nieomal spod znaku wesz i tyfusu plamistego.  Koreańczycy „roją się”… a niestety, po polsku ludzie się nigdy nie roją, roją się co najwyżej zwierzęta i to takie, których, oględnie mówiąc, nie mamy w najwyższym poważaniu. Słowem, wyszło jak wyszło.

I to by było tyle na dzisiaj. Ale nie chciałbym tego wątku zamykać, przeciwnie, bardzo zapraszam do współudziału: niech ten post będzie otwarty, wpisujcie w komentarzach jakie klimaty i przykłady anglicyzmów lubicie, a jakie nie. Na kurioza jestem szczególnie otwarty. Let us know below!

*

11 komentarzy

  1. wzruszylam sie na wspomnienie Grzesiuka i muzulmanow obozowych… kto to dzis jeszcze pamieta…siedzieli pod barakiem ( nie w okolicy koszar jednakowoz 🙂 ) i nakryci gazeta czekal na smierc. Nie tlukli wszy, nie iskali, czekali.

  2. To ja polecam jeszcze słowa:
    – ‚epicki’ – prawdziwe skrzywienie, używane już coraz powszechniej i bez wstydu, a i bez zrozumienia: epicki wypadek, epicki występ; słowo epic ma zupełnie inne znaczenie
    – ‚resort’ jako uzdrowisko, oczywiście z angielskiego wierna kopia, brzmi jakże dostojniej: spędzić urlop w znakomitym resorcie.

    Co do tłumaczeń, niestety wydanych, od których boli głowa to polecam „Trzynaście matek klanowych”. Niszowe co prawda, ale warto pokreślić na czerwono i odesłać wydawcy.

  3. Drażni mnie nadużywanie wyrażenia „nie jestem pewien” (I’m not sure) tam, gdzie wystarczyłoby „nie wiem”, „nie nam zielonego pojęcia”. Na przykład:
    – Hank, w twojej książce jest zdjęcie kilku tabliczek z U853. Z których miejsc na okręcie one pochodzą?
    – Nie jestem pewien – odparł Keatts.
    (Robert Kurson, W pogoni za cieniem, tłum. Jakub Urbański)

    To samo w przypadku odpowiedzi „dokładnie” zamiast „oczywiście” (choć takiego zwrotu używają też inne nacje – exactement, genau, toczno), a także użycia tego słowa np. w takiej konstrukcji:
    „Okazuje się, że Henryk Sienkiewicz wziął ślub z krewną! Dokładnie ze swoją cioteczną siostrzenicą – Marią Babską.”(Fakt). Tu lepiej byłoby lepiej zmienić szyk drugiego zdania („Była to …”, „Chodzi o …”).

  4. Dodam jeszcze parę kwiatków, dla mnie szczególnie „woniejących”: dedykowany w znaczeniu „przeznaczony, dostosowany”, implementacja i ewaluacja (dosłowne kalki, najzupełniej zbędne), danetyzacja (jeśli dobrze zrozumialem, chodzi o cyfrowy opis zjawiska, wchodzący w zakres pojęcia „big data”), mapa drogowa, kretynizm dyplomatyczny oznaczający plan działań. No i nieśmiertelne, niestety, ewentualnie z znaczeniu „ostatecznie” oraz niezmienne tłumaczenie sorry jako „przepraszam”, gdy na ogół właściwym odpowiednikiem jest „przykro mi”. A, i jeszcze przerwa kawowa (kawowa to może być sukienka); i tak lepiej, niż po ukraińsku, gdzie straszy „kawa-pauza”.

    Ale jest coś gorszego – szerząca się w polskich tekstach angielska interpunkcja, wprowadzana chyba przez wadliwie skonstruowane moduły kontroli interpunkcji w edytorach tekstu. Tylko dziś przeczytałem: „nie ma, gdzie się schować” i „jakiś wielki młyn miele, wszystko na pieniądze”. Kiedyś (w dziele literackim trafiło!) mi się też „Mój, Boże”.

    Z drugiej strony tam, gdzie ze świata anglosaskiego docierają nowe elementy rzeczywistości, przyjmowanie nowych słów, czy to na zasadzie prostej kalki (komputer, skaner, smartfon, dawniej np. szorty smoking czy weekend, ale też wyguglać czy surfować po sieci), czy przez tłumaczenie (mysz komputerowa, telefon komórkowy).

    Podobnie gdy napotykamy w angielskim (lub innym języku) na znaczenie czy odcień, którego naszej mowie brak. Tu wynalazczość językowe, zwłaszcza młodzieży, daje często zaskakujące, pozytywne efekty: chyba dwa lata temu zasłyszałem słówko „przegryw” (tłumaczące amerykańskiego „loosera”, rzeczywiście nie majacego dobrego polskiego odpowiednika; narzekał na to przed laty M. Zembaty); dziś funcjonuje już jego przeciwstawienie, czysto polskie: „wygryw”.

    Język się zmienia. Dziś znów rośnie znaczenie żywej mowy kosztem języka pisanego, więc proces zmian jest szybszy, a różnorodność – większa. Moim zdaniem głównym zagrożeniem jest przyjmowanie słów obcych tam, gdzie istnieją dobre odpowiedniki polskie (nie potrzebujemy „indykatora”, skoro jest wskaźnik etc.)

  5. Język jak język, ewoluuje, mówiony zwłaszcza (chociaz i tak denerwuje mnie większosc podanych przez ciebie przykladow..).
    Ale poziom książek wydawanych dzisiaj to jest dno i jeszcze ktoś puka od spodu.
    Anglicyzmy anglicyzmami, ale smutna prawda jest taka, ze większosc wydawnictw, zeby zarobic te dodatkowe nędzne kilka groszy, oszczędza i na redakcji i na korekcie. I wychodzą potem takie potwory – bo redakcji i korekty nie ma, bierze się tekst od tłumacza, przejeżdza jakimś edytorem i voila – GOTOWE DO DRUKU.

    A pomyslec, ze Hiszpanom nie żal finansowac Królewskiej Akademii Języka Hiszpańskiego….

  6. Dodam jeszcze „staroszkolny”, czy też, jeszcze gorzej, „oldskulowy”. A przecież mamy w polszczyźnie dwa zgrabne przymiotniki, „staroświecki” i „staromodny”, notabene autologiczne, bo same też wychodzą powoli z użycia.

  7. Drażniąca jest maniera nieodmieniania nazwisk na facebooku (wynikająca z przekładania potrzeby linkowania nad potrzebę poprawności językowej).
    Przykładowo – na facebookowym profilu „Myślnik Stankiewicza” czytamy: „Mocny tekst Kornelia Sobczak nt. polskich neonazistów”.
    W takich sytuacjach warto umieszczać nazwisko osoby linkowanej w mianowniku, np. „Kornelia Sobczak napisała mocny tekst nt. polskich neonazistów”.

  8. „saport”, bo teraz już nie ma czegoś takiego, jak „wsparcie” oraz „nie czelendżuj mnie” – moje osobiste, zawodowe. Piękne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.