Jak ocalić UE?

Wiem co bym zrobił, gdybym został powołany na Wysokie Unijne Stanowisko i dostał zadanie: napraw Unię Europejską! Natychmiast podałbym się do dymisji. Jest to bowiem tytaniczne wyzwanie, do którego potrzeba wybitnego fachowca. Jednak nawet mi, szaremu obywatelowi UE, wolno chyba podrzucić kilka pomysłów na to, jak można by wpuścić nieco świeżej krwi.

O tym, że Unia jest w kryzysie, wiadomo nie od dziś. Uczone głowy się spierają co z tym zrobić i, jak dotąd, na razie nic z tego nie wynika. Szaraczkowi, kompletnie nieobeznanemu z gargantuiczną komplikacją i astronomiczną nieprzejrzystością eurokracji trudno jest jednak proponować rozwiązania na poziomie procedur i polityk (na tym zresztą również polega problem Unii – że zarządzanie nią osiągnęło takie stadium złożoności, że nikt z zewnątrz tego nie naprawi, bo nie zrozumie). Stąd też, mniej mnie tu będzie interesować jakie są rozkminy ściśle polityczne, pierwiastki arytmetyczne i harmonijne średnie, natomiast zaproponuję kilka rzeczy pozornie może powierzchownych, ale symbolicznie  ważnych, mówiąc krótko takich, pozwoliłyby się z powrotem zachwycić. Bo realia są takie, że stan obecny, jak zachwyca, skoro mało kogo zachwyca? Choć się przyznawać hadko.

Dlatego też:

  • Możemy twórczo wykorzystać Brexit i ustanowić język angielski jedynym oficjalnym językiem UE. Jak dotąd było to problematyczne, nie tylko dlatego, że różnorodność, ale i dlatego, że asymetria – angielski był w końcu językiem jednego z kluczowych krajów Unii. Ale teraz ten kraj z UE wychodzi i angielski będzie solidarnie obcy dla nas wszystkich (z dokładnością do Irlandczyków i Maltańczyków, ofkors). Czemu z tego nie skorzystać?
  • Wprowadźmy wspólny paszport unijny. Na dzień dzisiejszy każdy Europejczyk ma na paszporcie co innego, te wszystkie zawijasy, herby, korony i ptactwo na okładkach. I te kilkujęzyczne napisy. Może pora uprościć? Niby to formalność, ale pomyślcie o minimalistycznej, niebieskiej okładce, tylko z gwiazdkami i napisem „European Union”. Moc! Od razu sobie wymieniałbym!
  • Trzymając się tego tematu, moglibyśmy też wreszcie wynegocjować obustronne i pełne porozumienie o ruchu bezwizowym dla obywateli UE i USA. (Czyli zrobić krok do przodu, zamiast krok do tyłu, jaki ostatnio się kroi.)
  • Wśród ptaków wielkie poruszenie, ci odlatują, ci zostają. Zjednoczonemu Królestwu, prowadzonemu przez geniusza strategii Davida Camerona,  udało się powiedzieć farewell, więc może właśnie pora, żeby przyjąć nowe kraje? Zwłaszcza te, co do których nikt do końca nie rozumie, czemu ich w Unii nie ma. Szwajcarię. Norwegię. Islandię. Ktoś, coś?
  • Zostawmy teraz te drobnostki i przejdźmy do rzeczy naprawdę poważnych i trudnych. Dlaczego nie mielibyśmy zrobić wspólnej, europejskiej reprezentacji piłkarskiej? W sensie, żeby na starcia z Neymarem i Messim nie wystawiać Niemiec, Francji i Malty oddzielnie, tylko wspólną drużynę europejską. Brzmi jak social-fiction, może tak. Zwłaszcza jeśli jesteś, Czytelniku, kibicem. Ale pomyśl od drugiej strony: jeśli reprezentacje m.in. Hiszpanii, Portugalii, Niemiec, Francji, Anglii i Włoch połączyłby siły – kto mógłby się z nami równać? W 2014 sami Niemcy w pojedynkę pokonali Brazylijczyków 7:1. Spróbuj sobie teraz wyobrazić co by się działo, gdybyśmy grali wspólnie.
  • A gdyby się zmobilizować i wprowadzić na terenie całej Unii powszechny i darmowy dostęp do wifi. Brzmi może kosmicznie, ale naprawdę, nie takie rzeczy nauka dzisiaj robi. Network: Europe. Password: Europe.
  • Z kolei na poziomie polityczno-militarnym warto by wreszcie zrobić to, czego nie ma od lat, a co się już w tej czy innej wersji tu i tam pojawia jako pomysł, a mianowicie wspólne siły zbrojne. Jeśli mamy zacięcie trollerskie, to można by je nazwać UEAF (United European Armed Forces). To jest ta część bardziej pragmatyczna, no ale cóż, trudno jest uważać, że ma się jakieś wspólne wartości i idee, a zarazem nie mieć nic na ich obronę.
  • Niezależnie od tego, czy uważasz, że lepszym „prezydentem Europy” jest Donald Tusk, czy byłby Jacek Saryusz-Wolski, to zgodzisz się pewnie w jednym – że dokładnie tak samo ja, nie rozumiesz procedury tego wyboru. Nie wiadomo właściwie kto wybierał i na jakiej zasadzie. My, przeciętni obywatele, mamy wszelkie prawo widzieć to jako roszady przy niebieskim stoliku. Pójdźmy więc do przodu: wybierajmy prezydenta UE w wyborach powszechnych! Nic  przecież tak nie upodmiotawia, jak poczucie wpływu. Tu oczywiście jest dużo kwestii do dopracowania, bo Niemcy mają więcej ludności niż Estonia, ale na pewno nie warto popełniać błędu naszych przyjaciół zza duża woda i wprowadzać jakiegoś dziwacznego kolegium elektorskiego, całkującego głosy wedle member states. Może zrobić po prostu tak, że w kraju X nie można głosować na kandydata z kraju X? Albo jakoś inaczej? To się na pewno da jakoś rozwiązać. Naprawdę, nasi przodkowie nie z takimi wyzwaniami dawali sobie radę.
  • Mówi się teraz dużo o bezwarunkowym dochodzie podstawowym, czyli o kilkuset euro miesięcznie, dla każdego obywatela do ręki, ot tak po prostu, za nic. Jeżeli to jest ta droga, którą świat będzie szedł, to czemu by nie spróbować wprowadzić tego od razu w całej Unii? Gdyby to wyszło, gdyby się przyjęło, to wprowadzenie wspólnej waluty byłoby wobec tego przypisem w podręczniku.
  • Sprawę stolicy upraszczałbym. Obecnie jest tak, że np. Parlament Europejski mieści się teoretycznie w Strasbourgu… ale w praktyce w Brukseli, ale regularnie jeździ do tego pierwszego na sesje wyjazdowe, ale jego sekretariat generalny jest w Luksemburgu. Generalnie, nie jest to rozwiązanie optymalne. Unia Europejska, jako połączenie 28 (pardon, 27) państw jest i tak ze swojej natury totalnie zdeglomerowana, nie ma więc potrzeby żeby deglomerować jej instytucje centralne jeszcze bardziej. Jak Bruksela, to Bruksela. No bo serio, Strasbourg? A dodam jeszcze myśl, że jeżeli nie można się w tej sprawie dogadać, to zawsze można zbudować nową stolicę – nie takie rzeczy ludzie już robili. Jak to powiedział Witia Pawlak w „Samych Swoich” – mało to ziemi odłogiem leży?
  • Nie zaprzeczam, że powyższe pomysły są nie bez rozmachu. Ale nawet w tej burzomózgowej konwencji nie ważyłbym się zaproponować wprowadzenia choćby cienia jednolitości w programach szkolnych w całej Europie. To przerośnie chyba nawet najtęższe głowy. Ale może zamiast uspójniać nieuspójnialne warto zrobić znów krok do przodu i wprowadzić wszędzie wspólne novum? Coś, czego jak dotąd nie ma nigdzie, a przyda się wszystkim – na przykład, żeby dzieci od najmłodszych lat uczyć odróżniania prawdy od postprawdy, a rzetelnej informacji od kaczki dziennikarskiej, która odbija się od tafli, bo nikt nie sprawdza źródeł?
  • Warto by też wreszcie pomyśleć o wprowadzeniu prawa, które zatrzymałoby drzwi obrotowe między unijnymi władzami a wielkim biznesem. Bo nic bardziej nie podcina wszelkich porywów wiary w Unię i nic bardziej nie demoralizuje niż to, że pewna część eurokratów, kuma się raczej z możnymi tego świata, zamiast myśleć o reprezentowaniu nas, obywateli. Mam nawet propozycję: mogłoby się to nazywać Lex Barroso. Czemu? Temu.  Chcemy nowego otwarcia, wiatru w żagle i świeżej krwi, a czy jest coś, co bardziej zamyka, wiatr odbiera, a krwi upuszcza, niż świadomość, że przewodniczący Komisji Europejskiej gładko przeskakuje na fotel w… Goldman Sachs?
  • I dodajmy w końcu słowa do hymnu. Bo formalnie jest on dzisiaj melodią bez słów. Jak to mówią, a family that sings together, stays together. Śpiewać bez słów trochę trudno, więc słowa edyktem zadekretowałbym.  W jakim języku? Patrz punkt pierwszy! PS. To działa:

Jeżeli masz jeszcze jakieś pomysły – daj znać w komentarzu. Szczęśliwej wiosny!

*

8 komentarzy

  1. Równie dobrze można ustanowić teraz Rosyjski oficjalnym językiem UE. Taki sam sens. Oczywistym jest, że jeśli już to Esperanto powinno zostać oficjalnym językiem UE. Francja powinna być za.

  2. Wydaje mi się, że aby integracja była głęboka i prawdziwa, musi przede wszystkim wypływać z poczucia wspólnoty obywateli Unii, niezależnie od ich narodowości. A żeby zbudować wspólną tożsamość powinniśmy się bardziej mieszać. Niekoniecznie matrymonialnie, ale poprzez posiadanie znajomych w innych krajach Unii tak, jak ma się znajomych z innych miast swojego kraju. Taka międzynarodowość jest może naturalna dla studentów wyższych uczelni, ale dla – by nie owijać w bawełnę – chłoporobotników z podstawowym wykształceniem, nie bardzo. Rozwiązanie: wyłożyć Kupę Piniądza i zrealizować ideę Erasmusa dla większej liczby ludzi o różnym wykształceniu. Niech każdy obywatel w wieku nastoletnim pomieszka przynajmniej kilka miesięcy w innym państwie. To lawinowo
    porusza inne problemy: np. język. Popieram – niech angielski będzie „wspólnym”. I dodam – niech będzie obowiązkowo godzinę dziennie w każdej szkole, od pierwszej klasy podstawówki. Przewidywany efekt: za 25 lat nikt nie będzie myślał o narodowych exitach bardziej, niż dziś myśli się o niepodległości Śląska.

  3. Panie Doktorze ! Wspólnota Europejska rozwijała się prężnie kiedy była wspólnotą ekonomiczną teraz przekształcacie ją we wspólnotę ideologiczną i Europa się zwija. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku ta Europa wytwarzała 30% światowego PKB teraz tylko 15 % i cały czas udział ten maleje. Pan i Pańscy starsi koledzy z pokolenia buntu 1968 wprowadzacie ideologię zamiast zdrowego rozsądku. Ukradliście twórcom Wspólnoty ich wspaniały pomysł i przekształcacie go na socjalistyczną papkę. Wasi wielcy socjalistyczni poprzednicy Lenin Stalin czy Hitler też chcieli zbudować nowe społeczeństwo w oparciu o nowego człowieka, któremu najpierw trzeba było zniszczyć jego świat. Udało się to tylko w Korei Północnej ale chyba nie na długo.
    Pańskie brednie o gwarantowanym w całej Unii dochodzie na poziomie kilkuset EUR – skończyło by się to potężną inflacją i EUR było by bezwartościowym śmieciem. Nie ma darmowych obiadów i nie ma darmowego wifi. To może Pan opowiadać niedouczonym pensjonarkom i takimiż rewolucjonistom. Właśnie niedawno zdrowe społeczeństwo Szwajcarii odrzuciło w referendum taki komunistyczny pomysł. Od razu ma Pan odpowiedź dlaczego Szwajcaria i Norwegia nie chcą być w Jewropejskim Sojuzie.
    Panie Doktorze Pol Pot też był doktorem na Sorbonie i swojemu społeczeństwu w Kambodży zgotował tak światłą i krwawą łaźnię w imię wyższych celów że aż strach o tym myśleć co Wam się w tych głowach roi.
    Najzabawniejszy jest projekt wspólnej drużyny piłkarskiej dla całej Europy zamiast reprezentacji narodowych tak najprawdopodobniej taka drużyna pokonała by Brazylię 27 : 1 tylko kto by to oglądał 0 emocji!
    Pozdrawiam serdecznie JW
    PS Co do języka żadne europejskie dekrety nie zmienią faktu że angielskim można porozumieć się prawie wszędzie no może poza światłą Francją i trochę trudno w Hiszpanii.

  4. Przepraszam Piotrze !
    Poniosło mnie ale po doświadczeniach XX wieku boję się ludzi majstrujących przy inżynierii społecznej z absolutnym przekonaniem, że tylko oni mają rację i że postęp jest nieubłagany a rozwój społeczeństw tylko w wytyczonym przez nich kierunku ma przebiegać. Szowinizm europejski też nie jest dobry.( dokopać Brazylii – a gdzie rywalizacja sportowa ? )
    Nasz kraj świadomie jest w Europie od ponad tysiąca lat i śmieszy mnie to wejście do Europy. My tam już dawno byliśmy i to z niemałym w jej rozwój a szczególnie w jej bezpieczeństwo wkładem mimo że na peryferiach i tych granic długo i skutecznie broniliśmy. To dintojra między dwoma wybitnymi działaczami socjalistycznymi ( jeden z nich nawet komunizował ) wyrwała nas na prawie pół wieku z kręgu europejskiego. Nie dzieje się nic nadzwyczajnie nowego jeszcze 100 lat temu Kielce były w tym samym organizmie politycznym co Dubrownik. Nie potrzebuję europejskiego paszportu by czuć się Europejczykiem. Dużo podróżuję często jestem na prowincji europejskiej i wierz mi nie musimy mieć kompleksów. Paszport a właściwie dowód z białym orłem w koronie mnie nie uwiera. Mam przyjaciół w Grecji i w Hiszpanii oni nas uważają za Europejczyków no może nieco biedniejszych ale cenionych.
    Warto popracować nad kształceniem młodzieży ale Twój pomysł to utworzenie Ministerstwa Prawdy . Dajmy solidne nauki humanistyczne i pozwólmy im myśleć. Niech będzie oceniane samodzielne myślenie a nie umiejętność wypełniania testów. Na koniec dykteryjka o roli edukacji z nie tak odległych czasów:
    W 1968 Armia Czerwona i sojusznicze armie Układu Warszawskiego weszły do Czechosłowacji by bronić internacjonalizmu! Armia czechosłowacka nie wyszła bronić swego kraju gdyż zarówno oficerowie jak i zwykli żołnierze byli wykształceni i wiedzieli że Armia Czerwona jest niezwyciężona ( też to w szkołach przerabiałem). Kilka lat później ta sama Armia Czerwona weszła do Afganistanu gdzie panował analfabetyzm i nikt nie wiedział że Armia Czerwona jest niezwyciężona i nieświadomi Afgańczycy dokopali Armii Czerwonej. No i popatrz w Polsce pod wpływem tejże edukacji też wierzono że Armia Czerwona jest niezwyciężona mimo że to armia polska pierwsza pokonała Armię Czerwoną 1920 roku! Jak sądzę państwowa szkoła służyła i służyć będzie indoktrynacji nie edukacji.
    Pozdrawiam i przepraszam za uniesienie JW

  5. Wszystkie te pomysły to delikatna kosmetyka. Wcale nie rozwiązują, żadnego z problemów UE.
    Wręcz przeciwnie… kolejne powody do kłótni.

    1. Wszystkie te pomysły to brednie człowieka, któremu brak podstawowej wiedzy na temat przepisów prawa międzynarodowego i mechanizmów rządzących światem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.