Apulia zimą, czyli anty-hygge

Spędziwszy sylwestra w tzw. pieleszach frakcja podróżniczo-kulinarna „Myślnika” wybrała się do śnieżnej Italii, a konkretnie do Apulii, nisko na obcasie włoskiego buta, o tutaj:

(źródło)

czyli tam, gdzie Monopoli:

ze swoimi słodkimi a nieoczywistymi dla bałtyckiej wrażliwości żeglarskiej porcikami:

tam, gdzie Polignano a Mare, które nie oszukuje i naprawdę wygląda tak jak się nazywa i jak kadr z Breughela:

i tam, gdzie nieco brzydaśne Bari, przytłoczone przemysłowością:

Daleko od hygge

Jeżeli istnieją bogowie timingu, umiejętności wstrzelenia się w najlepszy  czas, zmieszczenia się (śmiało) w wąskie okienko możliwości, to zaprawdę powiadam Wam, ci bogowie mogliby pilnie pobierać nauki na „Myślniku”. Bo jest naprawdę osobną sztuką, by do ww.  Italii pojechać akurat na atak zimy i najchłodniejsze trzy dni nie tylko tego sezonu, ale – jak zapewniał nas przemarzający i okutany  sprzedawca w sklepie z oliwą – w ostatnich pięciu latach.

Zimowa Italia (ale zimowa-zimowa, ostrozimowa, taka z ataku zimy, a nie zwyczajno-zimowa, taka z +5 C i ludźmi, którym wystarczają czapki i kaptury) jest radykalnym zaprzeczeniem modnej ostatnio ideologii duńskiej przytulności, czyli hygge. Hygge, tak jak je rozumiem (czy właśnie tak jak go nie rozumiem), zakłada właśnie siedzenie w miłym i ciepłym wnętrzu, kiedy na zewnątrz mrok i plucha. Co jest dokładnie tym właśnie, w co zimowe Włochy nie umieją. Włoska cywilizacja, od kuchni po architekturę, nastawiona jest na wygrzewanie się w ciepełku, względnie na chronienie się przed nadmiernym ciepełkiem w cieniu zamaszystych murów. I dopóki to ciepełko jest, to jest super. Ale kiedy ciepełka zabraknie, to szybko przestaje być super, bo nie ma hygge i trochę nie wiadomo co robić.

Jeśli liczyć termometrami i twardymi danymi, polski klimat jest oczywiście zimniejszy niż włoski. Ale to tylko połowa prawdy. Bo druga połowa jest taka, że kiedy Polak, Duńczyk, Norweg, a nawet i Niemiec, zamknie za sobą drzwi i zostawi swój szczypiący, północny mróz za sobą, to wie, że we wnętrzu można i należy się rozgrzać. Generalnie (abstrahując oczywiście od tych wszystkich strasznych polskich niedogrzanych pomieszczeń, od tego ustawicznego schodzenia z kosztów na kaloryferach, etc.) ludy mieszkające na północy, czy choćby względnej północy Europy, rozumieją czym jest i do czego służy ogrzewanie. Niestety, nie rozumieją tego (bo nie muszą), ludy mieszkające na jej południu. Przez 355 dni w roku (a w ciepłe lata to i w 365 dni w roku) ogrzewania nie potrzebują, co właśnie sprawia, że jak już fala zimy raz uderzy, to dostajemy ostre anty-hygge, bo nie ma ani zwyczaju, ani umiejętności, a często nawet i możliwości ogrzania wnętrz.

W zwyczaju jest raczej rozpaczliwe opatulanie się w koce i bezrękawniki. I przeczekiwanie. Śnieg we Włoszech jest tworem zwiewnym, tymczasowym, nikt nie wierzy że jednocyfrowe  temperatury się utrzymają dłużej niż dzień, dwa. Są aberracją, odstępstwem od normy, do której przyzwyczajeni są oczywiście tylko goście z dalekiej Polski, gdzie takie temperatury są ponoć porządkiem dziennym,  choć dokładnie nie wiadomo, bo, oczywiście, scusi, non parliamo inglese, preferiamo parlare italiano!

A gości z Polski owszem, może i nie przeraża -2 C i #WiatrOdMorza, ale są za to kompletnie nienawykli do tego, że po spędzeniu dnia na łażeniu (czytaj: ślizganiu się, ale o tym dalej) po miasteczkach i brukach, wchodzi się do wnętrza, które jest wystygłe i które niespecjalnie da się ogrzać. Solidne, kamienne mury ocieniają i przechowują ten wielowiekowy chłód, którego nie rozgoni byle farelka, czy klimatyzacja hakerskim aktem przestawiona na grzanie. To jest zupełna sprzeczność wektorów, radykalny mindfuck włoskiego termometru. Miało być, powinno być i zawsze było tak, że do wnętrz uciekamy przed gorącem i szukamy w nich rześkiego cienia. A tu bum, jest inaczej i jest dziwnie.

Jedzenie, góry i morze

Do temperatur poniżej +5 C   fundamentalnie niedostosowana jest też włoska kuchnia, której skromniutkie, jedzone na zimno śniadania  nie pozwalają ani przysposobić się do wyjścia na śniegi i słoty, ani nie pozwalają rozgrzać się po nocy w chłodnych murach, ani w ogóle na nic nie pozwalają. Zimna kromka z zimnym mlekiem w zimnym wnętrzu – to nie jest to.

Włoska kuchnia jest w ogóle dokładną odwrotnością  wszystkiego co za zdrowe jedzenie uznaje się na północ od Alp. Klasyczna ideologia „śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi, a już na pewno nie jedz nic na noc” załamuje się we Włoszech, bo Włosi wierzą w małe śniadania, średniej wielkości obiady i zapychające, późno jedzone kolacje. Trudno ogarnąć, trudno się wpasować. Najsensowniejszy wariant utrzymania jako takiej zdrowości to spróbować najeść się tym włoskim śniadaniem wbrew jego naturze, potem wczesnym popołudniem rozdąć ten ichniejszy smętny lanczyk do możliwie porządnego posiłku, a potem tej wielkiej i późnej kolacji po prostu nie jeść. To ostatnie zalecenie stoi oczywiście w całkowitej sprzeczności z włoskim sposobem bycia i życiem towarzysko-uczuciowym, które właśnie przy i wokół tych kolacji się toczy. I tuczy.

Zimowe podróżowanie przez kruche miasta i miasteczka włoskie ma ten zasadniczy plus, że ogląda się je w zasadzie samemu, najwyżej w towarzystwie innych, nielicznych i  niedowyziębionych niedobitków. I owszem, chciałoby się teleportować do wiosny, chciałoby się żeby przestał wiać ten paskudny wiatr, ale, z drugiej strony, ciepła pora roku oznaczałby, że ludność eksplodowałaby kilkukrotnie i że wszystkie uliczki i deptaczki byłyby obrzydliwie pełne tłumów i podgrupek. Jakby więc nie patrzeć, przyjazd w środku zimy, choć zawsze nieco ucieczkowy, jest mocną opcją do rozważenia. No i daje niepowtarzalną okazję, żeby w zimowej aktualizacji obejrzeć takie cudeńka architekturki jak domki typu trullo w Alberobello:

Zasadniczy minus jest z kolei taki, że Włosi zupełnie nie wiedzą co robić ze śniegiem i jak się zachowywać wobec mrozu i lodu. Kiedy śnieg spadnie, to leży, a kiedy kałuże pozamarzają, to cóż, czekają na odwilż.

W połączeniu z wyślizganymi kamieniami starówek efekt jest taki, że na przykład ślicznym schodom w Locorotondo można zrobić zdjęcie, ale już wejść na nie nie można, chyba że się odkryje w sobie swojego wewnętrznego Simone Moro:

Z górskich i pogórskich okolic pozostaje więc ucieczka nad Adriatyk, z jego pięknymi, styczniowymi plażami:

gdzie, niczym u Marka Aureliusza, „zatoka od fal spokojna”:

i wody zawsze glazur:

PS. We Włoszech można też nadrobić zaległości filmowe, bo na włoskim Netfliksie jest – dobry, choć nie aż tak dobry – „Wstyd” McQueena, którego nie ma na polskim.

PS2. I zaległości religijne. Bo Bozia bardzo:

PS3. I ciekawe, jakie „Bella ciao” stoi za tym napisem?

*

5 komentarzy

  1. Pingback: Alfabet włoski |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.