Kilka smutków własnych

Publikowałem na „Myślniku” tłumaczenia fragmentów „Słownika nieoczywistych smutków”, czyli napisanego przez Johna Koeniga słownika terminów, które nie istnieją, choć powinny. Oryginał, „Dictionary of Obscure Sorrows” jest  tutaj, pierwsza część mojego tłumaczenia tutaj, a druga tutaj. A dzisiaj proponuję to samo choć inaczej: wykorzystując pomysł i poetykę „Słownika”, tym razem już bez tłumaczenia, trochę smutków autorskich, prosto ode mnie. Zapraszam.

* * *

Prephobia – lęk, że nasze najlepsze lata wypadły za wcześnie w życiu, i że dzisiaj nic nie mamy z tego i nikogo nie obchodzi, że na studiach napisaliśmy świetne porno-fraszki, że w LO wymiataliśmy na olimpiadach przedmiotowych i że najlepiej z całego gimnazjum graliśmy w unihokeja.

Arbini – słodkie poznawczo, a gorzkie życiowo poczucie, że cały świat ludzki jest tak szalenie subiektywny, że zaciąganie rady u kogokolwiek nie ma w sumie sensu. Jeśli przepytamy, skonsultujemy dziesięć osób w danej sprawie, to, średnio biorąc, dwie powiedzą, że rewelacja, cztery że nie, cztery że miękko tak, a dwie, że to byłby katastrofalny błąd. I niezależnie kogo i jak wielu znamy, niezależnie z iloma ekspertami przegadamy – wciąż wiemy to samo, co wiedzieliśmy zanim porozmawialiśmy z kimkolwiek. Wszystko wciąż wisi na nas i jest loterią intuicji, trafi, czy nie trafi. I że nie da się tak naprawdę poradzić, zapytać.

Solá – rodzaj rozczarowania, jakiego doznajemy w znajomościach online. W bezkresie sieci znajdujemy kogoś, kto w tym jednym i ważnym dla nas temacie wydaje się absolutnie bratnią duszą, rozumie nas jak nikt inny, a potem boleśnie się okazuje, że nie potrafimy się dogadać w najgłupszych rzeczach codziennych i zwykłych. I nie ma w tym nic dziwnego: przecież to jest człowiek z internetu, z którym nic nas nie łączy, poza jedną niteczką porozumienia. I to była oczywiście nasza wina, że sobie za wiele założyliśmy, ale rozczarowanie – pozostaje.

Ninetinga vulgaris – smutek miejsc i ludzi, którzy utkwili we wczesnej polskiej posttransformacji i bezapelacyjnie czuć od nich, że już się stamtąd nie ruszą. Miało być progresywnie i na bogato, z przytupem i z ozdobnikiem, a wyszło zwykłe przypudrowanie rzeczywistości, które się przedawniło zanim farba wyschła do końca. A najsmutniejsze, że tak wcale być nie musiało, bo tam ewidentnie drzemał potencjał, tętniła możliwość. Ale nie trafiły w swój czas, a czas je trafił. I wszelkie możliwości się ustały, rozpłynęły, wsiąkły w świat. Z zewnątrz odnowiony hotel, w którym się oszczędza na ogrzewaniu, a korytarzami wieje nuda, bo wiadomo, że nic się już tam nie wydarzy.

 Oblinga – frustracja, kiedy jedno z naszych osobistych urządzeń, bez których jesteśmy jak bez ręki, przestaje sprawnie działać. Ważne: oblinga nie dotyczy gadżeciarzy i koderów, generalnie tych z nas, którzy z pasji i zawodu wymiatają w nowych technologiach. Nie dotyczy też tych, dla których ambicją i sensem życia jest dłubanie w tabletach i telefonach, sprawdzanie najnowszego update’u i trzeciego antywirusa. Oblinga dotyka tylko technologicznych normalsów, którzy chcą tyle, żeby działało i żeby nie było problemów. I dopóki działa, to jest bardzo miło, ale kiedy działać przestaje – stajemy nagle oko w oko z dziwaczną przepaścią, w której najprostsze rzeczy stają się problemem a bliźni wzruszają ramionami i mówią „u mnie działa”. Ogarnięcie tematu może zająć tydzień czasu i nieprzewidywalną ilość pieniędzy, wobec których niepokojąco kusząca wydaje się alternatywa, żeby machnąć ręką i zacząć od nowa, tracąc wszystkie kontakty, zdjęcia ostatnich lat i inne bezcenno-bezwartościowe rzeczy, które nosiliśmy w telefonie.

Lag de lang – specyficzna bezsilność, którą czujemy obserwując jak się zmienia język. Pamiętamy czasy, kiedy słowo „islamista” oznaczało „znawcę islamu”, a nie „islamskiego ekstremistę”. Wiemy, że kiedyś mówiło się po polsku „programować”, a nie „kodować”, wiemy że kiedyś się bilety po prostu kupowało, a nie „bukowało”. Ale ledwie się tego nauczyliśmy, a język już zdążył się zmienić. I jesteśmy w sytuacji bez dobrego wyjścia. Bo możemy albo dostosować się i czuć się trochę głupio, albo stać się starymi ludźmi, którzy pomstują na świat, że się zmienia. (I poczuć się jeszcze głupiej). Czujemy się oszukani. Włożyliśmy w to pracę, jak nam kazano, zadbaliśmy, żeby dobrze znać język ojczysty… a tu nagle cała ta wiedza stała się nieprzydatna i nikomu niepotrzebna, a nasz wysiłek – na marne.

Prim nihili – kiedy uświadamiamy sobie, że wszelka merytokracja jest iluzją i że ludzie, którzy podejmują decyzje, nie są jakoś dużo mądrzejsi od nas, a ich zdanie liczy się tylko dlatego, że siedzą tam, gdzie siedzą, a wszelki sukces nas, codziennych zabiegaczy, zależy przede wszystkim od loterii wstrzelenia się (bądź nie) w gusta osoby na stanowisku.

Xinetta – lęk, że przegapiliśmy moment, w którym trzeba się było przełamać i zacząć bezwstydnie transmitować swoje życie w internecie. I że teraz tego nie da się już odwrócić, nadrobić, nauczyć się. Nie zaczęliśmy pisać, że nasza córeczka zasrywa śpioszki, chwalić się, że zjedliśmy śniadanie u Tiffany’ego, ale i tak schudliśmy pięć kilo. I oczywiście, to niby dobrze że nie obryzgujemy tym newsfeedu znajomych. Ale jest też lęk, że tego się już nie da nadrobić, że będziemy coraz większymi odludkami, i że już dawno jesteśmy na kursie i ścieżce by stać się tymi odszczepieńcami, którzy twierdzą, że snapczat powoduje raka.

 Öowe – radość z euforii, z poczucia sprawczości, z tego że idziemy do przodu i że yes we can, pomieszana z gorzką świadomością, że ta radość jest krótkotrwała i że już widać jej koniec, a najdalej jutro rozpłynie się ona zupełnie w magmie codzienności, w beznadziejnym wyrywaniu chwastów zza których nie widać naszych wielkich celów i chwil radości.

Tenettía – kiedy nauczymy mamę obsługi nowego urządzenia, nowej technologii, czy aplikacji, długo przełamując jej opór, że proste, wygodne i użyteczne, a to się potem wykrzacza już następnego dnia. I stoimy i rośnie nam garb od ciężaru jaki na nas zawisł, bo z jednej strony byśmy chcieli mamę nauczyć tego nowego świata, a z drugiej ją przed nim uchronić.

Trixia – kiedy ktoś, kogo regularnie widujemy, wyjeżdża na jakiś czas, a później zjawia się z powrotem jakby nigdy nic, mimochodem tylko wspominając, że był w Berlinie, Birmingham, czy w Burkina Faso. To jest taki mały, niewypowiedziany skandal, że ta osoba nie przyszła nam powiedzieć że wyjeżdża, cieszyć się z nami, planować, a tak po prostu zniknęła, a potem pojawiła znów, ot tak po prostu, jak gdyby nigdzie nie wyjeżdżała. Trixia to przypomnienie, że inni ludzie są już od dawna niezależni od nas, no i że wszystko tak potaniało w dorosłym życiu, że wszystkie te fascynujące i egzotyczne nazwy stały się zwyczajne, tak na wyciągnięcie ręki, że nawet nie warto wspominać, że się ich dotknęło.

Estis – kiedy ktoś, kogo spotykamy po raz pierwszy, zguglował sobie nas przed spotkaniem i zaraz na początku rozmowy – tylko po to żeby pokazać, że zrobił ten research – wyciąga nam coś, o czym już nie pamiętaliśmy i nie wiedzieliśmy nawet, że jest w sieci. Coś, co nawet nie jest obraźliwe, czy ośmieszające… ale zwyczajnie nie chcieliśmy zaczynać znajomości od tłumaczenia się z czegoś, czego już dawno nie uznajemy za istotną część siebie.

Prifois – kiedy kupujemy swojemu dziecku pierwszego smartfona z dostępem do internetu i tym samym nieodwołalnie tracimy nad nim kontrolę i wypuszczamy je – nieprzygotowane, niegotowe, niepewne – w obcy i niezmierzony świat, fascynujący i niebezpieczny, w starciu z którym nasz rodzicielski autorytet będzie już tylko nieodwołalnie malał. I nie ma żadnych zasad ani wskazówek, jak się zachować w tej sytuacji, na co pozwolić, a czego zabraniać, bo internet jest tak rozpaczliwie świeżym wynalazkiem, że ludzkość wciąż nie może tego nadgonić. I bardzo nie chcemy, żeby to akurat nasze dziecko się na tym sparzyło, ale i tak robimy dobrą minę do złej gry, dlatego że nie ma innego wyjścia i dlatego, że na tym polega rodzicielstwo.

Conscientiax error – smutek, że osoby tak świetne i ogarnięte w naukach ścisłych, potrafią mieć tak niską wrażliwość społeczną, że mistrzowie matematyki potrafią tęsknić do anarchokapitalizmu, a najsubtelniejsi fizycy potrafią mówić o wysyłaniu gejów do kopalni uranu.

Exos – moment, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzice byli w chwili śmierci, moment, w którym wchodzimy na tę część szlaku, której oni nie przetarli. Raz jeszcze stajemy się czymś nowym w historii naszej rodziny, jesteśmy już tam, gdzie oni nigdy nie dotarli. I mimo że nie jest to ani nasza zasługa, ani ich wina, tak chętnie byśmy przecież z nimi porozmawiali i wymienili te nieprzystawalne doświadczenia.

Flagettó – smutek, że flagą jedynego państwa na świecie, w którym jesteśmy jako tako u siebie, nie możemy pomachać ot tak po prostu, bez deklaracji politycznej, bo została przejęta przez skrajną prawicę. Smutek, że białoczerwona profilówka na fejsbuku nie najlepiej wróży, smutek, że to tak wyszło, a przecież nie musiało i w sumie nie powinno, bo przecież flaga jest własnością nas wszystkich.

Tristeme – uczucie dojmującej lichości własnej, które ogarnia nas wtedy, kiedy wychodzimy z dotychczasowych kolein naszego życia, z tej banieczki w której żeśmy się jako tako rozgościli, i próbujemy czegoś nowego. Byliśmy podróżnikami, a przerzucamy się na księgowość, byliśmy poetami, a przerzucamy się na SQL. I boleśnie sobie od razu przypominamy, jak szalenie wyspecjalizowany i podzielony jest nasz świat, i jak daleko od siebie te gałązki rosną. Choćbyśmy mieli największy ogar w naszej własnej dziedzinie i na poprzedniej ścieżce życia, to wystarczy że przeskoczymy na sąsiednią, a już jesteśmy kompletnie bezradni. Czujemy się, jakbyśmy trafili na konferencję mellingologów prowadzoną po indonezyjsku i według sekretnego rytuału. Oni sobie gaworzą po swojemu, a my nie tylko nie wiemy jak i kogo zapytać, ale nawet jakie pytania zadać.

Escerrorum – kiedy przypadkowo spotykamy jednego z bohaterów dzieciństwa, kogoś, kto się kiedyś wydawał wielki, nieskazitelny i obiecywał nowe światy, a dzisiaj okazuje się takim prostakiem i bucem, że zamiast przedstawić się i porozmawiać, wolimy ewakuować się czym prędzej żeby ocalić choć resztki dawnego sentymentu.

Dignossia – jednoczesne uczucie dostosowania, jak i niedostosowania się do świata. Z jednej strony, nikt nam nie zarzuci, że jesteśmy dziwakami czy nołlajfami, bo przecież sprawnie ogarniamy logistykę życia, umiemy się dogadywać z ludźmi, mamy przyjaciół, którzy zresztą uważają nas za optymistów. My temu nie zaprzeczamy, ale cały czas mamy poczucie, że to jest wciąż gra na terenie przeciwnika, rola, którą może i nieźle odgrywamy, czy nawet czasem lubimy, ale która jest wciąż czymś wyuczonym, wciąż czymś, w czym nie czujemy się u siebie. Choć oczywiście nauczyliśmy się to świetnie maskować.

Trovoye – gdy ktoś przesyła nam skrinszota w jakiejś sprawie a my od razu zaczynamy szukać po bokach, w tym, co przypadkiem też widać, w tych zminimalizowanych oknach i sąsiednich zakładkach, szukać czegoś, co dałoby nam wgląd w życie tego człowieka. Ale okazuje się, że nie ma tam niczego porywającego, żadnego darknetu czy pornografii, tylko zwykłe życie, równie banalne i równie wyczyszczone z grzeszków jak nasze własne.

Midspringia – moment w życiu, kiedy nasze dziecko przeskakuje nas w rozumieniu internetu, komputerów i wszelkiej elektroniki. Niektórych z nas dopadnie wcześniej, a innych później, ale dopadnie zawsze swoim chłodnym przypomnieniem, że odwieczna kolej rzeczy się odwróciła, że rodzice nie będą już młodsi, ani mądrzejsi, a ten czas, kiedy mogliśmy dzieciom zaimponować wiedzą i znajomością życia – właśnie się skończył nieodwołalnie. One nas wyprzedziły i teraz będą już tylko bezlitośnie zwiększać dystans.

Fomo gravis – egzystencjalna, całożyciowa i najzupełniej poważna wersja fejsbukowego lęku przed przeoczeniem czegoś. Zwykłe fomo jest lękiem przed przeoczeniem tej czy innej mody lub vendetty w internecie, a fomo gravis to obawa przed tym, że przez niedostatek uwagi lub farta może nam się wymknąć jakiś fundamentalny update świata, pojawienie się nowego języka, nowego sposobu myślenia, ruchu społecznego, obyczaju czy sposobu komunikacji, którego nieznajomość wykluczy nas na zawsze i zatrzyma wzrost naszego sumienia. W odróżnieniu od małostkowego fomo zwykłego, fomo gravis to poważna i wcale szlachetna jednostka chorobowa, nieobca ironistce Rorty’ego, która wiecznie boi się, że przeczytała niewłaściwe książki i ten jej lęk jest uzasadniony, bo przecież w ostatecznym rachunku to przypadek decyduje kto w którą grę zagrał.

Limeá – nagłe uczucie, że niespodziewanie i o wiele za szybko kończy się coś, na co całkiem niespodziewanie trafiliśmy i co spodobało nam się dużo bardziej, niż się spodziewaliśmy. Mały, ale piekący smuteczek, którego byśmy się nie spodziewali po sobie jeszcze piętnaście minut wcześniej, smuteczek, który przypomina, że ilość nieoczywistych smutków jest nieskończona i że zawsze będzie brakować na nie słów.

*

3 komentarzy

  1. Cudowne. Czytam w pociągu i uśmiecham się z czułością na takie cudne opisanie świata. Prosto ze mnie. A cały koncept – zachwycający. Muszę stworzyć swój taki słownik.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.