Macierzyństwo, podmiejskość i samochody

Książka Natalii Fiedorczuk „Jak pokochać centra handlowe”, wyróżniona w ostatni wtorek (10 stycznia 2017) paszportem „Polityki”  jest szeroko chwalona jako obraz  macierzyństwa bez fikcji  w Polsce drugiej dekady XXI wieku. W większości wypowiedzi o tej książce umyka jednak fakt (lub też mi umknęło, że nie umyka), że podnosi ona jeszcze przynajmniej dwa inne ważne wątki, oba mało dotąd obecne w dotychczasowej literaturze i oba dość kluczowe dla wizji świata przedstawionej w „Centrach handlowych…” .

Ani słoik, ani Zbawix

Zacznijmy od geografii, czyli od podmiejskości. Tak doświadczenie wielkiego miasta, jak i życia na prowincji, jak i ta arcypolska kombinacja tych dwóch, jakim jest doświadczenie bycia słoikiem, wszystko to zostało już opisane w kulturze III RP i jako tako znalazło już swoje miejsce w zbiorowej wyobraźni. Nie znalazł jednak dotąd takiego miejsca – chyba że się mylę, co zawsze jest możliwe – ów specyficzny model życia i stan duszy Polki i Polaka, jaki wiąże się z byciem mieszkańcem obwarzanka tej czy innej aglomeracji. Polska kultura raczej „siedzi w Planie B [sama]”, albo jedzie aż do Babadag, ale względnie rzadko dojeżdża podmiejską kolejką. Doświadczenie wiecznego dojeżdżacza, wiecznego bycia w rozkroku, między tymi Piastowami,  Zgierzami, czy Skawinami, w których się śpi i spędza weekendy, a Warszawami, Łodziami, czy Krakowami, w których się działa i pracuje, o tym doświadczeniu przeczytamy dobrą książkę relatywnie najrzadziej.

I w tę pustkę wchodzi właśnie książka Fiedorczuk. Narratorka (podmiotka? podmiotczyni? podmatczyni liryczna?) „Centrów handlowych” od strony 155 wzwyż mieszka właśnie w P., które jest przedmieściem. Satelitą stolicy. Znajduje się na linii kolejki i pociągu. Jest ładne i można powiedzieć o nim, że aspiruje. Dużo tam starych budynków i drzew. […] Dużo biznesów zakładanych przez młode matki na urlopach wychowawczych […] Wiele rodzin, które aktywnie spędzają weekendy: na rowerach, biegając czy gromadząc zapasy na czas zagłady atomowej w przydomowych bunkrach [s.155-156].

Ta podmiejskość wyznacza horyzont zdarzeń opowieści (Poznaję wszystkie wylotówki, w kierunku Lublina, Krakowa, Gdańska […] Krążę po Bemowie, lądując za Izabelinem w środku Kampinosu […] Uporczywie kluczę w okolicach Dziekanowa Leśnego, ale i Otwocka, Wawra, czy Falenicy. Przemykam uśpionymi uliczkami podwarszawskich satelitów [s. 183-184]), ale i horyzont tych tytułowych galerii. Ukochane przez narratorkę centra handlowe to przecież nie te wielkomiejskie koszmar-molochy w rodzaju Arkadii, ale odpowiedniejsze dla maluchów wcielenia podmiejskie, bardziej kompaktowe w skali i bardziej rodzinne w atmosferze, gdzie i łatwiej zaparkować i tłumy mniejsze. Jak czytamy choćby na stronach 156 i 157, znajdującą się najbliżej miasteczka galerię P. lubię chyba najbardziej ze wszystkich znanych mi centrów handlowych. Jest mała […] Na parterze, zaraz za obuwniczym, znajduje się para oszklonych drzwi, zza których widać nieużytki [Widzieliście kiedyś coś takiego w śródmieściu? Największe galerie na ogół w ogóle nie mają okien] To miejsce jest jak zaczarowany portal […] Mój syn też bardzo lubi centrum handlowe w P. Z tylnego siedzenia, z wysokiego fotelika, dobiega jego dziecinne, ciche: „wow, ale super”, kiedy zza ciemnej ściany niskiego mazowieckiego lasu wyłania się feeria rozżarzonych kasetonów z nazwą galerii.

Podmiejska przestrzeń, w której się żyje (mieszkanie, które wynajęliśmy, jest niedrogie i niewiele większe od poprzedniego, ale ma wyjście do ogrodu [s. 156]) i z której się dojeżdża (różnicę w cenie lokalu w stolicy i pod miastem pokrywają wydatki na benzynę i bilet miesięczny [tamże]) trapią oczywiście opisywane już wielokrotnie zmory polskiej przestrzeni, z dramatycznie rozwiniętą szyldozą na pierwszym miejscu. Wylotówki przy drogach wojewódzkich przypominają rozlane bagna z niską zabudową, krajobraz rozorany bezwstydną reklamą wizualną: ESPERAL TANIO, PRZEDSZKOLE EDU-KACIK, KLINIKA MEDYCYNY ESTETYCZNEJ, SKŁAD BUDOWLANY [s.189]. Tego wizualnego szaleństwa nie tłumi, wbrew oczekiwaniom i nadziejom, nawet bieg czasu. Z upływem lat polskiej wolności rynkowej rozszalały podmiejski kapitalizm nie cichnie, nie nabiera minimalistycznego sznytu, jak chcieliby tego wielkomiejscy dizajnerzy, łowcy ładnych czcionek, miłośnicy tablicowej farby i peerelowskiego modernizmu [s. 190].

Podmiejskość jest w „Centrach handlowych…” tłem, ale tłem istotnym, bez którego ta książka niewątpliwie nie miałaby swojego charakteru, bez którego byłaby jedną z wielu pozycji z gatunku „macierzyństwo lekkie gonzo”. Nie jest przypadkiem, a właśnie specyfiką tej książki, że narratorka, wyrzuciwszy z siebie na jednym oddechu przeszło trzy strony opisu podmiejskich obleśności (WULKANIZACJA, SCHODY I KUCHNIE NA WYMIAR, WEJDŹ, GLAZURA [s. 189-190]), stwierdza następnie, że przedmieścia nie bolą mnie ani nie kłują. Lubię mijać je nocą, kiedy owinięte są jasną łuną ledowych reflektorów i żółtawą poświatą latarni. Tak spokojne, wszędzie podobne, zawsze takie same, kojące discopolowe hymny o zaradności, przedsiębiorczości i skonsolidowanych pożyczkach [s. 192]. Narratorkę ten podmiejski świat (KURCZAK, WYPOŻYCZALNIA PRZYCZEP. BLACHA FALISTA. SZAMBA [s. 190]) zarazem mierzi estetycznie, jak i napełnia otuchą, ona i jej dzieci go po prostu lubią. To w nim czują się u siebie, nie chcą z niego uciekać, nie chcą wyjeżdżać, nie ma w tej książce naiwnych pojękiwań, że w Polsce jest fatalnie, że „wtymkraju” nie da się żyć, a co dopiero być matką, i że tylko na Zachodzie człowiek odżywa, a w przestrzeni publicznej się szepcze zamiast krzyczeć. Tego w książce nie ma i to świadczy o niej na plus.

 Samochód narzędziem emancypacji

Drugim kluczowym punktem „Centrów handlowych” są samochody. Pozostaje to oczywiście nie bez związku z punktem pierwszym, bo wydaje się, że to właśnie życie podmiejskie, odległe od wszędobylskich tramwajów i nocnych autobusów, metra nie wspominając, zasadniczo zmienia perspektywę transportową. W książce nie ma prawie mowy o żadnej komunikacji zbiorowej (poza pociągową wyprawą w delegację na stronach 135-137), ani o rowerach, jest za to bardzo dużo o samochodach, które pełnią rolę kluczową w życiu tak komunikacyjnym jak i psychicznym bohaterki. I to jest wyraźne odstępstwo, na które warto zwrócić uwagę, bo, co do zasady, we wrażliwej społecznie literaturze i publicystyce obowiązuje obecnie wyraźny wektor anty-samochodowy. Samochody dymią, trują i nie są sustainable, emitują pyły zawieszone, powodują korki, czy wręcz korkiem. Samochód to zaprzaństwo, patriarchat i maczyzm.

Ale u Fiedorczuk perspektywa diametralnie inna. Samochód nie jest żadnym utrapieniem, nie jest problemem, przeciwnie, jest błogosławieństem, azylem i ucieczką. Chce się powiedzieć, że samochód jest w jej książce dwojakim wyrazem wolności, tak zewnętrznej, jak i wewnętrznej.

Wolność zewnętrzna jest oczywista, to po prostu wolność transportowa, wolność pojechania tam gdzie się chce i kiedy się chce. To jest wolność zrobienia tygodnia samochodowych wycieczek [s.70], bez których dużo trudniej byłoby podjąć nieustający, codzienny wysiłek, by wychodzić z domu (tamże). Ta wolność to nieprzebrany potencjał, możliwość nieoczekiwanego odwiedzenia koleżanki bądź nocnego zajazdu z fast foodem w roli głównej [s. 17-18], jak i dreszcz ekscytacji na myśl o głupiej wyprawie do Tesco oddalonego o kilometr [s. 18]. Prowadzenie samochodu to jedna z nielicznych ciążowych przyjemności [s. 17], która podczas dłużących się miesięcy stanu błogosławionego […] sprawia, że czasem czuję się jak tak zwany człowiek [tamże]. Ta przyjemności możliwe są w książce wyłącznie dzięki samochodowi, oczywiste jest, że nie dałby ich żaden rower, ani zbiorkom. Czasowy brak auta narratorka każde uznawać za degradację nawet niebiosom, bo gdy na stronie 100 jedzie autobusem do siedziby straży miejskiej [na] szarzejącym wieczornym niebie zbierają się gęste chmury. 

Samochód jest też  przestrzenią wolności wewnętrznej, zastępuje psychoterapeutę i pomaga lekom, pozwala odnaleźć równowagę wewnętrzną i chwilę spokoju. Jego wnętrze jest tą wąską przestrzenią w życiu, nad którą narratorka ma kontrolę, nawet w burzliwych dniach tuż po porodzie. Jadę na stację benzynową i odkurzam z zacięciem wnętrze samochodu. Wycieram kokpit nabłyszczaczem. To bardzo głupi pomysł dla kobiety w połogu po cesarskim cięciu. Jednak stopień czystości wnętrza samochodu jest czymś, na co mam natychmiastowy wpływ, w przeciwieństwie do karmienia piersią, bolesnych gazów mojego synka czy w końcu trybu snu i czuwania młodej matki [s. 37-38]. Samochód daje więc nie tylko poczucie bezpieczeństwa, że w każdej chwili można wsiąść i pojechać, ale też poczucie sprawczości, jest wykrojonym kawałkiem przestrzeni, która pozostaje własna. Nawet jeśli jest wysmarowana dziecięcą materią, na którą […] składają się wżarte w deskę rozdzielczą okruchy drożdżówki, archipelagi plam z mleka na tapicerce i dywanikach, brudne smoczki, paragony i papierki po batonach musli [s. 195].

Samochód pełni też rolę azylu, ciasnej ale mobilnej przestrzeni do której się ucieka i poprzez którą można uciec. Zjeżdżam na pobliską stację benzynową i kupuję kawę w papierowym kubku. […] Otwieram szeroko okno auta. Z przodu mam widok na parking dyskontu. Zapalam papierosa […] Kolejne czterdzieści pięć minut, minut ukradzionych mężowi, dziecku, domowemu budżetowi, uważnym zakupom nieprzetworzonej żywności na ryneczku, minut ukradzionych swojemu zdrowiu, dentyście, fryzjerowi […] czterdzieści pięć minut, dwa tysiące siedemset sekund, które mogłabym poświęcić na bieganie, program odbudowy sylwetki z Ewą Chodakowską czy siłownię, upływa mi na tępym patrzeniu na parking dyskontu [s. 150-151]. Ta nieruchoma scena ucieczki kończy się gestem nie bez znaczenia, gestem którego nie powinniśmy przeoczyć: dopijam ohydną kawę i wrzucam pusty kubek za fotel kierowcy [s. 151]. To nie jest bynajmniej ruch przypadkowy, ów kubek dołącza do swoich czterech niechlujnych kolegów z czterech poprzednich sobót [tamże]. Narratorka przyznaje, że wozi w samochodzie jakieś cztery reklamówki barachła [tamże] i że lubię żartować, że [samochód] jest moją gigantyczną torebką [tamże]. I to oczywiście nie jest żaden żart, tylko manifestacja bardzo amerykańskiego stosunku do samochodu, samochodu z którego, jakby powiedzieli w Stanach, narratorka mogłaby live out of, samochodu, który ona traktuje po prostu jak dodatkowy pokój w swoim domu.

Tak więc, złożoną z debetu, karty kredytowej i zakupów ratalnych listę nowych przyjaciół, przyjaciół młodej kobiety w XXI wieku, którą narratorka wylicza na stronie 225 należałoby w pierwszym rzędzie uzupełnić o pozycję „samochód”.  Nie są więc żadnym zaskoczeniem deklaracje miłości, jakie czytamy choćby na stronie 184: Od pierwszych chwil ukochuję stan prowadzenia własnego samochodu, upajam się tymi godzinami za kierownicą […] Nie mam mdłości, już się nie boję, nie skręca mnie na zapach świeżej benzyny. Nie jest zaskoczeniem, że absolutnie kluczową kwestią staje się naprawa ułamanego lusterka, a po odholowaniu źle zaparkowanego auta sprawą honoru i symbolem powrotu do (względnej) normalności przerwanej nagłą gorączką syna, staje się właśnie ambitna próba odzyskania samochodu jeszcze tego samego dnia [s.100].

Nie jest też zaskoczeniem, że to właśnie z samochodu pochodzi najwcześniejsze z przywołanych w książce wspomnień narratorki, wspomnienie, które rozgrywa się w tych słodkich czasach, kiedy dzieci nie trzeba było zapinać w foteliki samochodowe [s. 179] i które do tej pory budzi […] podekscytowanie i rodzaj radosnego napięcia [s.180]. I nie jest też przypadkiem, że ostatnie marzenie, to którym książka się kończy, też jest marzeniem motoryzacyjnym. Wyjeżdżam na autostradę. Na Berlin. Jadę odszukać moją pierwszą miłość. Ruszam na Cypr, na Maltę, na Mauritius. […] Zostanę backpackersem, baristką, nurkiem, dlaczego każdy z tych pomysłów jest taki absurdalny? Co dzieje się z tymi, którzy znikają? [s. 274]

*

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.