Pochwała radykalnego centrum

Chodzę sobie po świecie, przeglądam co ludzie piszą, co robią, jak myślą. Dyskutuję sobie z mesjanistami, snuję wizje przyszłości. I jedna z rzeczy, które sobie tak czasem myślę jest taka.

Otóż o przyszłości świata, o tym, jak będzie wyglądała Polska, Europa i świat za lat dwadzieścia i dwieście, nie stanowią skrajności i wyrazistości, nie stanowią wysiłki żadnych grup radykalnych, ani politycznych, ani jakichkolwiek innych. Tak jak pisałem – przyszłość świata jest zawsze odległa od tego, co wymyślili i wyśnili wizjonerzy. Cóż więc stanowi o tej przyszłości? Radykalne centrum. Ta wielka, szeroka masa ludzi, którzy nie lubią przesady, którzy uważają, że „wszystkie skrajności są złe”, którzy są generalnie statystyczni, przeciętni, sami siebie uważają za zwykłych. Oni mają jedną niezaprzeczalną siłę, której z natury rzeczy brakuje radykałom, prorokom i wizjonerom. Tą siłą jest liczebność. Masa. Szerokiego centrum jest zawsze najwięcej – taka jest przecież jego definicja. I to ono będzie przesuwać świat w tę czy inną stronę. To ono nauczy swoje dzieci co wypada, a czego nie, to ono będzie codziennie podejmować ten bilion niby niezauważalnych, niby nieznaczących decyzji, które może nie znaczą wiele w praktyce, ale które wzięte w sumie – ukształtują nasz przyszły, wspólny świat.

Centrum, jak to centrum, nigdy nie zadowoli ani radykałów, ani tych, którzy mają choć trochę wyrazistsze przekonania. Tym zawsze się będzie wydawało, że centrum jest bezwładne, oporne, nieświadome. Radykałowie, piewcy, prorocy i działacze zawsze będą starali się to centrum kształtować, uświadamiać, ściągać na swoją stronę… i zawsze będą sfrustrowani nikłością efektu. Ale wizje radykałów nie ziszczają się nigdy, za to wizje centrystów nawet nie muszą się ziszczać – one po prostu stają się dominującą rzeczywistością, na mocy tego, że centrum ma przewagę liczebną. Centrum owszem, ewoluuje, ale w swoją stronę i w swoim tempie. Jego ewolucja nigdy nie usatysfakcjonuje nikogo poza nim samym, często będzie nieoczywista, a zawsze nieprzewidywalna. Centrum miele powoli, łyka impulsy zewsząd, długo je trawi, a potem bezwiednie wdraża. Nigdy nie oddaje nikomu sprawiedliwości, rzadko przyznaje się do wpływów. I często ma wręcz problem, żeby zauważyć, że istnieje cokolwiek poza nim samym.

Z drugiej stront, ważna rzecz jest taka, że „centro-patriotyzm” w centrum jest bardzo niski. Centrum nie ma flagi i dumy z siebie, w ogóle nie lubi samo siebie nazywać centrum. Woli nazywać się zdrowym rozsądkiem. Centrum często (zwłaszcza w Polsce) nie lubi polityczności, nie lubi zaangażowania. Centrum ceni sobie no logo i iluzję dystansu. Centrum uważa, że wszyscy politycy są źli i dopiero wtedy pójdzie na protest, kiedy „nie będzie na nim polityków”. Bo centrum owszem, zrobi bardzo wiele rzeczy na wskroś politycznych, ale tylko w najgłębszym przekonaniu, że są one apolityczne. Centrum zajmie się więc fair tradem i porządkowaniem żydowskich cmentarzy i będzie robić tysiąc innych politycznych rzeczy, ale tylko wtedy, kiedy będzie miało możliwość powiedzieć sobie, że to nie jest żaden wybór polityczny, ale „naturalna rzecz”, że „każdy był tak zrobił”, że to „zdrowy rozsądek” i „zwykła, ludzka przyzwoitość”.

I w jakiejś mierze: to ostatnie to jest właśnie wolność radykalnego centrum. Klasyk mówi, że wolność to uświadomiona konieczność. Może i tak. Ale dla radykalnego centrum wolność to możliwość dobrowolnego utrzymywania się w iluzji apolityczności. I działania poprzez to i dzięki temu. A że od takiego radykalnego centrum zależymy wszyscy, więc, w sumie, cześć mu i chwała!

*

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.