Słownik nieoczywistych smutków

Zastanawialiście się kiedyś nad słowami, które powinny istnieć, ale nie istnieją? Nad uczuciami, które istnieją, ale są nienazwane? Oto coś dla Was! Dzisiaj wszyscy jesteśmy Adamami – nadajemy nazwy rzeczom.

Dzisiaj na „Myślniku” wyjątkowo coś, czego autorem jestem tylko jako tłumacz. Jak może wiecie, istnieje coś takiego jak „Dictionary of Obscure Sorrows” , czyli ułożony przez Johna Koeniga słownik takich właśnie terminów – które nie istnieją, a które istnieć powinny. Oto moja swobodna adaptacja części z nich na język polski. (Druga część słownika jest tutaj.)

* * *

Xeno – najmniejsza mierzalna jednostka relacji międzyludzkiej. Wymieniana jest na ogół między osobami całkowicie  obcymi. Przyjmuje postać, przykładowo, błysku flirtu w oku, kiwnięcia ze zrozumieniem, albo wspólnego uśmiechu nad jakimś zrządzeniem losu. Te momenty są zupełnie nieprzewidywalne i mijają szybciej niż trwały, ale są ważnym pokarmem emocjonalnym, który łagodzi naszą samotność.

Kenopsia – niesamowitość miejsca, które jest na ogół pełne ludzi, a teraz jest ciche i puste. Szkolny korytarz wieczorem, opustoszałe biuro w weekend, pusty plac po wyjeździe wesołego miasteczka. Emocjonalny powidok tłumu, który sprawia, że to miejsce nie jest po prostu puste, ale ultra-puste,  jakby nie było tam zwykłe zero, ale ujemna liczba ludzi. Ich nieobecność, która rzuca się w oczy, świeci jaskrawo, jak neon.

Swish fulfillment – ukłucie szczęścia po tym jak rzucimy coś przez pokój, a to idealnie trafi w swój cel. Książka na właściwy stosik, zmięta kulka do kosza, klucze w dłoń drugiej osoby. Jednorazowa bezbłędność, wewnętrzna doskonałość tej trajektorii i trafienia, która zaspokaja nas w pełni i która nie daje krzty pokusy ani potrzeby, żeby spróbować raz jeszcze. I która jest lepszym dowodem na sens monogamicznej miłości niż jakakolwiek piosenka kiedykolwiek zaśpiewana pod gitarę.

Lalalalia – kiedy mówimy sami do siebie, ale nagle orientujemy się, że ktoś jest obok i że może usłyszeć. I płynnie przechodzimy w to podśpiewywanio-pomrukiwanie pod nosem, robimy tę magiczną sztuczkę, która ma zwieść zmysł słuchu i ustrzec naszą przypadkową widownię przed usłyszeniem tego, co słyszy.  A naszą pewność siebie przed rozmienieniem na drobne.

Midsummer – dzień 26. urodzin, czyli moment w życiu, w którym młodość przestaje być wymówką do czegokolwiek . Nie ma już na co czekać, musimy zacząć zbierać plony, nawet jeśli dopiero co je zasialiśmy. Od tej chwili dni będą już tylko coraz krótsze, aż w końcu i babie lato w powietrzu będzie nam przypominać o nadchodzących śniegach.

Flashover – magiczna chwila, w której wszyscy obecni zaczynają nagle mówić szczerze i o rzeczach dla siebie istotnych. Tak jakby chwilowy skok wzajemnego zaufania wywołał spięcie i słowom udało się wreszcie ominąć te wszystkie izolatory z ironii, które w sobie nosimy. A ładunek emocjonalny, którym się stale ładujemy, ocierając się i przeciskając przez świat, momentalnie spłynął do ziemi.

Chrysalism – pierwotny, kojący spokój, który czujemy siedząc w czasie burzy w jakimś w przytulnym wnętrzu. Hałas deszczu, który słyszymy jak czyjąś kłótnię piętro wyżej, kłótnię, w której nie rozróżniamy słów, ale w której słyszymy uwolnienie napięcia, które już rozumiemy doskonale.

Monachopsis – subtelne, ale uporczywe poczucie, że ustawicznie jesteśmy nie na swoim miejscu. Że ciągle jesteśmy w obcym sobie środowisku, jak ryby wyjęte z wody, jak foki na plaży. Niezdarni, nieporadni, nie umiemy się skupić, odnaleźć, ogarnąć. Tłoczymy się wśród innych niedostosowanych i nawet nie potrafimy się rozeznać, że tutaj blisko, ledwie za rogiem, szumi świat któremu byliśmy przeznaczeni, świat w którym bylibyśmy jak ryby w wodzie, naturalnie, lekko i bezwysiłkowo u siebie.

The meantime – chwila, w której sobie uświadamiamy, że nasze planowane przyszłe „ja” nigdy się nie zjawi, a jedyna wersja nas samych, którą mamy do dyspozycji, to ta, która jest w tej chwili. Jak gdyby rola, którą mamy w życiu odegrać, spadła właśnie na to wiecznie nieprzygotowane dziecko, które ciągle sobie nie radzi i które długo, długo, powtarzało sobie tekst pod nosem, ale wciąż go nie umie. A tu nagle zostaje wypchnięte w sam środek naszego życia, które jest już gdzieś w połowie drugiego aktu.

Velllichor – melancholia antykwariatów, pełnych starych książek, których nigdy nie przeczytamy. Każda z nich zamknięta jest w swojej własnej epoce, podstemplowana datą i zamknięta jak stary pokój, który autor porzucił lata temu. Jak stryszek, do którego nikt nie zagląda, a na którym kurzą się myśli porzucone zaraz po tym, jak zostały pomyślane.

Kairosclerosis – chwila, w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy w niej właśnie szczęśliwi. Ta świadomość sprawia, że staramy się posmakować uczucie szczęścia, chcemy je uchwycić i zidentyfikować, obrócić pod światło i osadzić w kontekście. W wyniku tych manipulacji szczęście rozpływa się powoli acz zauważenie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic więcej niż posmak.

Silience – mistrzostwo w niejednej sprawie, które niezauważenie dzieje się wśród nas. Ukryte talenty naszych przyjaciół i dalszych znajomych. Ulotne solówki grajków w metrze. Nikomu nieznane portfolia początkujących artystów. Cięte, a nigdzie nieutrwalone riposty w internecie. Wszystko to, co mogłoby być okrzyknięte arcydziełem, ale nie będzie, i to tylko dlatego, że arbitralnie sobie przyjęliśmy, że doskonałość musi być dobrem rzadkim. Przegapiamy w ten sposób diamenty tkwiące tuż pod powierzchnią, które może i nie są nieskazitelne, ale są na swój sposób wspaniałe.

Catoptric tristesse – smutek, że nigdy nie będziemy wiedzieć, co tak naprawdę myślą o nas inni. Czy myślą dobrze, czy źle, ani nawet czy w ogóle o nas myślą. Ciekawa rzecz, bo mimo że widzimy się nawzajem zupełnie ostro – tak jak siebie samych w lustrze – to i tak jest to obraz zupełnie przekłamany. Zniekształcony i wykrzywiony, tak jakby każde z luster było zanadto zajęte wygibasami i próbami przejrzenia się samo w sobie.

 Adomania – uczucie, że przyszłość przybywa grubo przed czasem, że wszystkie te fantastyczne daty w rodzaju „2017” nagle są już tutaj, że wyskakują ze swoich przyszłych kryjówek i stają są teraźniejsze. I niezapowiedzianie krzyczą „sprawdzam” wszystkim naszym planom i oczekiwaniom. Podczas gdy my staramy utrzymać się w siodle, jedną ręką ściągając lejce, a drugą wymachując wysoko, jak uczeń w podstawówce, który w końcu wie, jaka jest odpowiedź na pytanie.

Trumspringa – pokusa żeby rzucić wszystko i wyjechać, zostać pasterzem w górach, który wędruje ze stadami owiec z pastwiska na pastwisko, za towarzyszy ma tylko strzelbę i psa, i który wieczorami siada z fajką w progu swej chaty by nasłuchiwać grzmotów w odległych stronach. Jest to zarazem pokusa zupełnie realna, wystarczy kliknąć i bilet już kupiony, ale jest też z góry oczywiste, że to tylko hipotetyczno-hipnotyczna wycieczka naszych myśli, ot naszego mózgu przerwa na marzenie, zanim wrócimy za bezpieczne biurko.

La cuna – nagły smutek na myśl o tym, że być może nie ma już nic do odkrycia i nowych światów do zasiedlenia. Smutek, że kiedy ostatni odkrywca wyruszał w stronę ostatniej białej plamy na mapie, to nie zawrócił, przypomniawszy sobie, że jego córka ma przecież zagrać w przedstawieniu, a on jej obiecał, że będzie. Gdyby był zawrócił, to może i cały nowy kontynent mielibyśmy dzisiaj do odkrycia, i moglibyśmy go trzymać w odwodzie jak żelazną rezerwę tajemnicy. Choćby po to, żeby móc mówić dzieciom, że „tego nikt nie wie” i „może ty, jak dorośniesz”.

Lapyear – rok, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzice byli wtedy, kiedy my się urodziliśmy. Rok, który daje znak, że nasz zegar ruszył, że nasza zmiana w sztafecie już się rozpoczęła. I że musimy już biec na własną rękę, że nie możemy się już kryć za ich plecami. Że już nie będzie tak jak dotąd, że ciągnęli nas za sobą, a my tylko patrzyliśmy jak pokonują coraz to nowe płotki, płoty i rowy z wodą. Teraz to my musimy założyć żółte koszulki, te same, które tak nas zawsze fascynowały… i absolutnie przerażały.

Moledro – poczucie głębokiej więzi z pisarzem czy artystą, którego nigdy nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Ten człowiek żył może stulecia temu i tysiące kilometrów stąd, ale mimo to umiał bezbłędnie wejść do naszej głowy i zostawić w niej szczyptę swojego doświadczenia, tak jak wędrowcy ustawiają piramidki kamieni, żeby oznaczyć szlak wiodący przez nieznane terytorium.

Énouement – słodkogorzkie uczucie, że oto dotarliśmy tu, do przyszłości, w której możemy wreszcie dowiedzieć się jak to wszystko się potoczyło i rozwiązało. Możemy się dowiedzieć kim została nasza młodsza siostra, na kogo wyrośli nasi przyjaciele i gdzie zaprowadziły nas nasze własne wybory. To jest bezcenna wiedza, zdobyta podjazdem do obozu przeciwnika, i odruchowo chcemy się nią podzielić z każdym, kto jeszcze tej podróży nie odbył. Ale z kim? Czyżby istniała jakaś część nas samych, która na ochotnika została gdzieś z tyłu, w tych minionych latach, i tam, na zapomnianym przez wszystkich posterunku, wciąż czeka na wiadomości z frontu?

Dead reckoning – gdy uświadamiamy sobie, że czyjaś śmierć dotknęła nas bardziej niż się spodziewaliśmy. Tak jakbyśmy podświadomie zakładali, że ta osoba będzie wiecznym i niewzruszonym punktem krajobrazu, niczym latarnia morska, którą możemy codziennie widzieć i nie zauważać przez lata, a która pewnej nocy po prostu się nie zapala. I choć ubywa nam tylko jeden punkt odniesienia, i choć ciągle możemy odnaleźć drogę – to czujemy się jakoś dużo bardziej w dryfie.

Ellipsism – smutek, że nigdy nie dowiemy się co było dalej, że nigdy nie będziemy wiedzieć jak dalej się potoczy historia kraju, świata i człowieka. Nie dowiemy się kto na czym wyszedł dobrze, a kto źle, nie dowiemy się co przyszło z tych wszystkich wysiłków ludzkości. Smutek, że z tej anegdoty, jaką jest życie, będziemy musieli wyjść przed końcem i nawet nie dowiemy się jaka jest puenta. Choć z drugiej strony,  jest całkiem prawdopodobne, że ta puenta by nas ani nie rozśmieszyła, ani nie zaciekawiła. Że cała ta anegdota ma się nijak do naszego poczucia humoru i że okazałaby się jakąś koszarową, idiotyczną opowiastką o Polaku, Rusku i Niemcu, których diabeł zatrzasnął w latrynie i dał po dwa zadania.

The kinda blues – smutna świadomość, że wszystkie zdarzenia jakie zachodzą w naszym życiu, a które wydają się nam tak nowe i głębokie, nie są niczym wyjątkowym, a tylko jednym z kilkudziesięciu możliwych riffów na tej samej kombinacji akordów. I że te wszystkie emocjonalne poruszenia, tam głęboko, w sercu, to nic innego jak tylko covery starych standardów z Wielkiego Śpiewnika Emocji, który w 98% pokrywa się z tym, który ma szympans.

Ameneurosis – gdy w nocy usłyszmy trąbiący gdzieś w oddali pociąg. Ten dźwięk, który zarazem brzmi tak smutno i samotnie, a jednocześnie jest niesamowity, pociągający, wzywa nas do podróży, do ruszenia się stąd.

Sonder – kiedy uświadamiamy sobie, że każdy człowiek ma życie równie złożone jak my. Że każdy ma swój własny, osobny świat przyjaciół, ambicji, obaw, przyzwyczajeń i dziwactw. Że to jest ta wielka epopeja, która toczy się wokół nas codziennie i niezauważenie, jak mrowisko, które rozciąga się w głąb ziemi i łączy się tajemnymi, nieznanymi przejściami z tysiącami innych żyć, w których nigdy nie będzie nawet śladu po tym, że myśmy istnieli. Że dla tych wszystkich ludzi jesteśmy niczym więcej jak statystami na drugim planie w kawiarni, porannym korkiem na drodze, rozświetlonym oknem o zmierzchu.

*

64 komentarzy

    1. Bywa trochę nieodgadniona, fakt! Zastanawiałem się długo, czy starać się same nazwy spolszczać. Doszedłem do wniosku, że nie – z paru powodów. To nie jest idealne rozwiązanie, ale nigdy nie jest idealnie 🙂

        1. Przetłumaczenie tych nazw na polski jest – jakby to powiedział prezydent Obama – „above my paygrade.” Tudzież, jakby to powiedział prezydent Trump, „uh, hard one, biggly.” A serio: polskie nazwy to byłoby za duże ryzyko, zupełna niewiadoma. O ile się nie ma pomysłu o Witkacowskim, albo Lemowskim rozmachu, to jest trudne. Duża szansa, że to by wypadło po prostu bardzo słabo. Co więcej: te słowa tak jak są, to one przecież nie są po angielsku – owszem, angielskie słowa przypominają, ale formalnie rzecz biorąc nie figurują w angielskim słowniku. W jakimś więc sensie są równie nie-angielskie jak i nie-polskie, a więc nie trzeba ich tłumaczyć. Szach mat strukturaliści!

        1. Nie-polskie nazwy sprawiają, jednak, że odczucia tak bliskie nam wszystkim, stają się sztuczne i przez to brak im wartości prawdziwie użytkowej . Warto je przetłumaczyć na swojski polski. To może być wysiłek zbiorowy. Przecież język nie jest tworem jednego człowieka.

  1. Trumspringa – niby wszystko prawda, ale poza biletem trzeba mieć tę chatę w górach, dostęp do pastwisk, psa i fajkę. No i stado do pasienia.
    Niemniej tekst świetny 🙂

    1. Dzięki 🙂 Co do zapytania przedmiotowego: po pierwsze, oryginalnie tam miało być „za bezpieczne biurko w korpo”, ale to korpo wyrzuciłem, bo by było zbyt oklepane. To by rozwizywało problem, no bo, stereotypowo, skoro korpo to masz „dostępo do pastwisk” 😉 Po drugie, z drugiej strony, tam nie ma o Malediwach, tylko o czymś w rodzaju „wyjechania w Bieszczady”. A to jest dużo bardziej jednak dostępne.

    1. Droga Pani / Drogi Panie Es,

      gratuluję żyłki Sherlocka Holmesa! Informacja o tym, że „Słownik” jest tłumaczeniem „Dictionary of Obscure Sorrows” jest podana w pierwszym akapicie mojego tekstu 🙂

      życząc dobrej nocy łączę wyrazy
      Piotr Stankiewicz

  2. Już dawno nie czytałam czegoś tak prawdziwego i trafnie ujętego. To tak jakbym dostała w restauracji menu, z którego nie mogę wybrać. I tym razem nie „chroni” mnie wegetarianizm, bo wszystkie dania są bezmięsne 🙂 Dziękuję!

    1. W samo sedno. I i mimo ze studiuję prawo, to świat rządzi się nieodgadnionymi prawami tak trudnymi do zdefiniowania.

  3. Jestem pod wrażeniem. Chciałam pominąć, przejść obok kolejnego niewiele wartego okienka na f. A tu taka niespodzianka. Dziękuję, Czytam i czytam…

  4. Opisy trafne, warto je przeczytać żeby odkryć to co oczywiste: wszyscy przeżywamy to samo. To uświadomienie jest dla mnie wielkim odkryciem, zmienia postrzeganie świata, siebie samego, samotności. Często czuję emocje i cieszę się lub cierpię z wiarą że są to moje wyjątkowe uczucia, w relacji z innym człowiekiem miałem do tej pory wrażenie przewagi nie podejrzewając go o podobne, wręcz te same doznania. Teraz to wszystko się zmienia. Jak nazwać to uczucie gdy jakieś przekonanie niczym obręcz okalająca moją głowę spada z impetem wzdłuż mojego ciała by, nie, nie rozbić się o podłogę, ale by się odbić od niej i zacisnąć na mym żołądku.
    Nie chcę znać nazw tych wszystkich sytuacji, gdyby wprowadzić je do obiegu, zamiast spisanych powieści, dramatów powstawały by opisy takie jak teraz wprowadza się w momencie Deja vu.
    Można napisać że wchodząc do pokoju miałem Deja vu, lub:
    „Przekroczyłem próg pokoju i poczułem że nigdy z niego nie wychodziłem, z prędkością wyładowania elektrycznego dotarło do mnie że stałem już w tym miejscu od dawna, rozpoznałem nie znane mi przedtem przedmioty, zapachy i dzwięki, jakbym latami się przygotowywał na przejście przez te drzwi. To wrażenie opuściło mnie szybciej niż do mnie przyszło. Stałem zagubiony i rozglądałem się po znów całkiem obcej przestrzeni. Po chwili to zagubienie odłożyłem na sterte innych podobnych zagubień. Ruszyłem dalej.”

    Wiecie o co mi chodzi? Czy tylko ja to tak czuję?

    1. Nie ma się co obawiać, że te nazwy wejdą do obiegu – artyści i tak by ich nie używali. Przecież nawet teraz mało który pisarz ogranicza się do użycia prostych nazw podstawowych emocji. W literaturze często zamiast „ogarnął go strach” mamy pół strony opisu wewnętrznej paniki, trzęsących się kolan, chęci ucieczki, zamykania oczu z nadzieją, że to tylko sen. Mam nadzieję, że czujesz się uspokojony 😉
      Mnie osobiście zdanie sobie sprawy z tego, że dużo ludzi ma wrażliwość taką jak ja, że przeżywa podobne rozterki, ma podobne problemy, uczucia, pozwoliło przestać się bać ludzi. Mam ochotę rozmawiać z każdym, kto wydaje się interesujący, o sensie życia, moralności, miłości, wierze, emocjach. Niestety człowiek z natury ukrywa się z takimi myślami, nie zdradza się z nimi przed zwykłym znajomym. Zostałam przez to z niespełnionym pragnieniem przeżywania duchowej bliskości.

  5. Pana swobodna adaptacja wycinka oryginału niezależnie od tego, czy dosłowna, wierna, niewierna, czy jaka tam ona jest w rzeczywistości (no, jak to? swobodna przecież;), stanowi dla wielu przystanek w biegu, jak to widać z komentarzy
    niektórym dodatkowo zdała sprawę, że ich własne terminy/słowa mają też inne nazwy
    dziękuję bardzo

  6. Brakuje mi jednego. To jest moment, kiedy mężczyzna staje się starszy, niż był jego ojciec w chwili śmierci. To jest jak przecieranie nowego szlaku: jestem tam gdzie on nie dotarł.

    1. Dokładnie tak pomyślałam. Smutno, nostalgicznie ale jednocześnie tak prawdziwie… Wielki ukłon w stronę pomysłodawcy terminów i tłumacza.

  7. Musze sie wam pochwalic w końcu zrzuciłam wagę – 7 kilogramów.
    Przewaliłam chyba cały polski internet zeby znaleźć coś na odchudzanie i znalazłam.

    Wygoglujcie sobie: xxally radzi jak szybko schudnąć

  8. Dziękuję bardzo.
    Takie dziwne poruszenie, ktore czasem daje samo życie, a czasem dotykajaca tych momentów w życiu literatura, dramat, muzyka, poezja…
    Moment jak gęsta kropla miodu, która płynie, ale w miejscu jest…

  9. Ależ nostalgicznie… I do wewnątrz. Pasuje do tych najdłuższych w roku ciemności.
    A gdyby było wydane, kupiłabym z ochotą.

  10. W zasadzie nazewnictwo nie ma znaczenia, znaczenie ma treść . Przecież uświadomienie otaczającego świata dzieje się przez jego nazwanie ,opisanie. To słowa tworzą nasz świat, to właśnie takie definicje poszerzają go , pogłębiają ,tworzą nowe dotąd niedostrzegane przestrzenie. Dziękuję za naprowadzenie mnie na nowe obszary eksploracji…
    To wielka lekcja kreatywności

  11. Albo wtedy, gdy organizujesz spotkanie z przyjaciółmi: jest cudownie, pijecie wino, opowiadacie sobie historie, jecie pyszne jedzenie. Gwar, śmiechy, ploteczki, wyznania. A ty przelotem jesteś już w chwili, kiedy zamkniesz drzwi za ostatnim gościem i zostaniesz w ciszy sam w domu.

  12. Nie jestem w stanie przyswoić sobie wszystkiego na raz, to warte przemyślenia. To trzeba zapamiętać, warto!
    Ps. Zapisałem link

    1. Oczywiście 🙂 Tylko proszę przysłać i podać źródło! I proszę napisać że to jest tłumaczenie „Dictionary of Obscure Sorrows” Johna Koeniga.

  13. Bardzo piękne. Gdyby te słowa funkcjonowały w codziennym języku to pytanie „Co u Ciebie słychać?” miałoby sens.

  14. Mnie dopada tez czesto jeszcze jedno uczucie. Gdy wokol mnie staje sie cos niedobrego, lub przeciwwnie jestem w grupie znajomych i dobrze sie bawie i dotyka mnie to uczucie- kurcze ja wlasnie przezywam moje zycie. Zatrzymuje sie na chwile, zwalniam i uswiadamiam sobie, ze to co teraz przezywam kiedys z tego beda moje wspomnienia na starosc…

  15. Gdy stojąc w korku, ogladam się na tych wszystkich ludzi i zastanawiam się, dokąd jadą, o czym myślą, czy są szczęśliwi? Kim są?
    To samo, gdy patrzę na domy i myślę, co tam się właśnie dzieje, co tam się działo wcześniej? Czy za ścianami rozgrywa się jakiś dramat, a może Wielka miłośc?

  16. Przeokrutnie wzruszające. Jakby ukazało się to tajemnicze jezioro na dnie morza. Drugie dno ludzkich przeżyć. Boleśnie prawdziwe. Odczuwalny jest brak trafnych nazw, bliżej nam brzmiących.

  17. Teraz moje nienazwane smutki i bóle mają nazwy. Bolą i smucą się bardziej, ale jest w tym coś dziko miłego 🙂 Dzięki!

  18. Aż dziw bierze, że nie było tych określeń wcześniej. A tyle mamy gotowych, czasem mało potrzebnych, albo źle „skonstruowanych” (prowadzących błędnymi drogami, mylących), albo zupełnie wyświechtanych i już prawie nie do naprawienia… Dodałabym jednak do tego zestawu trochę przymiotników i przysłówków. Pozdrawiam

  19. Bardzo wzruszajace.
    A to szczegolnie:

    Kairosclerosis – chwila, w której uświadamiamy sobie, że jesteśmy w niej właśnie szczęśliwi. Ta świadomość sprawia, że staramy się posmakować uczucie szczęścia, chcemy je uchwycić i zidentyfikować, obrócić pod światło i osadzić w kontekście. W wyniku tych manipulacji szczęście rozpływa się powoli acz zauważenie, aż wreszcie nie zostaje z niego nic więcej niż posmak.

    Dziekuje. 🙂

  20. Brakuje jeszcze roku, w którym stajemy się starsi niż nasi rodzicie, gdy odeszli… Tego poczucia, że przeżyliśmy wiekowo naszych rodziców, a do tej pory liczyliśmy swój czas tylko ich czasem i nie sądziliśmy, że będziemy żyć dłużej. To poczucie niepewnej, białej karty, kiedy ze wszystkim się już wyrobiliśmy, nawet jeśli w pospiechu i nieidealnie. I teraz nie bardzo wiadomo, co dalej. I jak jeszcze daleko…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.